senne marzenia

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Dni są tak zajęte, że brakuje mi czasu, by pojechać na
działkę. A nawet jeśliby kilka maleńkich jak ziarnka piasku sekund się
znalazło, pogoda jest albo porywista, albo dżdżysta, albo halna, albo mroźna, a
każda niesprzyjająca by niemowlaka wyciągać z pieleszy na długo na wieś. Ale
gdy znajdzie się i czas i pogoda uśmiechnie się szeroko zza chmur to ręce mam
zajęte Laurką i nie mieszczą się już w nich ani grabie nieodzowne jesienią, ani
pazurki do pielenia, ani sekator, ani nic innego. Jedna tylko Laurka skręcona
jak sprężynka, która w wózku za nic siedzieć nie chce.

Stąd pewnie ckni mi się strasznie i do działki i do roślin
moich i do grzebania w ziemi.

A kiedy tęsknota serce człowieka rozrywa, zaraz sny się
dziwne snują, do jawy podobne, nieprześnione, marzeń pełne. Tak rzekłby nasz
wieszcz Adam snując się po paryskim bruku:)

I miałby rację wieszcz brodaty.

– Wiesz co mi się dziś śniło? – zadaję przy śniadaniu
zagadkę mężulkowi.

– No co?

– Że przeniosłam się w przeszłość, w czasy dzieciństwa.

– Acha – zachęcająco mąż mój

– I wiesz jak to wykorzystałam?

– ….?

– Zaczęłam wykopywać z ogrodu sadzonki kwiatków.

Mąż z niedowierzaniem spogląda, bo każdy człowiek przy
zdrowych zmysłach jakoś inaczej pewnie wykorzystałby dar niezwykły
przeniesienia w czasie np. uczynki swe niecne naprawił. A tu nie. Jego prawie
rodzona żona za łopatę i sadzonki wykopuje z rodzinnego ogrodu:)

– A wiesz, że to już choroba jest? – skwitował tylko me
wyznanie kwiatoholika.

 

Lecz cóż tam reprymenda taka. Nie ostudzi żaru tęsknoty.

Kolejny ranek.  Sobota. Jak przez mgłę widzę mężulka z dwoma kubkami
kawy. Czarny, gorzki aromat wdziera się w głąb duszy, wodzi za nos, już – już prawie
budzi

– Kawa. – reklamuje kuszącym szeptem zjawa mężulka.

Chwieje się łódka Morfeusza dobijając do brzegu jawy.

Aż tu nagle widzę alejkę jakąś. Drzewa, krzewy cudne,
kwiaty, byliny kwitnące, a wśród nich moje ostatnie marzenie – takie różowe
duże kwiaty do marcinków podobne. Widzę je co dzień w jednym ogrodzie, gdy jadę
do pracy. A tutaj rosną na wyciągnięcie ręki, na „dziabnięcie” szpadlem:)

Więc chwytam za narzędzie i oto kolejne 15 minut spędzam na wykopywaniu sadzonek.

– Kawa już wystygła – wita mnie mężulek, gdy ocieram pot z czoła i… otwieram oczy.

– Nie mogłam się obudzić. Musiałam wykopać kwiatki –
tłumaczę się nieprzytomnie – Te różowe. Mówiłam ci.

A on się ze mnie śmieje.

 

A przede mną kilka dłuuugich zimowych miesięcy. Jakże ja
przetrwam na wygnańczym bruku?

"Dziś piękność twą w całej ozdobie widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie…"

 

wszystko i nic

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Sama nie wiem ile razy budziłam się wczoraj w nocy.

Kilka, a może kilkanaście.

Pamiętam tylko, że raz patrzył na mnie ciekawski pyzaty
księżyc opatulony wokół pierzyną chmur. Potem – w podobnej puszystej scenerii –
mrugała jakaś jasna gwiazda. A na koniec – mignął mi mężulek wyślizgujący się z
morza poduszek i kołdry.

Za pierwszym razem uśmiechnęłam się przypominając sobie
naszego kolegę Tomasza, który buduje dom i cieszy się z lampy księżyca, bo
dłużej może machać łopatą na działce. Mrugająca gwiazdka przypomniała mi o
Stelli, która jednak żyje, odezwała się i nie dość, że zdementowała wieści o swym
zgonie to dodała, że miewa się lepiej. Trzymaj się Stello:)

 

Kiedy się obudziłam na dobre było ciemno i była piąta. Końmi
by mnie nie wyciągnęli z ciepłej pościeli w taki chłodny poranek, ale na
szczęście nie musieli. Moje poczucie obowiązku ma siłę pociągową większą niż
stado dzikich mustangów, a że lampka kontrolna świeciła się w mózgu oświetlając
wielki baner z napisem: ALA JEDZIE NA WYCIECZKĘ!!!, stado ruszyło z kopyta:)

Na szczęście ubrania zapobiegliwie naszykowałyśmy wieczorem.
Wystarczyło tylko dorzucić bluzę, kamizelkę ( ubranie na cebulkę to podstawa),
odnaleźć plecak, wpakować weń prowiant, zaradzić coś na nagłą biegunkę i ból
brzucha, zlecić zjedzenie śniadania, popicie czymś ciepłym i już…

…można było wysłać mężulka i córkę w siną dal, a samej wypić
poranną kawę, uprzednio nakarmiwszy i ukoiwszy małego ssaka przy cysiu.

 

Takie chwile kiedy można się zatrzymać na chwilę zdarzają
się bardzo rzadko.

 

Dni zaczynają się wcześnie i kończą bardzo późno.

Wieczorem, po kąpaniu, muszę uspać przy cysiu Laurkę, potem
modlimy się z dziećmi, przepytuję z czegoś Alę albo sprawdzam jej jakąś pracę,
czytam Nusi bajkę i idę do Dusia na chwilę przytulić się i porozmawiać. Na
koniec – jeśli nie wyniknie coś nowego np. Laurka przebudzi się i wymaga
ponownego usypiania – idę jeść kolację. I dopiero wtedy, zaszywając się pod
kołdrę czuję, że dzień można zamknąć.

Śpię po kilka godzin w ciągu nocy, bo rzadko kładziemy się
spać przed 11-tą, a zawsze wstajemy koło 6-tej. W międzyczasie zaliczam mniej
lub więcej karmień.

Pokłady „niedospania” odkładają się we mnie tygodniami jak
muł na dnie rzeki. Spowalniają każdy ruch i myśl. Szczególnie wtedy, gdy dzień
jesienny, szary, deszczowy też wygląda jakby zasypiał.

Czasem myślę, że gdybym tylko mogła, położyłabym się i
przespała całą dobę. Nie ma jednak takiej opcji. Za to dni kręcą się szybko jak
kołowrotki, nić zdarzeń nieustannie się przesuwa, śmiga wrzeciono.

 

Ale sam siebie zadziwiasz i zaskakujesz znajdując siły
jeszcze i jeszcze. Niewyczerpane zdaje się złoża sił i mocy. Jakbyś była jakimś
herosem nieznanym w żadnej greckiej mitologii.

A nie jesteś. Nikt nie napisze o tobie poematu, nikt nie
uwieczni cię w nieśmiertelnych strofach. Bo o czym tu pisać? O tysiącu
zmienianych pampersach, o ładowaniu prania, o robieniu herbaty, o pośpiesznym
stukaniu obcasów na szkolnym korytarzu, o przywożeniu i odwożeniu dzieci?

Księżyc i gwiazdy śmieją się nad głową.


powrót do źródeł

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Niewiele mnie w mojej pracy potrafi zadziwić, ale tym razem…

 

Rozmawiam z Gosią, która pracuje na szkolnej świetlicy.
Relacjonuje mi dzień: grała z uczniami w małpki, bierki, lepili z masy solnej
potwory.

– Jestem wykończona. Trzech chłopaków a tyle zajęć. –
opowiada – I wiesz Rut, mamy tutaj telewizję n, kanałów do wyboru do koloru, a
dzieciaki nie chcą telewizji oglądać.

– Nie chcą?!!! – oczy mam jak pięć złotych.

– Naprawdę Rut. Nie chcą oglądać telewizji – potwierdza
druga opiekunka ze świetlicy.

– Niemożliwe!!! – ze zdziwienia otwiera mi się także buzia.

– Ale naprawdę! – zarzekają się obie z ręką na sercu.

Niewiarygodne!!!

 

Czyżbyśmy dobrnęli do kresu epoki wrażeń i doznań?

Rozwór nasycony mózgów naszych dzieci nie przyjmie już
niczego więcej.

 

Potwory z masy solnej zamiast telewizji? Żaden ze
współczesnych proroków tego nie przewidział.

Ale to znak, że instynkt samozachowawczy człowieka wciąż
działa niezawodnie:)


wsiąkanie bólu

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

– Mamooo!!!!

Ten krzyk i szloch przerażający z tylnej kanapy auta wciąż
świdruje mi w uszach.

– Nie płaczcie, dzieci – powtarzam raz i drugi sama mając
gulę w gardle – Nie płaczcie, proszę was. I odjeżdżam jak najprędzej by nie
patrzyły na agonię umierającego zwierzęcia. Ze skrzyżowania dzwonię do męża:

– Szarlotka weszła mi pod koła, gdy wyjeżdżałam – mówię –
Wyjdź i zrób co trzeba.

 

Szloch na tylnej kanapie nie gaśnie. Przycicha czasem, by po
chwili uderzyć nową falą.

– Nie płaczcie. – proszę znowu – Ala, Dusio, nie płaczcie.

– Mamo, dlaczego?!!! – wykrzykuje córka.

 

Co mam powiedzieć?

 Że nasza kotka, która
zwykle po odpaleniu silnika uciekała spod auta, tym razem nie uciekła. Że
przecież gdybym wiedziała, to nacisnęłabym jeszcze klakson. Że nikt tego nie
chciał, nikt nie mógł przewidzieć, nikt czasu nie może cofnąć.

Tak.

Właśnie tak mówię.

Ale to banały.

Ale to nie jest wciąż odpowiedź na najstarsze chyba i
najbardziej dramatyczne pytanie, jakie zadajemy: Dlaczego? Dlaczego jest
śmierć? Dlaczego przynosi tyle bólu? Dlaczego jesteśmy wobec niej tacy
bezradni?

 

Dzieci płakały niemal cały dzień. Dusio po powrocie ze
szkoły zaszył się w kącik i płakał aż miał zapuchnięte oczy i całą twarz. Ala
cicho połykała łzy na swoim łóżku wciąż zadając pytanie:

– Mamo, dlaczego?

– Nie wiem Ala. Tak już jest. Wiesz przecież. Wszyscy
umrzemy. Nic na to nie można poradzić.

– Mamo, ja chcę Szarlotkę. – wyszlochuje Dusio.

– Synku, poszukamy podobnego kotka.

– Nie chcę podobnego, chcę tego.

– Wiesz, że to niemożliwe. Nie mamy takiej mocy, by
przywrócić mu życie.

 

Płaczą.

Morze bólu.

A to śmierć maleńka jak kropla rosy. Wsiąkła w zamierającą
jesienną ziemię.

 

– A co będziesz robił, gdy ja umrę? – pytam, tuląc synka do
snu jak co wieczór.

Wybucha płaczem w jednej sekundzie.

– Będę strasznie płakał.

– Ale wiesz, że kiedyś muszę umrzeć.

– Wiem.

– Obiecuję ci – mówię, choć nie mam pewności ile warta jest
moja obietnica – że postaram się nie umrzeć aż do czasu, gdy będziesz dorosły i
będziesz miał własną rodzinę. Dobrze?

Kiwa głową i wtula mokry policzek w moją twarz.

Jego serce musi stwardnieć, musi zrozumieć, poczuć gorycz
małych strat by przetrwać większe.

 

Śmierć.

Temat nigdy nie oswojony.

Czasem myślimy, że wiemy już o niej wszystko, że nigdy już
nas nie przerazi, nie damy jej się więcej zaskoczyć…

A jednak…

Tego samego dnia wieczorem ujrzałam na blogu Maciejki trzy
świece przy imieniu Stelli.

Sama myśl, że Stella mogła…

 

Tak, umarła.

Miała 25 lat. W lipcu cieszyła się wakacjami. W
sierpniu dowiedziała się, że ma raka. Zmarła 29 września. W ostatnim mailu napisała mi, że ktoś wysłał do niej słowa: " I tak na pewno umrzesz". "No i co z tego, że umrę – powiedziała Stella – wszyscy kiedyś umrzemy." Była bardzo pogodzona, choć też bardzo chciała żyć.

Jej śmierć też wsiąkła w zasypiającą jesień.

 

Nigdy nie uodpornimy się na śmierć. Nigdy jej nie zaakceptujemy do końca. Kto wie – może jest w tym jakaś intuicja, że nie tak miało być i że śmierć nie pasuje do naszej bajki.

Ale dziś – choć to niepojmowalne – nasze serce musi spróbować
zrozumieć dlaczego jest i dlaczego dotyka nas sprawiając tyle bólu.

pętle czasu

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Po kostki brodzimy w jesieni, w jej szelestliwym , złocistym
bogactwie.

Pożegnaliśmy wczoraj pięć żurawich kluczy.

Ich klęgor.

Tak śpiewa serce ścierane w żarnach czasu, który powoli lecz
nieustannie się obraca.

Czasem zatacza pętle, powraca w te same miejsca, sytuacje,
obrazy.

Pierwsza pętla czasu.

Prowadzę Laurkę za rączki drogą przez sad. Szemrze zrudziałe
morze trawy, świerszcze pryskają spod stópek jak brunatne kropelki, słońce
tańczy wokoło. I wtedy nagle pojawia się w głowie ten obraz – najstarszy ze
wszystkich jakie znam. Jestem maleńka, mama prowadzi mnie za rączki po tej
samej drodze. A tam dalej stodoła i wiem, że obok jej wierzei obie znajdziemy
gromadkę jeży. Wszystko w sepi kolorach. Rudawy blask słońca.

Zatoczyłeś koło, zatańczyłeś czasie na scenie mego życia.

Druga pętla.

Przełączam aparat na tryb zdjęć czarno-białych. Zawsze
zadziwia mnie, fascynuje świat ujęty w te dwie barwy. Kiedy redukujesz kolory,
nagle wydłuża się przestrzeń, tężeją kształty, uwydatniają szczegóły. Obrazy
nabierają cech metafory.

I tak robię zdjęcie Nusi. Huśta się na huśtawce między
brzozami, rozwiane włosy, uśmiech. Przełączam zdjęcie na podgląd i zamieram, bo
z małego ekraniku patrzy mi w oczy mała Rut.

Potem zdjęcie Lauci w wózku, na tle ceglanej ściany domu,
przy niebieskiej ławeczce. I znów czas przerzuca kilka kartek wstecz. Zdjęcie
mojej mamy, gdy była małą dziewczynką. Dokładnie to samo miejsce, dokładnie ten
sam grymas, promienie słońca mrużące oczka.

Pętla trzecia.

Siedzę przy skalniku, pachną aksamitki, na kolanach Laurka.
Dokładnie tak siedziałam rok temu, a córeczka nienarodzona brykała w moim
brzuchu. Jak to niedawno było i jak dawno. Cały rok, a wydaje się jakby tydzień
minął. Nic się nie zmieniło i zmieniało się wszystko.

Zatańczył czas przed oczami, zakołował.

 

I zdanie, które noszę w sobie od roku i które jak refren
piosenki pojawia się zawsze, gdy jedziemy na wieś mijając zagajniki, lasy i
domostwa: „ stoją przy drogach rude zalotnice”.

Wdzięczą się brzozy o włosach zrudziałych, wyczesują liście
na asfalt drogi.

 

Tańczy czas, tańczy, obraca się wkoło. Kolejne jesienie za
nami, żegnamy kolejne klucze żurawi. Ich klęgor aż ściska za serce.

– Żegnajcie żurawie, żegnajcie! Wróćcie do nas na wiosnę! –
wołamy z Nusią machając rękami.

Obfitość

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Nastał czas obfitości.

Czas winogron przejrzałych, które pachną słodko, gdy tylko
się obok przechodzi,

czas gruszek, które takim rojem obsypały gałęzie, że te
jęczą pod ciężarem,

czas jabłek wylegujących się na kobiercu traw,

czas liści zrudziałych szepczących pod nogami,

czas pajęczyn rozsnutych między gałązkami,

czas astrów malutkich fioletowych, które obsiadły jak wróble
wielki krzak,

czas aksamitek pachnących gorzko, przejmująco,

czas dziwnych nawoływań podniebnych,

czas grzybów utajonych w najbardziej niespodzianych
miejscach,

czas motylich paziów szybujących jak kolorowe latawce tuż
przed oczami,

czas brzóz – rudych zalotnic stojących przy drogach,

czas zamyśleń wielkich i melancholii malutkich.

 

 

Czas dni mozolnych utkanych z setek maleńkich prac i
obowiązków,

czas nocy krótkich, chłodnych,

czas poranków osnutych mgłami,

czas katarów, chrypek, wirusów.

 

Obfity czas z każdej strony.

Dobry jak każdy inny, by żyć, rosnąć, iść dalej.

 

Kotek nam spadł jak meteoryt z nieba. Śliczny, biało – rudo
–czarny. Koteczka malutka.

– A tak – śmieje się babcia niebieska, gdy go widzi –
Jesień. Na jesieni zawsze ludzie psy i koty podrzucali.

Koteczkę wszyscy polubili, choć nie wszyscy( mężulek) się do
tego przyznają. Figlarna jest, łowna, z charakterkiem i błyskiem w burych
oczętach. Mieszka na razie w naszym garażu, ma pudełko wyścielone po butach,
miseczkę i zabawki. Może ( jak się Misia da ugłaskać) na zimę przeniesie się do
domu.

Obfitość.

Laurcia raczkuje na wyścigi z rodzeństwem. Jak się rozpędzi,
trudno ją złapać, a rozpędza się zwykle na widok schodów. Staje przy fotelu,
kanapie, ławie, próbuje przechodzić wzdłuż mebli. Czasem manewry nie wychodzą
jak trzeba co dokumentują nowe siniaki, guzy i zadrapania.

Obfitość.

Laurka, Laucia, Laurek, Lauciuszek, Lausia… Jej imię ma
tysiące kombinacji. Czasem mówię na nią Blondusia, bo ma najjaśniejsze z nas
wszystkich włosy. W promieniach słońca – czyste złoto.

Obfitość.

Mówi „mama”, „tata”, „baba”, „am-am”, a ostatnio „ka-ka”.

Skąd ona to zna? – zastanawialiśmy się.

Aż pewnego dnia sięgnęłam po książeczkę o Kamyczku, którą
czytamy od tygodnia przynajmniej raz dziennie. Na każdej stronie jest pytanie:
„Gdzie jest Kamyczek?” , a potem odkrywa się część obrazka i wykrzykuje: „Ku-
ku! Kamyczek jest tu!”. Tym razem Laurcia nie czeka aż mama zacznie czytanie,
lecz na widok Kamyczka wykrzykuje: „Ka-ka!”

Ach, to stąd! Pierwsza książeczka wyuczona na pamięć:)

Obfitość.

Przyjeżdża Anett. Po wielu latach można sobie wpaść w
ramiona, nacieszyć się widokiem, choć kilkoma godzinami, kilkoma słowami
szeptanymi wśród nocy.

– Jesteście takie do siebie podobne – mówi potem mężulek –
Jest dużo różnic, ale ktoś kto patrzy z boku, widzi jak jesteście podobne.
Umiecie szaleć, tak samo bawicie się z dziećmi, rysujecie podobne stworki i… to
samo poczucie humoru. Zupełny odlot. Jedna powie śmieszne słowo, druga doda dwa
i spirala się nakręca.

Anett, pewnie dlatego cię kiedyś wybrałam. Takie jesteśmy
różne i takie podobne. Z tobą słowo „obfitość” nabiera nowej barwy.

Obfitość.

– Cały dzień tęskniłam za bratem. – żali się Nusia, gdy po
powrocie ze szkoły nie zastaje Dusia, bo ten poszedł do kolegi.

– Przyjdziesz do mnie mamo? – co wieczór słyszę
sakramentalne pytanie synka.

– Mama, mama, mama !!! – słyszę płaczliwe okrzyki za
drzwiami. Otwieram je i widzę: Laucia klęczy z nabożnie złożonymi rączkami i
oczami wbitymi z niesamowitą tęsknotą we mnie.

– Tęsknię za tobą całymi dniami – szepczę wieczorem
mężulkowi.

– Kochany tatuś – mówi Ala zarzucając Misiowi ręce na szyję
i wciskając mu się na kolana.

 

Obfitość.

Trudno ją nawet opisać.

Kiedy jesz jabłko, sok ścieka przez palce, pachnie. Słodka
kropla spływa dalej, łaskocze na nadgarstku. Palce sklejają się od słodyczy. I
wtedy wiesz: to obfitość.

 

Zupełnie za nic, za darmo dana ci obfitość.

Rodzina, miłość, przyjaźń, barwy, kolory, kształty, słowa,
chwile…

 

Wdzięczność przelewa się przez purpurowe brzegi serca. To też obfitość.

łacina podwórkowa

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Tatuś odbiera Nusię ze szkoły.

– Wiesz tato – córka zaczyna relację zaraz po wejściu do
auta – Jak byliśmy na placu zabaw, to 
jeden chłopiec  powiedział bardzo
brzydko do jednej koleżanki.

– A co powiedział? – dopytuje ciekawy sensacji rodziciel.

– Ja tak nigdy nie mówię. – zarzeka się dobrze wychowana
córka.

– No ale co powiedział? – nie wytrzymuje tatuś.

– ZJEŻDŻAJ!!!

 

Tatuś przereflektował otrzymaną informację pod kątem miejsca
i czasu akcji.

– A gdzie to było? Na placu zabaw?

– Bo ona siedziała na zjeżdżalni, a on był następny w
kolejce. – uszczegółowiła opowieść pięciolatka.

 

🙂 🙂 🙂

 

Chyba musimy nanieść poprawki w naszym Słowniku wyrazów brzydkich i niedozwolonych🙂

 

 

gąski i laleczka

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Ala w szkole, Dusio u kolegi, Miś na działce.

A my bawimy się we trzy.

Najpierw ja jestem lisem i tuczę dwie gąski w klatce ( w tej
roli łóżeczko szczebelkowe), a potem je piekę wprzód natarłszy masełkiem. Z braku
piekarnika proces ten zachodzi „toże” w łóżeczku szczebelkowym. Jakiż to
poręczny sprzęt domowy!

Potem tłuste rumiane gąski zjadam, a one piszczą jakby wciąż
były żywe. Dziwne. Kostki po gąskach 
wyrzucam na śmietnik ( tapczan).

Potem bawimy się w sklep.

Nusia wybija na kasie towary i zachęca :

– A może pani kupi taką małą laleczkę – tu wskazuje na
Laurusię, która łypie czarnymi ślepkami ze sklepowej lady ( łóżeczko Nusi)

– Ale czy ona przypadkiem nie marudzi i nie budzi nikogo w
nocy? – upewniam się przed zakupem

– Marudzi i budzi – odpowiada uczciwy sprzedawca – ale za to
jest baaardzo słodka.

– Acha. To kupuję. – decyduję się podając kartę płatniczą.

 

Reklama dźwignią handlu:)

dziecinada

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

st1\:*{behavior:url(#ieooui) }

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

  No i w co się bawiłyście
u Pati? – pytam Alę, która wróciła od koleżanki.

– Nie powiem – płoni się córka.

– Może paliłyście papierosy? – żartuję sobie, bo ostatnio
wybuchła w jej klasie afera papierosowa.

– Nie – śmieje się Ala.

– Więc w co się bawiłyście?

– Nie powiem – jeszcze bardziej rumieni się – bo to takie
dziecinne – tłumaczy.

– Pewnie ssałyście smoczki, albo zakładałyście pampersy –
zgaduję.

– Nie, nie aż tak dziecinne – śmieje się mała córeczka.

– Pooowiedz. Komu powiesz jak nie rodzonej mamie? – apeluję.
Przecież widzę, że chce powiedzieć.

– Bawiłyśmy się w ślub z miśkiem.

– A kto wychodził za mąż?

– Najpierw Pati, potem ja. Babcia dała jej resztki starych
firanek i upinałyśmy z nich suknię , bolerko i welon, a miśka ubrałyśmy w
czarną bluzeczkę Pati i krawat – płynie opowieść jak potok. Jednak mam intuicję
: chciała powiedzieć:)

  To bardzo fajna
zabawa. – mówię i przypominam sobie jak z siostrami przebierałyśmy się w starą
suknię ślubną mamy, a pana młodego naturalnych rozmiarów zszyłyśmy i
wypychałyśmy ze starych spodni, bluzki, skarpetek. A głowę miał od starego
miśka. Miałam wtedy około 20 lat, Amelia – 19, a Lena – 15.   Oburzyliby się nasi mężowie, gdyby ujrzeli swój prototyp:)

Dziecinna zabawa?  🙂

 

Lepsza taka dziecinna zabawa niż bawienie się w dorosłego z
papierosem w ustach.

3 x A

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Adaptacja, akomodacja, aklimatyzacja.

 

Nasze życie przewróciło się do góry nogami, potem na lewy
boczek, na prawy, przekoziołkowało na brzuszek… Rozkręciło się wszystko,
zawirował świat, w oczach pociemniało, w głowie zaszumiało.

Ale… przyzwyczaimy się, przystosujemy do zmiennych warunków
bytowania, choć stanowczo lepiej radzą sobie z tym dzieci. Im człowiek starszy,
tym mniej ma ochotę stawać na głowie czy furkotać na karuzeli.

Nusia zachwycona zerówką i panią i kolegami i koleżankami i
placem zabaw i książkami i plecakiem i piosenkami i… Długo by jeszcze
wymieniać.

Dusio i Ala patrzą na siostrę z lekką dezaprobatą. No bo
czym tu się ekscytować, szczególnie około godziny 6 rano, gdy trzeba zwlec się
z łóżka i wybrać do szkoły. Wyyyyybrać:)

Entuzjazm Nusi i mnie się nie udzielił, a jeśli już czymś
się zaraziłam od niej to katarem, który zbiera swoje pierwsze żniwo w szkole. Niestety
Laurcia zachorowała najmocniej, bo doszło zapalenie uszka.

Miś i Lucia zostają w domu póki ja nie wrócę. Na szczęście
wracam zwykle koło południa, na obiadek i spanko niemowlaczka. Spanie z
nieodłącznym cysiem w buzi. Późne popołudnia często są zajęte a to jakąś radą,
a to zebraniem, a to naradą, a to spotkaniem w sprawie jakowejś. A spraw takich
na początku roku szkolnego w placówce oświatowej jest co niemiara. Papieru
zadrukowanego też. Nieekologicznie przetwarzamy więc hektary drzew w sterty
dokumentów, które nikomu nie potrzebne latami zalegają szafy pancerne i regały
sekretariatu. Papierologia pochłania nas czasem tak, że zapominamy, że praca
nauczyciela to nauczanie, a nie drukowanie. Poza tym zmian cała masa. Nie wiem
czy to ja tak się cofnęłam przez te półtora roku przerwy w pracy, czy świat tak
wyskoczył do przodu jak dziki koń.

 

Ale i do tego przywykniemy. Zdolności akomodacyjne człowieka
są przeogromne:)

Miś dla odmiany głównie kursuje na trasie dom-szkoła,
szkoła-dom, dom-działka, działka-dom. Dowożenie i odwożenie trójki dzieci
+  córeczka Leny + kolega Ali to już
praca na pełen etat. Na lodówce wiszą ostentacyjnie cztery plany :Nusi, Ali,
Dusia i mój. Wiszą i kpią sobie z nas całkowitą niezbieżnością. Dzień trwa od
rana do nocy. Zaczyna się śpiewem Misiowej komórki o 6 rano i finiszuje
odbieraniem Nusi ze szkoły o 6 wieczór.

W międzyczasie pranie, sprzątanie, prasowanie, gotowanie,
odrabianie prac domowych, przygotowywanie do lekcji, wymyślanie prac na
konkursy plastyczne, zakupy.

– Mamo, oddam mojej pani jakiś twój naszyjnik – oświadczyła
mi właśnie Nusia.

I czego ja doczekałam:)

Karuzela.

Wiruje mi w głowie nawet wtedy, gdy światła pogasną, dzieci
zasną i jedynym odgłosem dochodzącym z zewnątrz jest przekomarzanie komarów.
Chciałabym się zatrzymać, ale im szybciej wiruje karuzela tym więcej siły
trzeba mieć by to przerwać. Poczekam więc aż sama zwolni biegu, nieco ucichnie
i pozwoli mi wysiąść i odetchnąć.

Oby niedługo.