start

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Miś trze jabłko na tarce.

Laurcia wstaje, podnosi rączki do góry w klasycznej pozie
baletowej, a jej bioderka zaczynają rytmicznie kołysać się na boki.

Wszystko jest muzyką dla jej uszu.

– Mamo, mamo, chodź szybko!!! – krzyczą dzieci ze swego
pokoju.

– Oj, za poźno!!! – jęczą z zawodu, gdy staję na progu –
Laurka przeszła pięć kroczków sama – donoszą usłużnie.

I tak już od kilku dni. Nasze najmłodsze maleństwo
zaaferowane zabawą z rodzeństwem drepce to tu, to tam, a przed rodzicami ukrywa
swój nowy talent.

Ale dziś udało nam się ujrzeć to nadprzyrodzone zjawisko.

Mały człowiek, pewnie już stojący na nogach, zaczyna powoli
przesuwać się do przodu.

Jeden kroczek, drugi – chybotliwy nieco, trzeci – drobniutki
jak mróweczka.

– Chodź, chodź, zobacz misio – zachęca tatuś.

Rączka wyyyciąga się do misia Gorączki ( ukochanego misia
Dusia, wygniecionego, płaskiego od spania na nim).

– Idź, idź – motywuje mama.

Czwarty kroczek i łaps!!! misia za łapkę.

– Moje kochanie – biorę Laurcię i ściskam z radości.

Ciemne oczka śmieją się, buzia rozaniela w blaskach sukcesu.

 

Pierwsze kroki na Twojej drodze córeczko.

Czymże są pierwsze kroki Gagarina na Księżycu wobec twoich
małych stópek drepczących po beżowej wykładzinie naszego pokoju?

Dla nas Gagarin mógłby nigdy nie istnieć, podboje kosmosu
nieważne i Księżyca mogłoby nie być, bylebyś Ty była.


11.11.

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

– Co robi kapitan Wrona? – pyta jakiś redaktor grupkę dzieci,
licząc zapewne na odpowiedzi ściśle związane z lotnictwem cywilnym.

– Klei kotyliony!!! – wyrywa się przed szereg jakiś maluch:)

 

🙂 🙂 🙂

 

Niesamowite ciepłe uczucie zrodziło się wczoraj w moim
sercu, gdy zobaczyłam prezydenta i jego małżonkę otoczonych stadkiem dzieci,
jakichś dziennikarzy, kilku znanych ludzi, a wszyscy zaaferowani, pochyleni nad
stolikami, kolorowymi tasiemkami, stertami kolorowego papieru, z klejem i
nożyczkami w dłoniach produkowali biało-czerwone kotyliony na dzisiejsze
święto.

Szloch jak sztorm zerwał się w sercu.

Po raz pierwszy chyba w życiu dotarło do mnie, że Dzień
Niepodległości jest radosny.

Mimo wielu ofiar, mimo dziesiątek lat męczeństwa narodu,
mimo wielu kropli krwi, które wsiąkły w tę ziemię, mimo tysięcy polskich
grobowców rozsianych po całym świecie…

Mimo?

A może raczej: dzięki.

Dzięki temu nasze "dziś" jest świętem, gdy możemy się radować
z wolności i powiedzieć naszym dzieciom: „Cieszcie się, bo jesteśmy wolni”.

Dlatego robimy kotyliony i po obiedzie wybieramy się na
cmentarz położyć je obok zniczy palących się na grobach żołnierzy, powstańców i
więźniów obozów koncentracyjnych.

Cieszcie się i radujcie – powiemy – bo wasza ofiara nie
poszła na marne.

Słońce świeci, łopocą na domach biało-czerwone, cały naród
wrze za orzełkiem na piłkarskich koszulkach, a kapitan Wrona z prezydentem
kleją kotyliony:)


smak

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Kiedy się już wszyscy podnieśli z łoża boleści, zachorowałam
ja. Okropny katar, bolące gardło,  duszący
kaszel, osłabienie. Wszystkie te składniki połączone w jedną miksturę uczyniły
życie i tak dość nieznośnym, a tu jeszcze pewnego wieczorka …

Chcieliśmy akurat uczcić fakt powrotu prawie ozdrowiałego
mężulka na własną pryczę i to uczcić nie byle czym, bo menu godnym smakosza:
marcepanem, chipsami i pepsi.

Pepsi odpadło na pierwszy rzut oka – gazowane byłoby
ostatnim gwoździem do trumny Rut.

Mężulek poszedł zaparzyć herbatkę.

– Dobra? – pyta z niecierpliwą nadzieją na słowa uznania.

– Dobra. Chyba słodka. – domyśla się nieśmiało żona.

– Ale jaki smak zgadnij?

Rut bierze łyczek i zastanawia się dłuższą chwilę. Chwila
mija, mija, mija, a Rut nie wie, nie wie, domyśla się. Tak, wszystko jasne. Już
wie.

– Straciłam smak. – mówi do mężulka czekającego na peany nt
jego kulinarnego geniuszu i kunsztu w zaparzaniu herbaty.

 

Chipsy? No cóż – nic nadzwyczajnego. Coś wyraźnie tłustego i
lekko słonego.

Marcepan? Przereklamowany produkt. Delikatnie słodkawa masa.

Nic więcej. Żadnych niuansów, smakowych nut, rozkoszy podniebienia.

 Skala doznań zawężona
do minimum: trochę słonego, odrobinę słodkiego.

 

Następnego dnia wcale nie było lepiej.

 Na śniadanie chleb o
smaku styropianu, na obiad coś grudkowate i lekko słone, czyli: gołąbki,
szarlotka bez śladu jabłek, słodkawy ciepły płyn zwany herbatą.

– Kiedy nie czujesz smaku, jedzenie jest bez sensu. – żali
się Rut.

 

 

Oczywiście przesadza jak to mają w zwyczaju ogrodnicy:), a
jednak…

 

Kiedy nie czujesz smaku, kiedy nie czujesz pasji wszystko
wydaje się być bez sensu.

Bo czy chodzi tylko o to, by napełnić żołądek, by nie umrzeć
z głodu?

 Gdyby chodziło tylko
o to, nie dostalibyśmy kubków smakowych i jedzenie nie obfitowałoby w taką
feerię smaków.

Więc nie chodzi tylko o to, by przeżyć.

 

Chodzi o to, by żyć całą pełnią, by czerpać pełną garścią.

I – wbrew pozorom – nie chodzi o jakieś nadzwyczajne
wyczyny, o skoki na linie z mostu, samotny rejs dokoła świata…

 

Chodzi o zwyczajną czujność serca:

 by nie tylko patrzeć,
ale widzieć. Dłoń liścia czerwona poprzecinana arteriami jaśniejszych żył.

 by nie tylko słuchać,
ale słyszeć. Łopot skrzydeł dzikich gołębi, ich zgaszone, intymne rozmowy wśród
gałęzi świerku.

  by nie tylko dotykać, ale czuć. Ciepły aksamit
policzka uśpionego dziecka.

by nie tylko jeść i pić, ale smakować. Magiczny, ciemny smak
kawy pitej o brzasku poranka.

 

Nic nadzwyczajnego, a jednak…

 

                                 to właśnie jest pasja życia.

 

Tyle o niej ostatnio rozmyślam. Chwilowa utrata smaku
powiodła mnie ścieżką daleko w głąb.

Bez smaku i pasji można przeżyć, ale czy można bez nich żyć
naprawdę?

 

między młotem a kowadłem

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

– Mamo, przyjdziesz dziś do mnie? – zadaje sakramentalne
pytanie synek wzuty już w pidżamkę.

Sakramentalne pytanie ma wzmocnioną siłę
rażenia, bo występuje w pakiecie z:

a) błagalnym spojrzeniem czarnych ocząt

b) prosiebnie przeciągniętą głoską „eeee” na końcu zdania.

 

Czy można się oprzeć takiemu pytaniu?

 

 Ależ można .

 

Odpowiedź nadbiega szybciej niż chyży zając.

 

– Nie. Dziś nie przyjdzie. – kategorycznie odpowiada tatuś,
który nie dość, że chory, to jeszcze przepędzony ze spaniem do odległego
pokoju, czuje się strasznie zaniedbywany.

Synek porażony odpowiedzią robi minę nieszczęsną, na co
matczyne serce truchleje, a jej usta zaczynają prząść mowę obrończą:

– Dlaczego? Ty, jak byłeś mały, nie przytulałeś się
wieczorem do mamy? – pytam.

– Nie. – pada krótkie i węzłowate.

– To dlatego, że masz zimne serce!!! – godzi synek ojca w samo
( zimne) serce.

 

Konflikt wciąż żywy od czasów Edypa:)


wytrzeszczanie przy zlewie

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

– Ty umyj miskę, a ja wytrzę – decyduje Nusia stojąc ze
ścierą za upozowanym nad zlewem tatusiem.

– Ja wytrę – poprawia główny pomywacz.

– Nie! Ty umyj! – protestuje pomocnik pomywacza – JA
WYTRZĘ!!! – dopomina się wielkimi zgłoskami sprawiedliwości w podziale
obowiązków.

– Możesz powiedzieć: Ja „Wytrze – szczę” oczy – włącza się w
dysputę mama – A miskę możesz wytrzeć.

– Dobrze, to ja wytrzę – zgadza się usatysfakcjonowany
pomocnik.

 

No to doszliśmy do porozumienia:)

wpis prawie zaduszkowy:)

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Ludzie biegają z naręczami jedliny kłującej, donicami
kipiącymi obfitością chryzantem, pobrzękują zniczami, myją groby, pucują
krzyże, odświeżają wspomnienia o bliskich zmarłych.

A u nas Miś z dziećmi wyruszyli w poniedziałkowy ranek z zupełnie inną
listą spraw do załatwienia:

– krem do tortu ( biały)

– owoce ( banany, brzoskwinie w puszce, kiwi)

– cukier puder

– prezenciki

I wrócili z policzkami zaróżowionymi konspiracją, z
prezentami ukrytymi w czapkach i beretach.

Nasze obchody Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego zostały
odmienione raz na zawsze rok temu. Gaśnie ich nostalgia, egzystencjalna zaduma
i smutek splatają się z radością i oczekiwaniem, bo oto Laurka już za chwilę
kończy roczek.

Co prawda trochę nam się zakatarzyła, kaszlu nabawiła, ale
nic nie jest w stanie poskromić jej temperamenciku. Śmieje się więc szeroko
ukazując prawie cały garnitur ząbków łącznie z dwiema lewymi czwórkami. Gdy się
rozzłości krzyczy tak, że decybele młota pneumatycznego są przy niej jak
szelest traw. Czasem nawet wali rączkami w podłogę, albo –okazując swą
dramatyczną rozpacz – ciągnie się za złociste włoski. Rodzony ojciec kiwa
wówczas głową i wypowiada takową sentencję: „współczuję przyszłemu zięciowi” 🙂

Ośli upór ma jednak także dobre strony, bo dzięki
nieustannym próbom udaje się rozszyfrowywać zagadki logiczne np. jak przekręcić
klucz, by wyjąć go z zamka. Nieustanne powtarzanie wstawania i stania bez
podpórki mimo wielokrotnego klapania na pupę też zakończyło się sukcesem w
postaci dwu, trzyminutowego stania z jednoczesnym ( jeśli akurat gra muzyka)
tańcem brzucha i kręceniem rączkami . Coś na wzór hiszpańskich tancerek
potrząsających marakasami. Wyczucie rytmu i umiłowanie muzyki Laurcia ma tak
daleko posunięte, że wystarczy, by ktoś zagwizdał kilka dźwięków, a jej ciałko
wpada w taneczne wibracje. Śmiejemy się z tego nieustannie, A dumny ojciec
stworzył teorię, że słuch muzyczny rozwinął się u naszego malca na skutek
codziennego „plumkania” z tatusiem na keyboardzie. Rzeczywiście – Laurcia od
kiedy tylko udało ją się pionizować, co dzień ćwiczy palcówki na klawiszach.

Nawet Szopen nie miał takiego efektownego startu:)

Inną wielką namiętnością rocznej naszej córeczki jest
literatura. Książeczki leżą w zasięgu jej wzroku i rączek i po wielokroć
dziennie są wyciągane, przeglądane i komentowane przez początkującego mola
książkowego. Wciąż najbardziej lubi książeczki o Kamyczku, które są sczytane na
wylot.

Laurka umie także pisać. Wystarczy, że uda jej się znaleźć (
lub wyrwać Nusi) kredkę lub długopis i już kartka pokrywa się siateczką linii i
kropeczek.

No i nasza najmłodsza latorośl jest mistrzynią groźnych min.  Oto Laurka ściąga
brwi, marszczy nosek, a tęczówki wzbija tak wysoko, że zupełnie chowają się pod
powiekami, dając efekt zupełnie białych oczu, wyzierających spod nastroszonych
brwi. Ciarki po plecach przebiegają jak stadko mrówek. A rodzony ojciec znów ma
powód do wygłoszenia sentencji o zięciu i  swym głębokim współczuciu dla niego, gdy
już dostanie się pod pantofel Laurki i będzie regularnie bombardowany takimi
grymasami.

Czyż tak uzdolnionemu dziecku nie należy się torcik z
serduszkiem, grający telefon, książeczka o uczynnych kotkach, piramidka do
układania i buciki antypoślizgowe do treningów w chodzie na czas? ??

Ależ należy.

Więc mimo, iż za oknem ludzie biegają z naręczami jedliny,
łuna od tysiąca zniczy bije pewnie pomarańczową kopułą nad cmentarzem, wszyscy
wzdychają wspominając bliskich zmarłym, my opatuleni w ciepłe koce pojadamy
urodzinowy torcik z dwudniowym wyprzedzeniem, popijamy ( niektórzy) oranżadą i
świętujemy Laurkowe pierwsze urodzinki.

 

Ale żeby nie było, że atmosfera Zaduszek zupełnie się nam
nie udzieliła, dodam na koniec, że jednak tak, bo oto wszyscy u m i e r a m y na
katar i kaszel.
Nusia od tygodnia nie chodzi do szkoły, bo kaszle, a Miś to nawet zległ
w łóżku z gorączką i łamaniem w stawach – grypa. Potem gorączki dostała
zasmarkana jubilatka, a Dusio zaczął się słaniać z powodu osłabienia i bólu
głowy. Ja i Ala czujemy się jak Chińczycy, tzn. „Jako-Tako”, ale kolana robią
mi się powoli jak z waty, więc śmiem twierdzić, że jedynym powodem, dla którego
jeszcze chodzę są litry adrenaliny krążącej miast krwi w moich żyłach.

Tak więc jednak solidaryzujemy się na swój sposób z
wszystkimi świętującymi.

 

A na koniec muszę odnotować, że Nusia sama, bez
logopedycznej pomocy zaczęła jakiś czas temu wymawiać głoskę „R”. I robi to tak
wyraźnie, że aż w zębach zgrzyta.

Oto jedno ze zdań wygłoszonych w nowym języku:

 

„Wy sobie pijecie tą dobrrrą wodę, a ja muszę pić okrrropną
herrrbatę.”

 

No fakt. Musi. Woda jest bowiem cytrynowa, pyszna, ale
gazowana i niezbyt dobrrra na garrrdło:)

 

Zdrrrowia wszystkim życzymy.


skarby jesieni

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Przeglądam w komputerze album ze zdjęciami tegorocznej
jesieni. Setki zdjęć dzieci, ich niepowtarzalne miny, pozy, zabawy, kilka zdjęć
moich, kilkanaście mężulka. Prawie wszystko w barwnej scenerii zasypiającej
powoli działki. Między zdjęciami kilka takich, które trudno przypiąć do
jakiejkolwiek kategorii.

Pojedyncze detale, zbliżenia.

Nie wiem dlaczego robię takie zdjęcia, ale są.   

Może po prostu muszę uwiecznić zawarty w pozornie martwych,
nic nie znaczących przedmiotach sens. Jestem niepokornym, wiecznie tułającym się
poszukiwaczem sensów. Wszędzie widzę metafory, dotykam alegorii, ścigam się z
prawdami. Nie łudzę się, że je znam. Może tylko czasami, przez przypadek
ocieram się o nie. Ale jaka w tym moja zasługa?

 

Fotografując jabłko widzę jego trudną, posiniaczoną, piękną
dojrzałość. Nie ma dojrzałości bez sińców Rut – myślę do siebie.

Śmierć liścia dębu. Śmierć zawsze samotna, zawsze pojedyncza
choćby obok tyle innych liści umierało.

Nobliwa, pogodna starość aronii – nieprzebrane, życiodajne
bogactwo dla zimowych ptaków. Obym była taką pogodną staruszką kiedyś:)

Zmartwychwstanie podbiału przebijającego martwą tkankę łąki.

Motyl jak pegaz lśniący na zgliszczach lata.

Poranny szron zmieniony w ożywcze krople południa.

Zadziwiająca harmonia dna słonecznika. Dna są różne.

Zabawa w poszukiwanie sensów.

ciiiisza

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Takie chwile zdarzają się niezmiernie rzadko.

Siedzę na ławeczce w sadzie. Tej samej, którą kiedyś
stworzył dla mnie Dusio, bo będąc w ciąży Laurką ostatkiem sił dochodziłam do
tego punktu i kończyło mi się paliwo:) Więc mój zdolny syn poszedł do budynku,
wziął kilka desek, popukał, postukał i wyszedł taszcząc małą ławeczkę. Wkopali
ją tuż obok małej pochylonej brzózki. Najpiękniejszy, najcichszy, najmilszy i
najbardziej słoneczny zakątek pod słońcem.

Wokół rozgrzane trawy kołyszą się pod lekkim oddechem
wiatru. Szepczą liście opadłe z drzew. Wszędzie rozsnuło się babie lato.
Światło tańczy na nich jak cyrkowiec na linie. To samo robi z rzęsami moich
półprzymkniętych oczu. Układa się na nich miękko i pręży w malutkie tęcze. Na
pniu brzozy od tej zasłonecznej strony drobne kropelki  – jedyny namacalny dowód na to, że jeszcze
kilka godzin temu był mroźny poranek. Kiedy je dotykam w jednym momencie łączą
się w strumyk i ściekają w dół.

Cisza. Głęboka jak rów mariański. Sycąca jak chleb. Słodka
jak pocałunek. Ożywcza jak woda prosto ze studni w upalny dzień.

Jeśli nie napełnię się nią, nie mam tak naprawdę nic do
powiedzenia.

Jeśli się z nią nie spotykam, nie spotykam się z sobą.

Cisza – zapomniany przez wielu skarb.

 

Szelest traw narasta, potężnieje. Idzie Miś z Laurką na
rękach. Szukają mnie.

– Dlaczego nas zostawiłaś? – pyta

– Muszę trochę pobyć w ciszy. – mówię.

– Muszę odnaleźć siebie – myślę.


jaskółeczki słów

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Siedzę z dziećmi w małym pokoiku dziewczynek. Kolorowa
wykładzina zasłana klockami i zabawkami. Laurka siedzi za plastikową kasą i z
rozmachem wybija nań rachunki. To jedna z jej ulubionych zabaw.

– A pamiętasz Ala – zaczyna wspomnieniowo Dusio – jak Nusia
pomyliła się i zamiast „Ju-huu!!!” krzyknęła odwrotnie?

Ala wybucha śmiechem.

– Tak – potwierdza – to było pierwsze brzydkie słowo w jej
życiu:)

 

A i Laurcia rozwija nam się językowo aż miło.

Ku mej satysfakcji słowo „mama” szybko pojawiło się na jej
ustach i to zanim wyartykułowała „tata”. Wbrew pozorom jest to wyczyn rzadki,
bowiem Ala i Dusio „tatali” na długo przed „mamaniem”. Chyba sylaba „ta” jest
po prostu łatwiejsza dla brzdąców. Laurka zaś wzorem Nusi postanowiła zacząć od
rzeczy trudniejszych, czyli od „ma-ma”. Niestety zacząć, nie znaczy
kontynuować. I tak szybko jej słownik zdominowało słówko”ta-ta” i to do tego
stopnia, że „tata” to była i książeczka i piesek i kotek i brat i siostra i
nawet mama:) Tak więc, gdy wracam z pracy i człapię na górę, Laucia już stoi z
tatusiem u szczytu schodów i piszczy z radości na mój widok dużymi literami:
„TATA!!! TATA!!!”

 

Od kilku jednak dni lawinowo zaczęły pojawiać się inne
sylaby.

Na przykład stoimy przed drzwiami balkonowymi i podziwiamy
wirujące w powietrzu ostatnie stada szpaków.

– Ptaszki – mówię – Ptaszki robią: pi, pi, pi.

– Pe –pe – naśladuje maluszek.

– A kotek? Jak robi kotek? – zadaję zagadkę.

Laurcia bardzo lubiła naszego kotka i witała go zawsze
szczebiotem.

– Miau – podpowiadam.

– Mia, mia – kontynuuje dzidziuś.

Inne sylaby to : be-be, aja ( chyba chodzi o Alę:) , ka-ka,
ale każdego dnia pojawiają się nowe jaskółeczki. Czasem przefruną raz tylko,
czasem przez kilka dni łopoczą jakimś jednym dźwiękiem, a czasem zostają już na
stałe.

Jaskółki słów wiją sobie gniazdka w małych myślach. Czółko
się marszczy i prostuje, nosek wykrzywia, oczka falują czarną linią rzęs,
główka przytakuje lub stanowczo zaprzecza. Widać jak intensywnie mały człowiek
myśli, z jakim mozołem próbuje przekuć swe myśli w kilkanaście znanych tonów.

Człowiek rozwija się najpiękniej na świecie. Piękniej niż
jakikolwiek kwiat.

Ale …mam wrażenie, że się powtarzam:)

z takim przejęciem myliśmy anioła:)

a tu fascynacja kotem:)

już dosyć tych uścisków:)

Mamoo, tu jestem!!!

 

tygrys bengalski

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Znowu znalazłam się w szpitalu.

Tylko na jeden dzień. Tylko
wycinki do diagnostyki, ale kłamałabym gdybym napisała, że się nie boję. Ale
kiedy się boisz, bo ci się łódka chwieje pod nogami i nie ma pewności jaki
będzie efekt tego tańca na falach,
najlepiej dla ciebie jeśli spotkasz kogoś, kto boi się
jeszcze bardziej.

Kobieta na łóżku obok boi się panicznie. Ma torbiel na
jajniku, czeka na operację i mówi, że przepłakała cały dzień. Więc odkładam
mojego małego stracha na bok i zaczynam z nią rozmawiać. Na początku o jej
wielkookim strachu żeby go nieco oswoić, a potem o wszystkim innym byle myśli
nie krążyły natrętnie jak muchy wokół szpitala, operacji, bólu.

Opowiadamy na
zmianę o ludziach, których znamy. Pracujemy w tej samej szkole, więc gdy jedna
zacznie jakąś opowieść, druga z łatwością ozdabia ją nowymi szczegółami, dodaje
zaskakujące puenty. Co i rusz ocieramy się o życiowe mądrości. Ona na oko ma
około sześćdziesiątki, ja prawie 40 lat, ona niska, ja wysoka, ona jest babcią,
ja matką niemowlęcia, ona sprzątaczką, ja nauczycielką. Tak się różnimy, a
jednocześnie nasze światy są tak spójne, tyle identycznych myśli nosimy w
głowie. Rozmowa wyraźnie jej pomaga, uspokaja ją nieco. Mój niepokój o imieniu
„Co Będzie Jeśli Się Okaże” rozwiewa się jak poranna mgła. Tryskam humorem,
energią, odnawiam stare szpitalne znajomości z personelem. Nikt mnie tu nie
zapomniał i wszyscy traktują mnie nieco inaczej niż inne pacjentki. Stara "wyjadaczka" szpitalna Rut:)

W międzyczasie czytam książkę Yann Martela „Życie Pi”. Już
tak dawno nie miałam okazji, by usiąść i poczytać coś dla przyjemności. A
książka jest wspaniała. Zaczęłam ją już dawno temu, jeszcze w czasie wakacji. Potem przeleżała na parapecie wiele intensywnych tygodni aż do tego szpitalnego
dnia, gdy wirująca karuzela nagle się zatrzymała w miejscu. Czytam ją dalej i
dochodzę do wniosku, że tak miało być, że musiała poczekać ta książka, bo jest
właśnie na ten czas.

Opowiada o autentycznej historii 16-letniego chłopca Pi,
który w katastrofie morskiej traci całą rodzinę i zostaje w szalupie sam na
środku oceanu. Przynajmniej tak mu się wydaje na początku. Że jest sam. Potem odkrywa, że w
tej samej szalupie jest dziki tygrys bengalski. Przerażenie, odrętwienie, chęć
ucieczki, rezygnacja, tysiące nierealnych pomysłów jak pokonać bestię –  Pi przechodzi przez wszystkie te etapy nim
odkryje jakie jest jedyny sposób na przeżycie. Ale o tym doczytajcie sobie
sami.

Ja tylko napiszę, że metafory do mojego "dziś" nasuwają mi się
same.

Mój lęk przed rakiem jest moim bengalskim tygrysem, muszę go przyjąć, żyć
z nim i nie dać mu się zjeść przez najbliższe trzy tygodnie. Od dawna czułam, że siedzi w mojej szalupie ukryty pod brezentem. Od czasu śmierci taty oddech
tygrysa mam na karku. Stale. Dzień i noc. Kiedy ktoś ci bliski umrze w tak straszny sposób
,zarysowuje to twoją psychikę na zawsze. Strach o najbliższych i o siebie będzie
ci mruczał do ucha najczarniejsze scenariusze.

 Cztery lata temu zrobiłam
cytologię i okazało się, że konieczna jest operacja. Tygrys wyjrzał spod
brezentu, ale poszłam na operację i zagoniłam dzikiego kota znów do schowka na
dnie łodzi. Może – gdybym wtedy poddała się lękowi – dziś nie pisałabym tych
słów, nie byłoby ani mnie, ani Laurki.

Teraz znów dzieje się coś niepokojącego.

– To pewnie jakieś zrosty. Najprawdopodobniej zmiany są łagodne, ale musimy się upewnić – mówi lekarz.

Tygrys wystawia pazury, próbuje mnie straszyć swymi pomrukami.

Ale ja się nie
dam. On musi wiedzieć, że nie sparaliżuje mnie swoim wzrokiem, nie obezwładni.
Zrobię wszystko, by rozwiać wątpliwości, którymi się żywi strach i znów wygram.

Piszę dziś tę notkę tylko z jednego powodu. Żeby żadna z was ( bo głównie
czytają mnie kobiety) nigdy nie poddała się presji strachu i zrobiła wszystko,
by go zagonić w kozi róg. Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, jeśli wasze
ciało was niepokoi, idźcie do lekarza, zróbcie badania, zgadzajcie się na
operacje i zabiegi. Nie pozwólcie, by tygrys podszedł zbyt blisko. Nie dajcie
mu się omotać, bo on atakuje wówczas, kiedy jesteśmy zrezygnowani i bezczynni.

Pi był czujny i mu na to nie pozwolił.

Ja jestem czujna i mu na to nie pozwolę.

Wy też nie pozwólcie panoszyć się tygrysowi w swojej
szalupie

 

…bo „strach to jedyny, prawdziwy przeciwnik życia”.