Posłuchajcie audiobooka.
Warto.
Kolejna witryna sieci „blog.deon.pl”
Posłuchajcie audiobooka.
Warto.
– Czy jak kupimy suknię, będzie mogła wisieć u was w domu? – pyta Julcia – Bo boję się, że u mnie w szafie Adam zobaczy:)
Adam to jej narzeczony i oczywiście – zgodnie z wielowiekową tradycją – sukni nie może umrzeć do dnia ślubu;)
– Tak, jasne. – odpowiadam szybko – U nas będzie bezpieczna. Tylko raz dziennie będziemy ją wszystkie przymierzały😁
Bezpieczna jak garnek miodu w domku Kubusia Puchatka.

Alusia wróciła ze stolicy naszego zacnego kraju. Wybrały się tam z Julcią szukać sukni ślubnej.
Tak, tak, trzeba już zacząć pierwsze przygotowania do ślubu i wesela.
Sala weselna zarezerwowana, termin ustalony w kościele, jest też godzina, obrączki kupione, teraz czas obejrzeć zasoby ślubnych salonów.
I oto siedzimy na kanapie w naszym salonie, Ala pośrodku pokazuje zdjęcia Julii w kolejnych kreacjach. Oglądamy z bliska i daleka, ogólnie i w szczegółach, ochamy, achamy i śmiejemy się.
– Nie ! – wykrzykuję – ta nie wygląda na ślubną.
– Raczej taka sylwestrowa – komentuje Nusia białą suknię całą w cekinach.
– No, ale takie niektórzy zakładają na poprawiny – tłumaczy ze znawstwem przyszła druhna.
Tu Lalcia siedząca wysoko, na oparciu kanapy robi wielkie oczyska.
– A to są poprawiny?!!! – pyta zdumiona – Robi się drugi raz jak się ślub nie uda? – upewnia się w swych domysłach.
A my padamy ze śmiechu.
– Tak, trzeba poprawić – odpowiadam przez łzy – Jak ksiądz niedokładnie zwiąże ręce stułą:)
Poprawiny to poprawiny.

Tymczasem suknia wciąż nie wybrana. Teraz będą poszukiwania w innym wielkim mieście, znanym z tego, że studiowaliśmy tam my, a teraz studiują tam nasze dzieci;)
* * *

Na naszym kuchennym stole Jezusek z wigilijnej nocy zsuwa się z kopki siana, a tuż obok dwie świeczki z mojego urodzinowego tortu.
Niespotykana kompozycja:)

Dobrze jest urodzić się w styczniu.
Złożyć swoje połamane życie pod Jego stópki jakby się kładło zranioną owieczkę.
* * *
Prosiłam Go o kapkę śniegu w prezencie urodzinowym, lecz moje marzenie się nie spelniło.
Lecz dziś… parę dni po…
powitał mnie ranek obleczony świeżutką pościelą.
Wypijam gorącą kawę, zjadam drożdżówkę z jabłkami. Wczoraj wieczorem upiekłyśmy z Hanią.
I idę na spacer, by przyjąć mój spóźniony urodzinowy prezent.

Robię zdjęcia, wyszukuję sarnie szlaki na śniegu, całuję w przelocie zmarznięte grono czarnej aronii.
– Kiedy o coś prosisz – mówi On cicho – przyjdę i dam ci czego potrzebujesz. Lecz najpierw nauczysz się cierpliwości i paru innych rzeczy, bardziej potrzebnych w waszej drodze niż władza natychmiastowego spełniania życzeń. Gdy one się nie spełniają, wiem dlaczego.
Niech niespelnione marzenia nie będą powodem twego smutku, ani oddalenia serca ode Mnie. Tak też okazuję wam miłość – nie dając tego, o co prosicie lub odkładając spełnienie.

Więc… dziś jest dzień dziękowania Mu za to…czego mi nie dał:)
Za ludzi, miejsca, rzeczy, zdarzenia, talenty, łaski, dary.
Za to wszystko, co uważałam za połamanie życia i zniweczenie planów, podczas gdy tak naprawdę było przygotowaniem pod zasiew.
Pola pod zasiew są nagie i puste, przeorane i pozbawione wszystkiego. Jak okiem sięgnąć : NIC.
Lecz potrzeba pustki i bruzd, by wszystko się udało, by zaszumiał złoty łan.
Mamy ferie, dziewczynki śpią długo, mąż od rana zajęty swoimi zamówieniami, syn został w studenckim mieście: pisze i broni kolejne projekty, a ja w czerwonym szlafroku siadam na antresoli i zanurzam oczy w świetle poranka płynącym od dużych przedszkolnych drzwi balkonu. Obok suszy się pranie. Zasłony, błękitna staroświecka narzuta na łóżko Ali, pidżama męża. Zimą zawsze tu, na górnym korytarzu rozwieszamy pranie. Pachnie uroczo, świeżo.
Uwielbiam zapach prania i latem kłócimy się z najstarszą córką, kto je rozwiesi na sznurach na podwórku. To naprawdę jedna z większych przyjemności.

Dziś zapach otula mnie tutaj. I cisza inkrustowana tylko cichym cykaniem zegara na dole. I światło prawie wiosenne.
Całą noc deszcz szeptał w rynnach jakby opowiadał jakiejś baśnie. Kto by się spodziewał takiego nagłego zwrotu akcji?
Piję kawę. Jak zawsze rankiem. I jak zawsze z mojego kubeczka w polne kwiatki.
– Fuj mamo!!! – wykrzywia się czasem któreś z dzieci, gdy nieopatrznie wleje sobie wody do niego – On ma już ścianki przesiąknięte kawą na wylot!
Kubeczek zawsze stoi na tzw. podorędziu, więc bywa, że ktoś się skusi:)

Myślę o błogosławieństwie. O tym, że jest tak ważne, że w nim chodzimy, poruszamy się i jesteśmy otuleni, przesiąknięci nim jak uroczą wonią lub światłem.
Gdy przeprowadziliśmy się tutaj prawie pięć lat temu, musieliśmy się przyzwyczaić do tego domu. Wszystko było nowe, nieznane, nieoswojone, nawet dźwięki, szumy lasu, wygląd nieba zupełnie innego niż w mieście. I pamiętam, że pierwszego wieczoru, gdy po wspólnej modlitwie, dzieci miały już iść na górę do swoich nowych, pachnących świeżością pokoi, Lalcia i Nusia podeszły do nas i poprosiły o „krzyżyk na czółko”.
Tak to właśnie nazwały.
– Daj mi krzyżyk na czółko:) – zażyczyły sobie stanowczo.
Nigdy wcześniej tego nie robiliśmy, więc wymyśliły to zupełnie same.
A potem już spokojnie poszły spać z dala od rodziców. Na poddasze, z oknami otwartymi na konstelacje gwiazd.
I tak już zostało. Wszystkie dziewczynki zawsze wieczorem zgłaszają się po krzyżyk i buziaka. Często dostają też w pakiecie łaskotki i „napierdzenie w policzek” od swego szalonego taty.
Adasia też czasem zdybiemy i nakreślimy mu ukradkiem krzyżyk, ale on ma z naszych dzieci największe ambicje, by zachowywać się dorośle, więc pewnie wydaje mu się ten gest zbyt dziecinny:)

Mam też taki swój własny tajemny zwyczaj związany z błogosławieństwem.
Gdziekolwiek jestem, choć najczęściej robię to będąc w kościele, wskazuję Jezusowi konkretne osoby i mówię w duchu:
– Pobłogosław go. Pobłogosław ją.
Wydaje mi się, że te właśnie osoby najbardziej potrzebują takiego dotknięcia z miłością.
I niemal widzę jak On staje natychmiast obok i kładzie dłoń na głowie wskazanej osoby.
Tak rozdajemy wspólnie wiele błogosławieństw. Hurtowo – rzec by można:)
Co się dzieje potem w życiu tych osób nie wiem, lecz wierzę, że to nie jest pusty gest bez znaczenia.
„Błogosławcie, a nie złorzeczcie” – prosił Jezus. Wiedział, że słowa i gesty, które dajemy innym mogą ratować lub zgubić.

Gdy otrzymałam mnóstwo pięknych urodzinowych życzeń, pomyślałam sobie, że i one są wszak błogosławieństwem, które przylgnęło do mojego życia i ma moc je przemieniać, karmić, poić.
Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą… – obiecał kiedyś Bóg, a Jego obietnice są wieczne.
Więc błogosławieństwo jest bronią obosieczną. Kto błogosławi, sam wystawia się pod wodospad łask.
Więc to się – tak po ludzku – opłaca:)
* * *

Budzi mnie natrętne bzyczenie.
To telefon wyciszony i ustawiony na wibracje drży na szafeczce nocnej. Dlaczego tego typu szafki nazywa się nocnymi? Przecież równie dobrze i często służą i za dnia:)
Odbieram.
Ksawery z pytaniem: Co tam u was?
– Michał na montażu od rana, a ja… jutro mam urodziny – chwalę się na jednym oddechu.
Już w trakcie krótkiej pogawędki zauważam jak snopy światła przesączają się przez lniane zasłony do środka.

Ach! – wzdycha serce spragnione światła.
Odkładam telefon, wstaję, podchodzę do okna i delikatnie odsuwam ciężką białą tkaninę.

– Jesteś kochany – mówię Mu, a świetlisty potok spada mi na włosy i spływa po ramionach. Mrużę oczy jak się zamyka je, stojąc pod wodospadem.
– Jesteś kochany – powtarzam.

Światło jest wszędzie. Osiadło jak złoty pył na koralach, zmieniło liście beniaminka w srebrne blaszki, ślizga się po obłości drewnianej kuli na balustradzie, rozszczepia się w tęczę …
Chodzę za nim po całym domu, szukam w każdym zakamarku.

Jest też w mojej głowie, sercu, oczach…
Rozsiada się wygodnie. Jakby mówiło:
– Już tu zostanę.

Czy trzeba lepszego prezentu na urodziny?
Dwa sztychy łopatką i nagle do mojego nosa dociera ten zapach.
Dziki, mokry, tajemniczy i taki swojski.
Jest środek stycznia, a ja zakopuję cebulki tulipanów.
Niektóre mają już seledynowe kiełki zawadiacko wykręcone na bok jak czapeczki krasnali. Jakby nie rozumiały, że jeszcze wcześnie, zbyt wcześnie. Lecz ziemia przyjmuje je z otwartymi ramionami.

Jest chłodna, miękka, zroszona, gotowa. Wykopuję małe dołki, a one z otwartością przyjmują jasne cebulki.
Zapach ziemi otula kwiaty i mnie samą.
I znowu wraca do mnie na fali wspomnienia radosny głos Babci Niebieskiej: „Lubię ziemię. Ziemia mi pachnie”.
Jej poczerniałe ręce z wykręconymi palcami nieustannie czesały ciemne skiby.
Z czułością, z jaką niejedna matka nie przekłada włosów swej córki.
Kruczoczarne, czasem ze złotą smugą piasku lub rudawą glinki. Czasem popielate, zlocisto- brązowe.
Zawsze pachnące ziołami. Jak wtedy, gdy używa się szamponu z wyciągami roślin.

Kochać ziemię.
Uświadomić sobie to tuż przed kolejną rocznicą pojawienia się na niej, gdy mój los został spleciony z jej losem.
Kochać tę ziemię. Właśnie tę, dotykaną rękami przodków, odżywianą ich pracą, łzami, krwią.
Gdy mówię „ojczyzna” drżę ze wzruszenia.
Jej zapach. Tajemniczy, słodki, dziki, swojski.
I każdy mi jest drogi, kto ją kocha.
I każdy mi niezrozumiały, kto ją zdradza.
– Wiesz mamo ilu tu jest świętych? – pyta nagle Hania.
– Nie wiem – podnoszę oczy znad książki.
Obie siedzimy sobie w naszej sypialni otulone poduszkami, kocykami i światłem płynącym spod ozdobionego koronką klosza lampy.

– Dwudziestu dziewięciu. – oświadcza tryumfalnie córka – Policzyłam wszystkie obrazki na ścianach i na półkach. Jesteście otoczeni świętymi, patrzą na was z każdego kąta. – żartuje.
– Pilnują nas – mówię.

Tak było w grudniu. Teraz grono powiększyło się, bo doszedł o. Dolindo narysowany przez mojego ucznia. Powoli zaczyna brakować miejsca na ścianach i półkach:)

Obecność.
To słowo, które wciąż pojawia się w mojej głowie. Od paru tygodni. Wraca.
Świadomość obecności, Ich obecności. Nieustannej, dobrej, czuwającej i … tak często zapominanej.
Obrazy, świece, medaliki, różańce to nasze przypominajki, choć i obok nich potrafimy przechodzić obojętnie, bez choćby przelotnej myśli o tym, że „nie jesteśmy sami”.
Obecność.
Jeśli modlę się i nie zanurzam się w tej Obecności, Oni mnie słyszą, lecz ja sama jestem jak zamknięty pokój, który nie wpuszcza światła ani powietrza ani zmian. Na nic wtedy zdadzą się wyszukane zaklęcia, nobliwe słowa, rymowane inwokacje, długie koronki i litanie.
Jedna sekunda uświadomienia sobie ich bliskości będzie więcej warta. Jak uchylenie okna, jak rozsunięcie zakurzonych stor choć na chwilę, by wpuścić światło.
Muszę się tego stale uczyć.
– Jestem tu – słyszę czasem jak Ktoś cicho przerywa moje piętrowe modlitwy.

– Czy wiesz, że TU jestem? Czy jeszcze o tym pamiętasz? Nie musisz mnie szukać. Już mnie znalazłaś. Teraz pobądź ze mną.
To takie proste.
Lecz my czasami jesteśmy już za bardzo skomplikowani, by zrozumieć rzeczy najprostsze z prostych.
Obecność.
Ostatnio po prostu powtarzam sobie to słowo cicho, po wielokroć, dotąd aż zaczynam się w nim zanurzać. Powoli, jak w wodę. Wszystko cichnie, znika.
Obecność.
Jesteśmy nią nasiąkliwi.