Maryja

 

 

 

Maryja jest jak wielka lampa.

Kto stoi u Jej stóp nie zaginie w mroku, kto niesie Ją przed sobą, nie zabłądzi.
Promienie tej Lampy wedrą się bowiem w każdą najmniejszą szczelinę, spłyną blaskiem w najgłębszą rozpadlinę.

Ona jak oko latarni morskiej wyszpera każdego zbłąkanego wśród fal i skał, wywiedzie go z mroku, poprowadzi i ocali.
Jej blask jak złoty miód zaleje każdą ciemność i gorycz.

Wystarczy mieć Ją u swego boku. Gwiazdę Mórz, Pochodnię Gedeona, Latarnię najdalej wysuniętą w ocean świata, Zorzę Polarną, Jutrzenkę kończącą noc, Ogień na ołtarzu, Pożar, który nigdy się nie zatrzymuje, Pełnię księżyca czyniącą każdą noc bezpieczną…

Nie uda ci się wpuścić tylko odrobinę Maryi. Jeśli uchylisz Jej drzwi, zaleje całe twoje życie światłem, zanurzy cię w łaskach.

Podasz Jej rękę, a Ona cię pociągnie i zanim się obejrzysz będziesz cały Jej, a Ona – cała twoja.
Pójdziesz za nią jeden krok, a Ona uniesie cię w jednej chwili tysiące mil do przodu.
Powiesz Jej: „Mamo, buciki mi się podarły, użycz mi choć jednej łaski”, a Ona otworzy wszystkie swoje szafy, kufry i skrzynie z klejnotami, ubierze cię i ozdobi we wszystko jak książątko.
Jękniesz draśnięty, a oto Ona na czele hufców Aniołów przybędzie, aby cię bronić.

 

Raz tylko powiedz Jej „Fiat”, a oto ci się to wszystko stanie.

 

*  *  *

Minął rok od czasu, gdy postanowiłyśmy z moją przyjaciółką Martą założyć różę różańcową żon modlących się za swoich mężów. A Maryja zaskoczyła nas wtedy, bo chętnych zgłosiło się tyle, że powstały aż 3 róże:)

Trwamy już na modlitwie od roku i niedługo – 22 marca zostanie odprawiona za nas wszystkie i za nasze rodziny msza święta.

Ale to nie koniec, bo – kto wchodzi na drogę z Maryją, ten już nigdy się nie zatrzyma.

 

Ostatnio więc wciąż wracała myśl, że przecież i tak codziennie odmawiam dziesiątek za moje dzieci, więc może ktoś chciałby się przyłączyć do mnie i stworzyć różę rodziców modlących się za swoje dzieci. I długo nie czekałam: jako pierwszy zgłosił się mój mąż, a potem już poszła lawina. I róża rodziców powstała w ciągu zaledwie 24 godzin. Modlimy się w niej od dwóch dni.

Lecz… wciąż są nowi chętni, więc trzeba założyć kolejną różę:)

Dlaczego już się temu nie dziwię?

Mamy jeszcze wolne miejsca.

Jeśli ktoś z Was chciałby do nas dołączyć i modlić się za swoje dzieci, napiszcie w komentarzu.

*

‌Przypomnę tylko, że modlitwa polega na tym, że codziennie odmawiamy tylko jeden dziesiątek różańca ( jedną tajemnicę, która zmienia się co miesiąc), a łaski i zasługi otrzymujemy takie, jakbyśmy odmówili całe cztery części różańca.

To wielkie skarby, które możemy wyprosić naszym dzieciom małym, średnim i zupełnie dużym.

 

 

rekolekcje krzyża

 

W ubiegły piątek poczułam się źle. Po raz pierwszy w życiu musiałam zwolnić się z pracy i wrócić do domu. Jakiś wirus wyraźnie się na mnie uwziął. Trochę byłam zdziwiona, bo odzwyczaiłam się już od chorowania. Nie robiłam tego od wielu, bardzo wielu miesięcy. U lekarza nie byłam dwa lata:)

Dlatego pomyślałam, że odpocznę trochę przez weekend, podkuruję się czosnkiem i witaminą C, posiedzę w cieple i w poniedziałek znów wrócę do pracy. I z całej siły próbowałam wcielić mój plan w życie aż do poniedziałkowego ranka, który udowodnił mi o świcie, że z takim gardłem mogę zapomnieć o dłuższym mówieniu:)

To był MÓJ plan, ale gdzieś w głowie wciąż Ktoś próbował przebić się ze swoimi zamiarami.

– Zostań w domu parę dni. Chcę ci ofiarować ten czas. – mówił cicho.

A ja udawałam, że nie do końca słyszę i że są zakłócenia na linii;)

*  *  *

Jest w nas często taka nieuświadomiona myśl, że świat się bez nas zawali, lub, że tyle jesteśmy warci, ile wypracujemy. Jest ona także we mnie.

Myśl, która nie pozwala przyznać, że „nie dam rady”, że „dziś nie mam siły” i przymusza, by wznieść się ponad swoją ludzką kondycję i udowodnić sobie i światu, że jestem herosem, który nie cierpi, nie płacze i nigdy nie słabnie.

Tak więc ja stawałam na uszach i rzęsach, by właśnie to udowodnić, a On spokojnie i z uśmiechem powtarzał: „Zostaw to. Daję ci ten czas. Przyjmij.”

 

I dokładnie tak się stało, jak chciał.

Dał mi trzy dni wypełnione po brzegi ciszą, modlitwą, Słowem, czytaniem, pisaniem, pracą i odpoczynkiem. Dał mi rekolekcje, jakich się nie spodziewałam.

Zatrzymał mnie, jak się zatrzymuje konie, ściągając mocno lejce. Bo sama nie umiałabym się zatrzymać.

Dobrał czas, okoliczności i wszystko dopasował na moją miarę.

Moje prywatne rekolekcje, które sam zaplanował, zorganizował i poprowadził. Nawet najwięksi królowie nie dostąpili takiego zaszczytu:)

Na dodatek rekolekcje 24 godziny na dobę, bo bezsenność sprawiła, że nie spałam dwie noce. I ona jest darem, choć trudnym. Rozmawianie z Nim we mgle zmęczenia jest mistyczne.

Dziś moje rekolekcje dobiegają końca. Jutro znowu wrócę na mój posterunek.

Lecz już przemieniona, odmłodzona choć osłabiona po chorobie i niewyspana.

 

On wie co dać i kiedy.

 

Są dary, które nazywamy krzyżami i z niechęcią wyciągamy po nie rękę. Lecz krzyż to tylko opakowanie prezentu. Gdy je otworzyć, wysypują się obfite skarby. Przekonałam się o tym już tyle razy w moim życiu.

Ten krzyżyk ostatnich dni był taki malutki, a tak wiele otrzymałam. Ile można w tak małym puzderku zmieścić darów, On sam tylko wie.

Ile mieszczą w sobie wielkie krzyże?

 

 

Ps. Proszę Was o modlitwę za Marzenkę. Była wierną przyjaciółką i wspierała z całych sił Ewę w jej chorobie, trwała przy niej aż do ostatnich chwil, a teraz sama doświadcza tego samego krzyża choroby nowotworowej. Módlcie się razem ze mną za nią🙏 Ona bardzo tego potrzebuje.

 

 

 

 

 

 

# znaczek 141

*  *  *

Nie, żadne zajęcie nie uniemożliwia modlitwy.

Czyż nie odmawiałem psalmów, bity i okryty ranami? Wlokąc się na Kalwarię, wśród wyjącego tłumu?

A na Krzyżu? Moim biednym Krzyżu…

A ty uważasz, że trudno ci się modlić wśród twoich drobnych i nie męczących zajęć?

O, połącz się ze Mną!

 

( Jezus do Gabrieli Bossis, 1 marca 1942r)

 

 

 

 

 

lazurowy wazon

 

 

Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno…

( św. Paweł, 1 Kor 13,12)

Przypomniał mi się mój opiekun z młodości i jego słowa, gdy wstałam dziś rano i zobaczyłam prześwitujący przez zasłonę cudny cień.

A potem jeszcze bladoniebieski rękaw wychylił się z drzwi szafy i dopełnił dzieła.

Czasem jesteśmy prawie pewni, że cień rzeczy to wazon z kwiatami ( choć już z jakimi trudniej nam odgadnąć bez uprzedniej wiedzy), ale bywa też, że zupełnie nie mamy pojęcia co jest na drugim końcu mankietu rękawa. Sukienka? Bluzka? Żakiet? A może to wcale nie rękaw jest, lecz jedna fałdka niebieskiej spódnicy?

Nasze oczy nie widzą dobrze, a my mamy za mało wiedzy, by zrozumieć wszystko i pojąć.

Nie wiemy po co przyszła choroba, ani dlaczego jest wojna, jakie skutki przyniesie nasze małe kłamstewko, ani czym zakończy się nasza dzisiejsza podróż autem. Kogo spotkamy na ulicy i czy to wpłynie na nasze życie. Nie wiemy które słowa powiedzieć, by pocieszyć zamuconego, jak nabrzmiałe znaczeniem są małe gesty. Nie wiemy czy to, że dziś zgubiliśmy portfel, nie było naszym największym szczęściem, a to, że spóźniliśmy się na pociąg, czy nie uratowało nam życia. Jak zmieni nasze myśli książka, którą właśnie wzięliśmy do ręki, ani za którym rogiem spotkamy kogoś, kogo pokochamy. Nie wiemy czy przez błąd, który popełniliśmy nie odnajdziemy przypadkiem tej właściwej drogi. Dlaczego dopuszczona jest śmierć niewinnych, i dlaczego cierpienie, i po co są rany? Dlaczego niektórzy ludzie są nam dani jak najlepszy prezent, a niektórzy zadani jak najtrudniejsze matematyczne zadanie.

Widzimy tylko cień lub fragment. Reszty się domyślamy, lecz nie zawsze trafnie.

Kiedyś odsłoni się zasłona, otworzą drzwi szafy.

Szary cień okaże lazurowym wazonem z czerwonymi goździkami, a skrawek materiału romantyczną błękitną koszulą.

 

Kiedyś.

Teraz widzimy niejasno.

 

 

paproszek

 

Od rana dziś biegam po domu. Zostałam w nim sama z Laurką, która nieco się rozchorowała na skutki nienoszenia czapki i szalika czyli cd. wielotomowego dzieła pt. „Jak być zbuntowanym nastolatkiem i przeżyć” 🙂

– Czyli mogę spać jutro do upadłego? – zapytała tylko, gdy zdecydowaliśmy wczoraj wieczorem, że do szkoły nie pójdzie.

– Będzie trudno – odrzekłam z figlarnym uśmiechem – Nie za bardzo da się upaść, już leżąc.

– No chyba, że spadniesz z łóżka – zasugerowała pomysł Nusia.

Tak więc dziecię jak rzekło, tak zrobiło. I oto poranek aż do dziesiątej spędzam zupełnie sama.

Słońce lśni jak złota tarcza na niebie, ptaki rozperlają powietrze świergotem.

Wymiatam z przedpokoju suche liscie, które nawiał nam Ulf. Szeleszczą pod zmiotką i figlarnie wracają znowu podrywane lekkim podmuchem.

Przypomina mi się wiersz, który wczoraj przysłała mi Ala MM.

 

Proch

 

Prochem jesteś i w proch się obrócisz…

 

Już myślałaś, że wiesz. Ale jednak…

 

 

 

Wiatr wiosenny orzeźwił ci czoło,

 

dłonie, stopy uniosła muzyka.

 

 

 

I znów jesteś, znów żyjesz, znów tańczysz

 

i tak bardzo nie umiesz być prochem.

 

 

 

Repetitio est mater studiorum.

 

Nie ma obaw. Przymiarek nie braknie.

 

 

 

Ale znów na wagary, na krótkie…

 

Prochu biedny, wciąż dziecinny prochu,

 

 

 

przyjdzie chwila, która będzie twym amen.

 

W Jego dłoniach spoczniesz, okruszku.

 

 

 

On podniesie cię, prochu, do serca.

 

22 lutego 2023, Środa Popielcowa

 

I nagle wraca słówko z dzieciństwa, gdy czasem wiatr powiał i do oka coś wpadło. Mama brała rożek chusteczki i mówiła:

– Choć wyjmę ci paproszek z oka.

Tak właśnie. Słodko i z czułością niemal : paproszek.

Nie proch.

„Prochem jesteś i w proch się obrócisz” – usłyszałam wczoraj nad głową, a szary pył posypał mi się z głowy na twarz i na kożuszek.

Twardy gest, twarde słowa. Mocne i oczywiste, bez znieczuleń.

Warto to sobie przypomnieć.

A potem, zaraz potem tę Jego czułość, gdy mówi w Ks. Zachariasza:

” Kto dotyka was, dotyka źrenicy Mego oka”.

Tym jesteś dla mnie paproszku. Ukryta pod Moją powieką jak pod płaszczem.

Gdy powstawałaś z prochu – mówi – wiedziałem, że nieraz mnie zabolisz, że nieraz Moje oczy będą łzawić, bo czasem ranisz, lecz nie pozwolę cię nikomu dotknąć, skrzywdzić, zabrać z dna Mego oka. Jesteś kimś małym i kruchym, lecz umiłowanym wielką Miłością.

Więc… jakkolwiek by się nie okazał trudny Wielki Post, nie zapominajcie o Jego miłości.

 

 

 

 

 

dróżki dziecka

 

Trzeba dorosnąć do bycia dzieckiem:)

 

Kto z nas nie pamięta, gdy jako dziecko przynosił mamie świecidełka zrobione ze szkiełek, prezenciki naprędce sklecone, rysuneczki malowane z języczkiem na brodzie, bo jakoś język był nieodzowny do malowania, gdy się człowiek bardzo starał ( ups! dziś malując, nie wywieszam ozorka na brodę, czyli chyba za mało się staram;)

Kto nie pamięta, że robił mamie kucyczki, wpinał spinki we włosy bez ładu i składu, nakręcał i zdejmował wałki, przy okazji wyrywając nieco włosów:)

Kto nie pamięta, że zawieszał jej na szyi wszystkie korale i łańcuszki, jakie znalazł w domu, bransoletki i klipsy.

– Jeteś moją księźnićką – mówił wtedy do mnie mały synek, a Alusia wykończała dzieło, malując mi twarz na wszystkie kolory tęczy.

– Mamo, psiniośłam śkalb dla ciebie – raz po raz słyszałam, gdzie dzieci wracały z podwórka.

A to kamionek, a to muszelka, a to urwana główka kwiatu, nasionko, listek, trawka, płatek róży, patyk …

Dziecięca miłość❤️

 

* * *

Kiedyś zawędrowaliśmy w trakcie wakacyjnych wypadów do miejsca, gdzie kręcono nasz ulubiony serial „Rancho”. Oglądaliśmy wszystkie znane nam z ekranu zakątki, także sławny kościółek.

I pamiętam, że w jego kruchcie, w samym rogu stała figurka Maryi. Stara figurka ustrojona przez miejscowych w mnóstwo sznurów korali kolorów wszelakich, łańcuszki, różańce, a nawet chyba w bibułowe kwiatki.

Strasznie mnie to zniesmaczyło. Mój wysublimowany gust ogładzony uniwersyteckim wyksztalceniem i czytaniem dzieł teologicznych, nie mógł przejść obojętnie i bez szyderstwa wobec – jak mi się wtedy zdawało – profanacji i skrzywionej religijności.

Pamiętam jak szydziłam patrząc na kilkogramy świecidełek zwisających z szyi Maryi.

– Jak jakieś pogańskie bóstwo – mówiłam.

Dziś strasznie mi wstyd z tego powodu.

Byłam taka ślepa, a myślałam, że widzę lepiej niż inni. Byłam głucha, a uważałam, że słyszę lepiej niż reszta.

Widziałam tylko jarmarczne ozdoby, a nie widziałam miłości.

Od tamtego dnia minęło kilkanaście lat, Maryja cierpliwie jak Matka prowadziła mnie przez ten czas i wychowywała, tyle pokazała, oczyściła z tego, co niepotrzebne, pomogła nieść krzyże i … w końcu dorosnąć do bycia Jej dzieckiem.

Dziś uśmiecham się patrząc na moją figurkę stojącą na parapecie okna sypialni w taki sposób, że zawsze mam Ją twarzą w twarz. Moja figurka ma brylancik od Oliwiera pod stopami, na szyi zarzucony różyczkowy różaniec od Nikoli i drewnianego ptaszka włożonego w dłonie i wazonik z kwiatami u stóp i świeczkę, którą zapalam podczas modlitwy.

Już prawie nie różni się od tamtej z kruchty wiejskiego kościółka.

 

Jestem dzieckiem i jak dziecko okazuję Jej miłość. Bo miłość to nie tylko wielkie sprawy i duże gesty, ale także zwykłe drobiażdżki i małe uśmiechy. Nabazgrane od serca rysunki. To całus rzucony w przelocie. I westchnienie po wielokroć wyrywające się w ciągu dnia: Kocham Cię.

*  *  *

Uśmialiśmy się ostatnio, bo Nusia przyniosła ze szkoły newsa. Otóż ksiądz wyznał im na religii, że nie jest za bardzo maryjny, ale… wydaje mu się, że „bycie maryjnym nie jest niebezpieczne” 🙂

 

A ja dziś mogę powiedzieć zupełnie coś innego. Bycie blisko Maryi i zaufanie Jej jak dziecko to najbezpieczniejsza z dróg, jakie znam.

A przeszłam wiele splątanych ścieżek, by to odkryć.

 

 

 

 

 

szczęście

 

Chcesz przyjemnej podróży, czy dojechać do celu?

* * *

Ostatnio raz po raz prowadzę bardzo ważne rozmowy.

Ktoś choruje i potrzebuje wsparcia, kogoś zdradził mąż, ktoś przeżywa dramat, bo najbliższa osoba okazała się uzależniona, ktoś jest na pograniczu załamania nerwowego… Wciąż i wciąż pojawiają się kolejne osoby.

I niemal każda rozmowa dociera do punktu, gdy pojawia się to pytanie: czy jeszcze będę szczęśliwa? czy szczęście wróci? przecież jestem jeszcze młoda – mam prawo do szczęścia.

 

I przypominają mi się te dramatyczne dni sprzed 6 lat, gdy otrzymaliśmy straszną diagnozę mojego męża. Pewnego dnia przyjechaliśmy oboje tutaj, do naszego prawie wykończonego domu. Patrzyłam na te piękne tapety, na nowe balustrady schodów, lśniącą świerkową podłogę poddasza, blask słońca bijący od balkonowych drzwi. Jeszcze tak niedawno wszystko to ogromnie mnie cieszyło, a teraz byłam jak ślepa i żadna z tych rzeczy nie wydawała mi się ani piękna ani cokolwiek warta. Już nie chciałam tego domu. Bo pragnęłam tylko jednego: by mój mąż był zdrowy i żył!

I właśnie wtedy to pytanie wypadło z moich ust.

– Czy my jeszcze kiedykolwiek będziemy szczęśliwi? – szepnęłam mężowi bez nadziei na odpowiedź.

 

Gdy dziś ktoś zadaje mi to samo pytanie, powraca do mnie echo tamtego dnia.

 

Ostatnio zadałam sobie kolejne, jeszcze trudniejsze pytania:

A czy urodziliśmy się właśnie po to, by być szczęśliwymi?

Czy to jest główny cel naszego przybycia tutaj?

I czy dobrze rozumiemy szczęście?

Czy nie mylimy go z przyjemnością, brakiem kłopotów, świętym spokojem, wiecznym zdrowiem i spełnieniem wszystkich marzeń?

Bo przecież mój mąż nadal jest chory, moje zdrowie też coraz bardziej szwankuje, nasze życie nie jest pozbawione kłopotów i trosk, a jego chropowatość ociera nieraz do krwi, ale… jesteśmy szczęśliwi.

Szczęście przychodzi samo, niepostrzeżenie i mimo wszystko, ale tylko wtedy, gdy nie jest naszym życiowym celem lub wręcz prawem, które sami sobie nadaliśmy.

 

Bo nie po to pojawiliśmy się TUTAJ i nie za wszelką cenę mamy do tego dążyć.

 

Gdy zadałam tamto pytanie 6 lat temu, jeszcze tego nie wiedziałam. A mój mąż bez wahania odpowiedział wtedy:

– Tak Rut, będziemy szczęśliwi. Zobaczysz.

I miał rację:)