zawieszeni w milczeniu

 

Czytam Miłosza.

Czytam i chwilami rozpływam się w jego słowach, schodzę nimi w dół po jednych, drugich, trzecich stopniach znaczeń. Czytam i czasem odkrywam siebie i swoje rozterki, poszukiwania, pytania, nienasycenie zbyt płytką odpowiedzią dawaną przez ten świat.

Wyłudziłam ten tomik od Ewy z biblioteki. Rozpada się w rękach na pojedyncze karki, nie ma swej metryczki w żadnej księdze inwentarzowej i ogólnie nikomu tam nie jest potrzebny. Miejsce zajmuje. Bo kto dziś czyta poezję?

Ja czytam.

Odnajduję w niej siebie, kawałek po kawałeczku, bo poezja to jest zejście najgłębiej jak potrafimy. Miłosz mówi, że to przypominanie sobie języka, w którym rozmawialiśmy z Bogiem zanim zdarzył się grzech, który nas rozdarł. Mozolne poszukiwanie słów tej staromowy, wsłuchiwanie się w jej echa kołujące jeszcze na dnie naszych serc. To jest poezja. Nasłuchiwanie jak nasłuchuje niemowlę swojej matki, układanie ust naśladując ruchy jej warg i próby odtworzenia dźwięków. Bo tylko w tym języku da się wyrazić to co najważniejsze.

To takie trudne.

Czytam Miłosza zmagającego się z kulawymi słowami, którymi posługujemy się na co dzień. Jak one nie potrafią wyrazić nic lub prawie nic.

„Skąd bierze się moja pokora? A stąd, że zasiadam do stawiania znaczków na papierze w nadziei, że coś wyrażę, umiem na tym spędzać całe dnie, ale kiedy postawię kropkę, widzę, że nie wyraziłem nic.(…) A ja ciągle z moim nienasyceniem, jak w tej chwili kiedy podchodzę do okna, widzę wieżę z zegarem, w dole śnieg na trawnikach campusu Ann Arbor, przechodzącą po ścieżce dziewczynę i samo już to, bycie tu, przy tym oknie, w chwili takiej jak każda inna, to znaczy niepowtarzalnej, z bielą śniegu i ruchem nóg oglądanym z wysoka, wystarcza żeby mnie wpędzić w lament nad niewystarczalnością języka.”

Widzę siebie dokładnie w tej samej pozycji, pełnej zdumienia, niemej ekstazie. Tyle razy mi się to przydarzało. Ostatnio twarzą w twarz z starym sadem na wsi, białym od mrozu, niewyobrażalnie spokojnym, tajemniczym, z kolejnymi perspektywami odsłaniającymi się jedna za drugą.

Żadne z tysięcy słów, jakie noszę w głowie nie oddaje ani tego widoku, ani co czuję, gdy nań patrzę.

Staję oszołomiona i bezradna.

Tak samo jak on w oknie zawieszonym nad trawnikiem campusu Ann Arbor.

 

 Milcząc, kontemplujemy nienazwane.

 

 

 

dies irae

 

Dzień, gdy Laura raz po raz nurza się w morzu rozpaczy. Dies irae – rzec można:)

Pod wieczór, przy sto czterdziestym pierwszym zerwaniu tam hamujących potoki łez i krzyku, nie wytrzymuję i pytam rzeczowo:

– Co się z tobą dziś dzieje córko? Jesteś głodna?

– Nie!!! – otrzymuję natychmiastową odpowiedź.

– Może jesteś chora?

– Nie!!!

– Może cię coś boli?

– Nie!!!

– To jaka jesteś?

– Źłośliwa!!! !!!

 

 

 

Odważna samokrytyka. Szkoda, że niezbyt konstruktywna:)

 

 

niezrozumiany artysta

 

Laura rysuje.

Przy trudniejszych zawijasach pomaga sobie językiem, wywijając nim w tym samym rytmie co kredką.

– Zgadnij co to jest? – pyta, podsuwając rysunek w moją stronę.

– Nie wiem. – poddaję się od razu, bo wyjątkowo rysunek niepodobny do niczego.

– Egzemplasz!!! – wykrzykuje córcia oczywistą oczywistość.

 

No tak. Jak tak dłużej się przyjrzeć to: egzemplarz jak malowany:)

Nie śmiałam już pytać artysty: egzemplarz czego?

 

Wszak niezrozumienie artysty generuje jego wenę:)

Lepiej go nie rozumieć.

 

 


definicja

 

Czasem się zdarzają pytania iście filozoficzne.

– Mamo, a miłość to co? – zaczyna Laurka.

– Hmmm. – zaczynam się głęboko zastanawiać.

Głęboko acz – jak się okazuje – niepotrzebnie, bo pociecha odpowiada sobie sama. Widocznie pytanie było i filozoficzne i retoryczne jednocześnie:)

– Miłość to śmiech, kiedy ktoś zaklywa usta i tak się śmieje. – wygłasza uroczyście, demonstrując przy okazji odpowiedni gest.

 

Definicja miłości według Laury.

Gdy ktoś zakrywa usta i chichocze to może być tylko miłość pensjonarki:)

 

 


 

 

gąska śniegu

 

– Śnieg, śnieg!!! – szaleńczy okrzyk Dusia wypełnił półmrok rodzinnego wieczoru.

Nagłe olśnienie na dachach, ulicy, gałązkach nagich drzew. Każda sztacheta w bramie ubrana w jasną czapeczkę. Jak co roku i tylko teraz.

– Miał być jutro, a jest dzisiaj!!!

Snop płatków wirujących pod uliczną lampą zupełnie taki sam jak w magicznych kulach.

Jesienna senność znika. Biegamy od okna do okna, rozbijając zachwycone spojrzenia o białe obrusy rozesłane na trawniku i dachach. Umarły trawnik ożył w jednej chwili, szare dachy nabrały dostojeństwa ołtarzy.

Uchylam okno. Zapach śniegu gładzi twarz. Wyciągam dłoń i zgarniam biały puch z parapetu. Podaję Laurce.

– Masz garstkę.

– Mama dała mi gąskę śniegu! – wykrzykuje i biegnie pochwalić się reszcie.

– Jaką gąskę?

– Garstkę!!!

Wszyscy śmiejemy się nagle pijani zimą.

Przyszła akurat na czas. „Akuratnie” – jak by powiedziała moja babcia.

Ciasto piernikowe zwinięte jak kot w brązową kulkę i opatulone w ściereczkę dojrzewa na schodach strychu. Buraki kiszą się w dużym słoju w kuchni. Nowy mocny akcent w naszym życiu.

– Co to? Ślimaki? – dziwi się Laurka wskazując bordowe krążki z charakterystycznym wzorem.

Buraki mają słoje! Zupełnie jak pnie drzew! Teraz to dostrzegam.

Papierowa choinka i plastelinowy Mikołaj z równie plastelinowym bałwankiem już od kilku dni obserwują nas z drewnianej kuchennej półeczki. A na parapecie leżą dwa listy do świętego z zamówieniami podarków.

Wszystko idzie w dobrym kierunku. Odwiecznym rytmem zbliża nas ku sobie.

„Ile razem dróg przebytych,

Ile ścieżek przedeptanych,

Ile deszczów,

Ile śniegów wiszących pod latarniami” – plącze się melodia Grechuty.

 

„Gąska śniegu” rozpuszcza się w gniazdku malutkiej ciepłej dłoni i stacza kropelkami wody.

Wszystko przemija i trwa jednocześnie. I śnieg, i kwiat, i obłok i my. Przemijanie niczego nie niszczy, nie zamyka perspektywy. Nie zaprzecza wieczności. Zbliża ją, uwypukla, tłumaczy nam ją, opowiada cierpliwie.

Ważny jest jednak rytm: nastawanie po sobie pór roku, choinek obsypanych coraz to nowymi papierowymi zabawkami, kolejnych brunatnych kul ciasta na pierniki, plecionych wytrwale rok po roku wieńców adwentowych, wyglądanie gwiazd pierwszych nad wigilijnymi stołami, okrzyków zachwytu nad dziewiczym śniegiem… oczekiwań i doczekiwania się spełnień.

Z roku na rok coraz jaśniej, coraz pewniej, coraz bliżej. Tuż tuż.

Szkoła przemijania dla nieśmiertelnych.

 

 

 

aromaterapia

 

Wybierając chryzantemę na grób taty staram się myśleć rozsądnie i dalekosiężnie. Te z większymi kwiatami mają atrakcyjniejsze kolory, ale przy pierwszym przymrozku pochylą główki i zbrązowieją. Poza tym…

– Te drobniejsze można potem posadzić w ogrodzie, zimę przetrwają, a w następnym roku znów zakwitną – tłumaczę rodzince, stojącej ze mną przed wielobarwnym stoiskiem przypominającym chryzantemowe morze.

– No – wtrąca najmłodszy ogrodniczek – I chlyzantemami można tes poplawiac sobie humol, bo tak ładnie pachną:)

 

Aromaterapia.

 

Chryzantemy niestety z reguły nie pachną. Ta jednak moja wyśniona, cudem zdobyta, różowa ze złotym oczkiem pachnie wprost odurzająco i na odległość humor poprawia. Także ilością kwiatów.

Teraz już śpi, ale obudzi się na wiosnę i znów zakwitnie jesienią. Pewnie jeszcze bujniejsza, choć trudno sobie wyobrazić stopień wyższy od najwyższego.

 

Kwiatami można sobie poprawiać humor. A nawet zdjęciami kwiatów:)

 

 

 

 

 

 

 

 

smuteczki

 

Lala zasiada ze stertą książeczek pod pachą. Rozkłada pierwszą i…

– Ale jak ja będę cytała moim dzieciom jak nie umiem? – dzieli się smutną refleksją na temat bardzo odległej przyszłości swego potomstwa:)

– Nie martw się, nauczysz się. – pocieszam szybko i dodaję – Jak byłam taka mała jak ty, też nie umiałam czytać, ale potem poszłam do szkoły i się nauczyłam. Ty też się nauczysz.

Laurka kiwa główką widocznie pokrzepiona i zanurza się w lekturze.

Dziecięce troski może brzmią śmiesznie, ale są tak samo realne jak nasze dorosłe. I tak samo bolą.

Pamiętam, gdy jako mała dziewczynka obserwowałam moją mamę, która kilka razy dziennie musiała pojechać do miasta, by kupić wszystko, czego było potrzeba tak licznej rodzinie. A był to niełatwy czas kolejek i zdobywania cudem najprostszych rzeczy. Pamiętam jak nie raz kryłam się gdzieś w kąciku i płakałam cicho nad losem moich dzieci, które umrą z głodu i zimna, bo ja nie umiem kupować:)

Te łzy były prawdziwe, prawdziwa była troska i ból w sercu.

Dziś się śmieję z tej małej Rutki ocierającej mokre oczy rękawem, ale to ona nauczyła mnie rozumieć, że małe troski moich dzieci są małe tylko w moich oczach. Dla nich są czasem niebotyczne i nie do pokonania jak lodowa góra.

I wtedy tę górę trzeba roztopić ciepłym słowem otuchy: „Poradzisz sobie”.

 

Bill Długoręki

 

Lala gra małą piłeczką w nogę z bratem.

Ku mej uldze tym razem wynieśli się do pokoju Ali, więc w spokoju ducha nurzam się we „Wnuczce do orzechów”.

JEST!!! Nareszcie!!! Kora przywiozła z Poznania jeszcze ciepłą książkę. Kajała się, że nie zdążyła kupić rogali świętomarcińskich, ale na rogalach mi zupełnie nie zależy. W nich trudno się nurzać:)

Dalekie odgłosy walki piłkarskiej trochę rozpraszają, ale są o niebo lepsze od bliskich odgłosów rozgrywki i o półtora nieba lepsze od piłki stale lądującej na mojej głowie:)

Spokój, błogość, relaks, odległe żeglowanie po losach rodziny Borejków. Wtem żeglowanie się urywa jakby ktoś znienacka kotwicę rzucił. Wparowuje Lala.

– Mamo, mamo!!! – krzyczy – Mozes mi wyjąć piłke spod łóska składanego?

– A tam nie ma nikogo, kto ci pomoże? – pytam, choć wyraźnie słyszę odgłosy pełnych trybun w rejonie rozgrywania meczu.

– Tak. – potwierdza córka – Ale nie s długą lęką. – zgłasza zastrzeżenie.

Słusznie. Nikt w rodzinie nie może się równać ze mną jeśli chodzi o długość rąk:)

 

I szybkość czytania. Choć w tym drugim mam silną i stale rosnącą konkurencję. Ala:)