Jeziusiek wielofunkcyjny

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

W całym
sobotnim przedświątecznym zamieszaniu, ukryta dla rodzeństwa ścierającego
kurze, mamy zajętej w kuchni i taty, który pojechał na zakupy, Laucia –
pastuszek bynajmniej nie bosy, bo z puchatymi bamboszkami świnkami na stópkach-
znalazła sobie zajęcie przy szopce.

Szopkę
z drewnianych listewek popełnił na polecenie pana od plastyki Dusio. Na dachu
uczepiona ogoniasta żółta gwiazda wycięta ze sklejki.

Tymczasem,
zanim tak zupełnie święta nie nastaną, mama szopkę ustawiła na kufrze, w
zasięgu rączek.

Ciekawski
pastuszek wyjął więc gipsowego Jezuska ze żłóbka, obskubał go ze źdźbeł sianka,
potulił, pokołysał, a potem…

– Mamo,
chodź zobaczysz co ona zrobiła – zgłasza Dusio ze śmiechem wchodząc do kuchni.

Przybieżelim
do Betlejem, patrzym, a tu Pan Jezusek pół stópki ma zdarte gipsowej.

– Co
się stało? – pyta mama.

– Ona
rysowała jego nóżką po dachu szopki. – tłumaczy brat.

 

I
rzeczywiście na drewnianym daszku śliczne białe esy-floresy jakby ktoś kredą
rysował.

– Niunia
lisiowała .– dla zupełnej jasności pastuszek w bamboszkach potwierdza tezę
brata.


Jeziusiek – dodaje z czułością.

 

Łoj
Maluśki, Maluśki jako rękawicka…  Herod to nie był Twój największy problem:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

zatrzymanie

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

 

Czarny
długopis wylewa cienką strużkę czarnego tuszu. Tusz lśni jeszcze przez chwilę
na kartce i powoli zastyga w esy-floresy, kropki, kółka i linie.

– Ten
długopis nie nadaje się do pisania – ostrzegła lojalnie Monika wręczając Rut
narzędzie – ale jest elegancki.

Tak,
jest wytworny. Czerwony o metalizowanym poblasku, ze srebrnymi okuciami. I do
pisania się nie nadaje rzeczywiście. Tym bardziej nie, jeśli pisze nim ktoś
taki jak Rut – szybki i zamaszysty, już na początku zdania myślący o kropce na
końcu.

Ale i
taki długopis znajdzie zastosowanie.

Można
nim rysować kartki Bożonarodzeniowe. Powoli, z namysłem wieść wąski strumyk
tuszu przez jasną polanę kartki, dać mu czas na zalśnienie, poczekać aż
zastygnie.

Spod
srebrnej końcówki wyłaniają się powoli choinka, kot  śpiący na dywaniku, świecznik,anioł pyzaty,
okno oszronione, żłóbek, kalendarz na ścianie z cyfrą 24, gwiazda, prezenty,
ptaszki na kolczastych gałązkach…

A potem
napis:
Wesołych Świąt dla przyjaciół.

 Gdy Rut rysuje świąteczne obrazki, wszystko
zaczyna się układać we właściwej kolejności, quasi-ważne sprawy chowają się do
kąta, gdzie ich miejsce; czas znów starym zwyczajem powtarza z  angielską flegmą tik-tak, tik-tak ( Rut
dostała od irlandzkiego Mikołaja zegarek:), a serce nie usiłuje wybiegać do
przodu i równym ding-dong wtóruje zegarkowi.

 

Coś
zgrzytnęło w  głębi mechanizmu i karuzela
jakby zwolniła nieco.

 

Rano
otworzyła oczy przed wszystkimi, popatrzyła na opatulony grubą czapą śniegu
brzeg dachu. Okryła wieczne rozkopaną córeczkę i poszła do kuchni. Wyjęła
garnek z flaczkami, które zostały po czwartkowej biesiadzie imieninowej. Wspólnej
– jej i Ksawerego. Cały piątek postny flaczki czekały i za Rutką „chodziły”.

Teraz
pyrkoczą na kuchence i rozsiewają woń majeranku. Obok już szumi czajnik z wodą.
Koło czajnika grzeją się dwa kubeczki zasypane kawą. Mały, pękaty dla mężulka,
większy dla niej.

Rut
patrzy na wstający za oknem dzień. Biało-pomarańczowy poranek. Słońce jak
dorodna pomarańcza wyłania się zza domków za rzeką.

 

Coś
stuknęło, zaskrzypiały koła zębate i karuzela zawahała się na chwilę czy mknąć
dalej.

 

Pieczenie pierniczków poszło – jak to się określa
w tutejszej gwarze – w tri miga.

Alusia
wałkowała aż stękał stary drewniany wałek.

To
ten, który mi daliście jak wychodziłam za mąż – tłumaczy Rut Amelii przez
telefon – Są na nim wszystkie wasze podpisy.

To wam
się odbiją na ciastkach. – śmieje się siostra zza rzek i gór.

Nie,
weszły tak głęboko w drewno, że niczym ich teraz nie zmyjesz.

Potem
wykrajanie foremkami, układanie na blaszkach ( Nusia i Rut) i szuuu!!! do
wygrzanego piekarnika na 15 minut. A na koniec wszystkie rumiane choinki,
ptaszki, księżyce, gwiazdki, kwiatki i domki lądowały z szelestem do innej
blaszki.

Zapach
korzennych przypraw ogarnął całą kuchnię i korytarzem pomknął w głąb
mieszkania.

 

 

Karuzela
zrobiła ostatnie ćwierć-obrotu i stanęła w miejscu.

***

A czas
– angielski dżentelmen – stukając po trotuarze obcasikami, dostojnym krokiem
wciąż zmierza do celu.

Tik-tak,
tik-tak, tik-tak.

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

z biegu

v\:* {behavior:url(#default#VML);}
o\:* {behavior:url(#default#VML);}
w\:* {behavior:url(#default#VML);}
.shape {behavior:url(#default#VML);}

Wszystko wokoło wiruje. Wszystkie ważne i super ważne sprawy tłoczą w polu widzenia. Tak trudno zatrzymać się, złapać oddech, zapatrzyć po prostu, zasłuchać. Zadymka w głowie i w sercu.

Może to potrzebne – myślę – może po to, by kiedy karuzela się już zatrzyma ze zgrzytem, docenić stały grunt pod nogami, dostrzec subtelności zwyczajnego istnienia, policz płatki śniegu, które przysiadły na rękawie płaszcza.

Tymczasem wracam do wspomnień.

Kiedyś na starym blogu napisałam tak…

21 grudnia 2009

zima

 

Śnieg
sypał wczoraj cały dzień i dziś nadal sypie. Drobny biały puch wiruje w
powietrzu, z dachu zsunęła się karbowana biała falbanka. Jak tak dalej
pójdzie, zasypie nas i będziemy zmuszeni podobnie jak Maminki użyć włazu na
dachu:)

Zima
jest piękna, szczególnie, gdy patrzy się na nią z perspektywy kącika przy
grzejniku, który stał się teraz także zakątkiem pod choinką. Na stołeczku
leży opasły tom Newmana ( to ten, który bardziej wierzył w Boga niż we własne
ręce i nogi), papierowy bałwanek patrzy wielkimi czerwonymi oczami, nad głową
dyndają dwa bębenki, rudowłosa wróżka, która urodziła się kilka dni temu,
odwróciła się tyłem udając, że ma ciekawsze rzeczy do oglądania.

Dusio
włączył muzykę, Nusia biega aż włoski fruwają. Tym razem „gania ją lew”:)

Brakuje
mi tylko malowideł na szybach. Okna plastikowe są oczywiście bardziej
praktyczne, ale daleko im do romantyzmu tamtych starych. Wiało szparami i
ranki były zimne, ale gdy się spojrzało na te zaczarowane ogrody na szybach,
na wykute w nich prastare paprocie, konstelacje gwiazd i kwiaty, nie widziane
nawet we snach, coś w sercu topniało. Dotykałam w zdumieniu palcami, biegałam
oczami po wszystkich tych serpentynach i jedno tylko pytanie pląsało w mojej
głowie: Dla kogo to?

Wprost
nie do uwierzenia, że dla mnie.

I
nic tu nie tłumaczą prawa fizyki, bo dlaczego akurat takie, że na końcu
pojawia się okrzyk zachwytu?

 

****

Dziś myślę podobnie.

Zmieniam się, pędzę, kręcę w kółko, a jednak gdzieś w środku pozostaję ta sama. Jedna jedyna Rut i jej jeden jedyny świat przykryty cienką zasłoną powiek.

To daje poczucie bezpieczeństwa.

Szczególnie wtedy, gdy karuzela na zewnątrz mnie pędzi w zawrotnym tempie.


Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

wesolutko

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Dobrze, że jest coś takiego jak
weekend – wzdycha Dusio u kresu niedzieli.

– Mamo, a kiedyś były weekendy?

🙂 🙂 🙂

– Tak, były. Tylko inaczej się
nazywały. – odpowiadam rozbawiona jak wymarły mamut.

– A jak?

– Sobota i niedziela.

***


Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Tata
wrócił ze sklepu.

– A
mamie nie kupiłeś batonika? – pyta z troską Nusia.

– Nie.
Mama ma mnie słodkiego. – pada odpowiedź nie pozostawiająca złudzeń.


***


Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Idzie i
stęka utrudzona.


Cieńśkie. Cieńśkie – uskarża się pod noskiem.

Pod obu
pachami dźwiga dwie świnki skarbonki.

Zawartość
brzuszków świnkowych cichutko pobrzękuje.

 

Bogactwo
też może być ciężarem:)

 

– Pasionku!!! Pasionku!!! Tu jeteś!!!?
– krzyczy Laurka manipulując łyżeczką przy otworze świnki skarbonki.

Pieniążek zaś milczy jak zaklęty.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

budzenie dziecka

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

Śnieg przy mrozie -9 stopni wcale
się nie klei.

No chyba, że go długo ogrzewać w
dłoniach. No chyba, że wyskoczyć na balkon :
Hu-hu-ha
i
nabrać sypkiego szklistego pierza na tacę do ciasta. A potem postawić w pokoju
tuż przed małą twarzyczką okoloną złotymi zawijaskami włosków świeżo od
poduszki odklejonych.

Wtedy już śnieg nie ma wyjścia i
nim stopnieje do reszty, da ze sobą zrobić co zechcesz.

A chcesz w końcu ulepić
prawdziwego bałwana.

Cóż, że malutkiego na 10 centymetrów.

Cóż, że z wyłupiastymi oczkami z
ziela angielskiego.

Cóż, że miast porządnej czapy,
korek od napoju, a rączki to dwie zapałki.


Jeździ sobie bałwanek po niby-
jeziorze w niby- łódeczce zrobionej z miseczki do gry w pchełki.

Jeździ sobie i pokrzykuje:

– Nie Lauro, nie bierz mojej
czapy! Ojej, teraz zimno mi w głowę! Oddaj, oddaj mi czapkę!

Pokrzykuje głosem łudząco
podobnym do maminego. Nieco tylko cieńszym. Cieniutkim jak omszona mrozem
pajęczyna dyndająca na barierce balkonu.

A potem bałwanek podśpiewuje:

– Jestem sobie bałwanek. Jeżdżę
sobie po tacy.

– Oj, oko mi wypadło! Lauro,
oddaj mi zaraz.

– Posię – podaje zgubę mała
rączka i usłużnie wciska czarny koralik obok tego drugiego.

 

Inauguracja zimy malutka w myśl
zasady: zaczynaj od rzeczy małych, na wielkie przyjdzie kolej:)

 

Bądźcie
jak dzieci.

 

Przed świętami Bożego Narodzenia nawet
największe dziecko wychodzi z kąta.

Na początek dobrze jest ulepić
bałwanka na talerzu:)

Pogadać z nim trochę.

Potem połknąć czerwoną pastylkę
słońca podaną na tacy wymalowanej w biało-biały pejzaż.


 

I już.

 

Dziecko otwiera oczy.


st1\:*{behavior:url(#ieooui) }

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

stadko wróbli

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Czy jest jakaś taka czynność
przy której czujesz, że naprawdę jesteś, że żyjesz? Taka, która nieustannie cię
pociąga, w której się spełniasz? – szepczę do mężulka w chwilę potem, gdy
stadko posnęło, ostatni maruder został odłączony od zasilania przy cysiu i
szczęśliwie dobiliśmy do portu o obiecującej nazwie Nocna Cisza.

– Ummm – wpada w mrukliwe
zastanowienie zagadnięty – Nie wiem. A ty? – odbija piłeczkę.

Ja?

Ja już mam gotową odpowiedź.

Napotkałam ją niedawno na moich
myślowych dróżkach i bardzo zdziwiona aż otwarłam usta.

– Pisanie. – odszeptuję,
opatulając się kołdrą aż po brodę.

– Aaa? Ale ja myślałem, że chodzi
ci o czynność bardziej spektakularną.

– Nie. Chodzi mi o zupełnie
zwyczajną czynność. Taką, którą lubisz robić, a jak akurat jej nie wykonujesz ,
to myślisz o tym kiedy w końcu będziesz mógł się do niej zabrać. A jak nie
możesz się zabrać, to czujesz niedosyt i głód… – rozpędzam się coraz bardziej.
Szeptane słowa stukocą w półmroku i ciszy zupełnie tak samo jak nocny pociąg,
którego to-tak-to,to-tak-to zatacza w uśpionej przestrzeni krąg o średnicy
wielu kilometrów.

 

Słowa, słowa, słowa.

Ubrać świat w słowa, zaprząc
słowa do karety uczuć, malować słowami napotkane obrazy, uchwycić w siatkę słów
płochliwe chwile, okiełznać dzikie konie słów, nadać słowom nowe sensy,
słowa stwarzać, stare słowa – życiu przywracać.

 

Przybiegają do mnie słowa,
przylatują jak stadka wróbli.

Świergocą.

 

Śnieg biały za oknem, a w ustach ciemna słodka czekolada.

Tylko Mikołaje nie śpią w noc dzisiejszą.

Skrzypienie desek podłogi i zapach mandarynek na rękach. To cię wydało.

Śnieg cicho uskarża się pod kołami samochodu.

Niebo jak z mlecznego szkła.

Nosisz zapach piernika we włosach.

Płomień świecy igra na nosku Dzieciątka.

Poparzyłaś ręce śniegiem.

 

Z każdego takiego stadka można
skrzesać opowieść długą.

Ale ja nie mam czasu.

Jestem dorosła.

Dorośli nie zajmują się
goło-słowiem.

 

– A sio!!! – odpędzam niesforne
słowa.

 

Odlatują na sekundę. Na
najbliższą gałąź.

Obserwują mnie swymi roześmianymi
oczkami. I zanim zdążę ręce włożyć w sprawy poważne, najpoważniejsze w świecie,
znów siedzą mi na ramieniu i kwilą:

 

Na zewnątrz biało, a w środku ciemna czekolada…

Mleczne szkło nieba rozcięte zmarszczkami gałązek…

Zapach piernika wplątał ci się we włosy..

Rut, pobaw się z nami.

 

I czasem… się bawię.



/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

prosta okrągłość

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Ja widzę, że ziemia jest
prosta. To dlaczego wszyscy mówią, że jest okrągła? – docieka Nusia .

– Gdybyś była wyżej,
zobaczyłabyś, że jest okrągła –  tłumaczy
jej tatuś.

 

– A tak, to musisz uwierzyć –
domyślam ciąg dalszy ja.

 

Mali jesteśmy i w tyle rzeczy
wielkich trzeba nam uwierzyć.

 

że ziemia okrągła, bo tylko
niewielu z nas może ją ujrzeć z kosmosu…

że Bóg istnieje, bo tylko
niektórym z nas się wprost objawia…

że mama, która kazała założyć
spodnie pod spódnicę w mrozy trzaskające, nie chciała nas upokorzyć a ochronić
zwyczajnie ( historia autentyczna z mojego CV:)…

że odstające uszy, którymi nas
Bóg obdarzył, to nie Jego kpina…

że wszystkie nasze osobiste garby
są jedyną szansą byśmy stali prosto…

że pozorny chaos to tylko
misterny wzór wymykający się naszej percepcji…

że cierpienie niezawinione ma
sens jakiś…

 

Zbierałam z dziećmi w szkole
słodycze dla dzieci z hospicjum na mikołajki i znowu to pytanie o sens bólu
najmniejszych poraziło mnie jak piorun.

im bardziej jestem matką, tymębiej wbija się jego ostrze


 

Jest tyle rzeczy, których nie
rozumiem i o które zapytam.

Na pewno Cię zapytam. Jak belfer przy tablicy.

Tymczasem wierzę, chwiejąc się czasem
na tej okrągłej acz prostej ziemi, którą stworzyłeś.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

prowiant XXL

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Wy coś chyba przesadzacie z tymi miedniczkami z sałatką
warzywną – Mama Kurka tropi nieścisłości w naszych zeznaniach.

W końcu udało nam się zjechać całą chmarą do Kurkowego
gniazdka. Zadziwiająco swojsko tu i zupełnie nie-stolicowo. W mieszkanku gwarno
się zrobiło, sześć sztuk piskląt popiskuje na różne tony. Przy starym stole, o
drewnie wypolerowanym przez pokolenia, ciasno i smacznie.

 

A z tą sałatką warzywną to nic a nic nie przesadzamy.

 

W sobotę zrobiłam całą misę sałatki. Pisząc misę, mam na
myśli miedniczkę takiej wielkości, w jakiej pewnie osoby pojedyncze robią
pranie ręczne. Średnica piłki plażowej. Takiej dmuchanej, w kolorowe pasy.

 Kroiłam, mieszałam,
przyprawiałam i nadzieję miałam, że potrawa dotrwa do obiadu niedzielnego.
Płonną nadzieję utopiłam, myjąc pustą miedniczkę w niedzielny poranek.

Piernik upieczony na blasze największej, jaka mieści się w
piekarniku, podzielił los sałatki i przy śniadaniu odszedł do Krainy Wiecznego
Milczenia:)

– O, jakieś przyjęcie się szykuje! – wykrzykuje Iza-bella na
widok Misia pchającego kosz z dziesięcioma bochenkami chleba.

– Nie, dlaczego? – dziwi się ojciec wielodzietny.

– No bo tyle chleba. – uzasadnia swój okrzyk rozmówczyni,
która dzieci nie ma, choć ogromnie pragnie je mieć.

– A nie. – macha ręką Miś – My tyle jemy.

– Trzeba było sprostować, że nie zjadamy od razu dziesięciu
– pouczam mężulka, gdy relacjonuje spotkanie – Tylko, że mrozimy.

Iza-belli się nie wstydzę, ale obok stała jej koleżanka ze
Stanów, która zszokowana zaprowiantowaniem mego mężulka mogła odnieść błędne
wrażenie, że w Europie jakaś kolejna wojna się szykuje:)

 

Ale co tu prostować, co i tak proste.

Tak czy siak – zależnie od aury pogodowej – zjadamy nawet
dwa bochenki dziennie. I to w zasadzie standard w rodzinie, w której jest
czworo dzieci, w tym dwoje w fazie dojrzewającej.

 

Przyznam się, że nigdy nie umiałam gotować mało. Sama
pochodzę z rodziny siedmio-dzietnej i gdy przygotowywałam obiad, musiałam
nastawić gar ( no bo raczej nie garnek) ziemniaków i drugi – zupy. Kotlety,
pierogi, naleśniki i placki liczyło się w dziesiątkach. Sałatkę warzywną zawsze
robiło się w miedniczce, a ciast na święta było przynajmniej siedem ( pod
warunkiem wszakże, że święta nie były dłuższe niż dwa dni).

 

Więc nic Mamo Kurko nie przesadzamy.

No, chyba, że te kilka krzaczków na działce. Ale to dlatego,
że co roku znajduję dla nich jeszcze lepsze miejsce. Nazywa się to –
nieumiarkowanie w dążeniu do doskonałości lub też – co bardziej prawdopodobne –
niedoskonałość początkującego ogrodnika-amatora.

 

 

PS. Nie byłabym sobą, gdybym nie wtrąciła coś o krzaczkach:)
nawet w scenerii świata polukrowanego śniegiem:)



/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

adwentowe oczekiwanie na…UFO

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Temat końca świata jest ostatnio tematem dyżurnym,
gdziekolwiek się znajdę.

Media umiejętnie podgrzewają atmosferę, dorzucając co kilka
dni nowe szczegóły ze scenariusza Armagedonu.

I tak oto w Wiadomościach opowiadają o górze we Francji,
gdzie będzie można się schronić przed zagładą . Zleci UFO i wybawi z opresji .
Przynajmniej co poniektórych.

– Ale dlaczego oni mają tam uciekać ? – zaczyna snuć
rozważanie dociekliwy Dusio – Przecież i tak będą zbawieni.

– Ale to może właśnie ci, którzy nie mają pewności
zbawienia. – zastanawiam się.

Syn marszczy czoło próbując zrozumieć.

 

Tak to już z nami jest.

 

Szukamy różnych, najśmieszniejszych nawet desek ratunku,  chwytamy się brzytew wybawienia, a zapominamy
o zbawieniu na wyciągnięcie ręki.

Bo UFO pewniejsze niż Jezus?

I wiara w zielone ludki łatwiej nam przychodzi.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

relacja na żywo

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

 

Moje po – szesnastej, a przed – siedemnastą.

 

  1.  

Zupełnie profesjonalnie prowadzi
rozmowę . Przykłada telefon zabawkę do ucha i…

– Tak? Bonisz? ( Tak? Dzwonisz?)

Potem słucha, chodząc po pokoju. Kiwa
głową i robi wielkie oczy. Od czasu do czasu potwierdza natężoną uwagę:

– Tak, tak.

Staje przed drzwiami balkonu,
które podścielone aksamitem zmroku, stały się lustrem. Przegina się na bok,
przyjmuje pozę kobiety oglądającej swą nową balową toaletę.

– Tak. – znów rzuca w telefon.

Można ją obserwować bez końca i
odkrywać samą siebie.

 

2.

Wsiada na drewnianego konia.

-Ubaziam – dodaje sobie sama
otuchy przytrzymując się fotela.

– Ubaziam – zarzeka się ponownie,
gdy niebieski koń w kwiatki niecierpliwie rwie się do skoku.

Siadła. Kiwnęła się dwa razy i
już dotarła do celu.

Ale jak tu zsiąść?

Nóżkę zadziera do góry, ale ponad
głowę konia nie da rady unieść. Pokazywałam, że przy zsiadaniu nóżkę przekłada
się nad końskim zadem, ale nauka przez pierwszych pięćdziesiąt razy zwykle idzie
w las.

– Mamuś – sapie prosząco jeździec
– O ludzie! O ludzie! ( skóra zdarta ze mnie:)

– Ala, pomóż jej zejść z konia –
proszę unieruchomiona na kanapie.

 

3.

Wchodzi za fotele. Siada, plecki
przyklejając do grzejnika.

– Ciepło. Ciepło. – mruczy z
lubością i rozkłada kolorową instrukcję do gry.

Ale instrukcja jest koniecznie
potrzebna siostrze. Tej nieco starszej. I to teraz.

– Daj Ani – prosi więc wkładając
rękę do jamki przygrzejnikowej.

– Nie – wypada stanowcza
odpowiedź z półmroku

– Daj, Ania poczaruje – zachęca
tajemniczo i  by zareklamować dodaje
pierwsze zaklęcie – Babum-labum…

Maluch jednak nie nabiera się na
żadne, nawet najbardziej magiczne argumenty.

– Nie. – udziela ostatecznej
odmowy i zagłębia się w lekturze instrukcji.

 

4.

Lektura składa się z dwóch
kartek, więc nie mija minuta, gdy czytelnik pojawia się na dywanie na środku
pokoju. Wysypuje kwadratowe kartoniki z literkami i obrazkami.

-Osiołek, japko, ig-ła …–
recytuje, układając obrazki.

Niektóre przy okazji wsuwa pod
wykładzinę. Pewnie się jutro zdziwimy, że gdzieś zniknęły, a za jakiś tydzień
znajdziemy schowek.

Książeczka o małej krówce już tam
była na wycieczce.

Tak kiedyś mój brat Leon schował mamie kilka tysięcy gotówki:) To było przed denominacją:) Cośmy się naszukali!!! Jak widać nawet skrytki się dziedziczy.

 

5.

Mąż śpi z głową na moich kolanach
( dlatego jestem unieruchomiona).

– Jak ty to robisz, że masz tak
mało siwych włosów? – zapytałam go, nim zasnął – Ja mam tak dużo. Nie nadążę
farbować.

– Bo ja co rano staję w łazience
przed lustrem i jak zobaczę jakiś siwy włos, zaraz go wyrywam.

– Żartujesz?

– Nie. Poważnie. Wyrywam.

 

No, jakaś to alternatywa dla
farbowania:) Aczkolwiek ryzykowna.

 

 

6.

A ja sobie czytam o Pani
Łyżeczce. Piękna, nostalgiczna, ciepła książka, która zrodziła się jako blog i
w blogu ma swój ciąg dalszy. Adres obok w linkach.

 

7.

I właśnie się dowiedziałam, że
mam dziś imieniny. Zadzwoniła Aga i mi to obwieściła. Imienin nigdy dość, a ja
chyba naprawdę przeniosę moje zimowe na jesień.

– Ona ma w tym swój interes –
uprzedza Ksawerego Miś – Bo ona na prezent chce tylko krzaczki, a w lutym ziemi
nie rozkuje żeby je posadzić.

Miś jest nie w ciemię bity. No i
zna mnie na wylot. Od ponad piętnastu lat.

– Więc mam dziś imieniny. Kup mi
głóg dwuszyjkowy – zaapelowałam do męża po odłożeniu telefonu.

– A od kiedy masz dziś?

– Od dziś. Dzisiaj je przeniosłam
na dziś.

 

Tymczasem białe wino i zielone
boikeny odgrywają rolę przyjęcia.

 

 

8.

Święta tuż tuż. Nawet Mikołaj
święty ma już pierwszy prezencik w worku. A na wsi w sadzie znalazłam bazie.
Wielkanoc się zbliża wielkimi krokami, a tu jeszcze wieniec adwentowy nie
uwity.

Obok krzyża położył się na
parapecie mały gliniany Jezusek ze żłóbka. Jak to chłopak – ma nieco obity
nosek i rysę na policzku. Każdy by tak wyglądał, gdyby go nieustannie nosiły
czyjeś małe łapki, a czyjeś małe usteczka świergoliły : „Mały. Jeziuś.
Malija.”.

 

9.

Mąż się wyspał. Wytrząsnął
resztki snu spod powiek i wstał, ale poduszka na moich kolanach nim wystygła,
już została zajęta.

– To moje mieście !!! – oznajmiła
właścicielka różowych rajstopek i ułożyła główkę.

Jest specjalistką od zajmowania
cudzych miejsc i przemianowywania ich na swoje.


 

A ja myślę już po raz tysiąc dwudziesty czwarty, że nie chcę żadnego innego.
Tylko to moje. Skrawek miejsca i czasu, w którym się zadomowiłam.

Jedna godzina z mojego życia.



/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}