trzy garści poziomek

– Cio to? – pyta synek przyjaciół zaciekawiony stuknięciem o parapet.

– Różaniec – odpowiadam wypuszczając z dłoni garść czerwonych koralików.

Malec patrzy badawczo.

– Myślałem ze to poziomti – mówi:)

Urocze są te spostrzeżenia dzieci. Tak niewinne i tak zapadające czasem na samo dno szkatułki pamięci.

Od tylu lat poławiam te perełki, patrzę i słucham moich dorastających coraz bardziej dzieci i wciąż zadziwiam się jak Bóg przez nie przemawia.

Więc mój różaniec przypomina poziomki.

Co dzień trzy lub cztery pełne garście ich niosę. Nie wiem nawet czy daję Matce, czy raczej Od Niej otrzymuję. To chyba obopólne.

Prawie się z moim różańcem nie rozstaję. Zabieram go w podróż i do pracy. Był ze mną w szpitalu, gdy operowali mojego męża i w poczekalni przed gabinetem, w odwiedzinach u przyjaciół, w wielu kościołach, w ogrodzie i w lesie, na wycieczce.

Kiedyś tak nie było. Ani nie rozumiałam tej modlitwy ani nawet zrozumieć nie chciałam. Gardziłam tą formą pobożności, jej niewyszukaną formą, monotonią. Wyśmiewałam „klepanie” zdrowasiek i jarmarczność sznurów.

Łatwo pomylić prostotę z prostactwem i nie zadając sobie trudu wejścia głębiej ocenić po fasadzie.

Dziś?

 Nawet trudno mi określić jednym zdaniem jaką wartość ma dla mnie ta modlitwa. Jak jest cenna i sycąca, jak mnie przenosi przez najtrudniejsze momenty i jak towarzyszy w chwilach radości, jak przemienia.

 20170404_095208

Stryj mojego męża jest śmiertelnie uczulony na jad os. Jako rolnik nigdy nie rusza w pole bez antidotum. Ma je w ubraniu roboczym lub w schowku traktora.  Pamięta o tym bardziej niż o posiłku czy wodzie. Ratująca życie strzykawka z dawką adrenaliny.

Ja zamiast tego mam kilka garści poziomek. Mój różaniec. Bo jestem śmiertelnie uczulona na zło.

 

 

 

 

post scriptum

 

Po takiej chorobie wiesz już, że twoja droga nie jest z piachu, asfaltu czy brukowana kamieniem.

Co dzień rano spuszczasz nogi z łóżka i dotykasz stopami tafli wody.

Żyjesz tylko wiarą. Bardziej niż chlebem.

A największy wysiłek dnia nie ma nic wspólnego z twoim ciałem i jego muskułami. Ani z siłą twojego umysłu.

 Ufasz i schodzisz powoli pomiędzy fale patrząc Jemu w oczy. Tutaj nie ma już innych podpór, zawodzą papierowe łódki ludzkich kalkulacji. Wszystko spłonęło w pożarze.

Każdego dnia zaczynasz życie od nowa i każdego wieczoru kończysz je definitywnie. Jeśli zdarzy się jutro – to dobrze. Jeśli nie – nie będziesz się dziwił. Byłeś spakowany.

Spakowałeś swoje śmieszne laleczki ambicji i zwinąłeś długie sznury ludzkich planów. Opróżniłeś pudełeczka z napisami: „Ja chcę” i „Mnie się należy”.

Zostawiłeś tylko to, co naprawdę niezbędne w drodze – zaufanie Drodze.

 

20170714_110629

litania o świcie

 

 

Najbardziej lubię poranki i wieczory.

Są jak drzwi. Drzwi na dwóch krańcach korytarza. Gdy wchodzisz przez pierwsze z nich, jeszcze nic nie wiesz; gdy wychodzisz drzwiami wieczoru, już wiesz wszystko.

Lekkość i nadzieja poranka. Spełnienie i ulga wieczoru.

Na obu krańcach najłatwiej spotkać Boga. Bo oba zanurzone są w potokach ciszy.

Może dlatego zawsze gdzieś w zakamarkach marzeń mój przyszły dom miał korytarz przez środek i drzwi na przestrzał.

I tak jest. Dokładnie taki jest dom, który rośnie i rozkwita z dnia na dzień.

Miały też być okiennice. I są. Miały być malwy pod kuchennym oknem. I po latach mych zabiegów są. Piękne, o barwie jakiej nazwy nie znają moje usta. Miał był kotek rudy i najlepiej kotka. I oto pojawił się kilka dni temu jak na zamówienie. Miały być pelargonie wiszące w koszyczkach. I kwitną, zwieszając czerwone główki na ceglaną ścianę. Miał być migdałek – wiosenna różowa chmurka przy tarasie. Jest. Choć wielokrotnie ratowany od moniliozy. Miał być domek na drzewie dla dzieci. Od dawna go mamy. I ławeczka pod brzozą. I mur opleciony dzikim winem. I wiejski ogródek. I skrzyneczka z ziołami blisko domu. I mąż . I dzieci roześmiane.

Chodzę o świcie po sadzie zbroczonym rosą i odmawiam tę moją litanię. Świerszcze znów pryskają jak krople spod stóp. Motyle wirują w powietrzu.

IMG_20170621_202011_HDR

– Jak Ci dziękować za to wszystko? Powiedz mi. Jak mogłabym ja – malutki pyłek – podziękować Tobie? Nie znam takich słów ani gestów. Nie mam nic czym mogłabym Ci odpowiedzieć. – skarżę się Mu bezradnie.

– Mamo, dlaczego niektórzy ludzie nie wierzą, że Bóg jest? – pyta mnie najmłodsza córka.

– Nie wiem kochanie. – odpowiadam – Naprawdę nie wiem.

 Nawet teraz, świeżo zdjęta z krzyża, naprawdę nie wiem.

 

Ps. Przepraszam, że nie było mnie długo. I przepraszam, że nie wiem na jak długo przyszłam. Za Was też dziękuję. Za Wasze wsparcie w ostatnich miesiącach.

 

 

ogrodnik

-Tak mocno? – rzuca nieco przerażony mąż przechodząc obok.

– Muszę – odpowiadam, nie przerywając pracy – inaczej nie będzie kwitła.

-I tak co roku? – mąż patrzy na rozrzucone wokół gałązki.

– Co roku.

Tawuła szara. Piękna jak panna młoda w bieli. Jak fontanna tryskająca kwieciem.

Sekator pojękuje i zgrzyta na stwardniałych nieco pędach. Ja – spocona – tańczę wokół krzewu.

To wygląda jak kaleczenie. To pozornie jest krzywda.

Ostrzyżony krzak wygląda jak sto nieszczęść.

A jednak. Wiem, że muszę. Inaczej nie zakwitnie.

 

Słyszysz Rut to co powiedziałaś?

Słyszysz?

To odpowiedź na zagadkę, nad którą zadumało się ostatnio twoje serce.

Nad którą zamarło.

 

Czasem muszę.

Inaczej nie zakwitniesz.

 

plik53a2ed7261bd4

 

 

ciepły śnieg

 

Siedzę w słońcu na tarasie mojego przyszłego domu. Wibruje światło na rzęsach, przecieka do wnętrza ciała przez skórę, osiada na włosach, myślach.

Wokół fruwają grube białe płatki. Osypują się na trawę, gałęzie drzew, siadają miękko na tarasie obok moich stóp.

Ktoś mógłby wziąć to zjawisko za śnieg. Ale ja wiem, że to niezwykłe nasiona osik rosnących tuż za moimi plecami. Wełniste białe kłaczki niesione wiatrem na wszystkie strony. Za kilka tygodni spomiędzy źdźbeł trawy wyklują się małe drzewka. Milionami. Gdyby nie kosić regularnie, za kilka lat byłby tu bujny osikowy zagajnik.

Tymczasem ciepły śnieg nasion opada bujną zamiecią.

Zamykam oczy jak kot. Uhmmm.

A jeszcze trzy dni temu…

– Proszę pani… proszę pani… – przerywają mi maluchy, wskazując na okno – Śnieg pada!!!

Zimny wiatr zadął przez szparę uchylonego okna. Za taflą szyby widok niecodzienny w maju – grube wełniste kłaczki białą zamiecią osiadają na wszystkim. Niebo w kolorze hartowanej stali. Szybko zamykam okno, walcząc z mroźnym podmuchem. Spoglądam z nadzieją na grzejnik. Otulam się szczelniej swetrem. Brrrr.

 

Ogromna amplituda temperatur ostatnio w moim życiu.

Kładąc się wieczorem nie wiem co jutro mnie powita. Czy tafla jeziora będzie gładka czy piętrowe fale będą próbowały wyrwać burty łódki.

Kładę się jak dziecko w złożonych jak strączek grochu Dłoniach Matki i zasypiam.

Mówię: Otul mnie swoim płaszczem.

Cokolwiek będzie, Fiat.

Ktoś zna lepiej odpowiedź na pytania: Po co? Jak? Dlaczego? Kiedy? Jak długo? Dokąd?

Ja jestem tylko dzieckiem. Nie znam nawet wszystkich pytań.

 

 

Teraz pada ciepły śnieg.

 

 

 

 

 

przeprowadzeni

 

Pijemy herbatkę. Moni patrzy na 24-centymetrową szramę, którą mój mąż odsłania na prawym boku. Potem przenosi wzrok na mój nadgarstek ze śladem po dwóch drutach tak niedawno tam tkwiących.

– Ludzie po przejściach – mówi zamyślona, uśmiechając się do zawartości swego kubka.

Tak.

Jesteśmy ludźmi, którzy dużo ostatnio przeszli.

Ale PRZESZLI.

I chwała za to Bogu. I za tę drogę i za to, że ją przeszliśmy. Choć chwilami jakby na czyichś barkach, bo własne nogi odmawiały posłuszeństwa.

– Tak. – powiedział lekarz, odkładając wynik histopatologii na biurko – To był rak nerki. Jasnokomórkowy. Wolno-rosnący, który lubi się przerzucać. Ale został całkowicie wycięty razem z nerką. Był mały przerzut na nadnerczu, ale nadnercze też zostało w całości usunięte. Innych przerzutów na razie nie stwierdzamy. Czekają pana częstsze badania, kontrole, ale jest pan zdrowy.

Byliśmy oszołomieni. Wiedzieliśmy, że z tego wyjdziemy, ale jakoś tak kołatała nam w głowie droga dłuższa i bardziej skomplikowana, chemia, zabiegi, wypadające włosy, popękane żyły…

Dlatego mąż zaczął dopytywać o objawy, które mogą go zaniepokoić, dodatkowe badania…

– Proszę pana, ja rozumiem, że pan się denerwuje – przerwał mu spokojnie lekarz – bo pan jest młody i chce pan żyć, ale niech pan zrozumie co ja panu mówię – jest pan zdrowy.

Wyszliśmy na nogach utkanych z waty.

– Skończył się Wielki Post, skończyła się choroba – wyszeptał mąż.

Dokładnie tak.

Mój mąż pierwsze ślady krwi w moczu zauważył w Środę Popielcową, w Wielki Piątek wyjęli mu szwy pooperacyjne, w Niedzielę Zmartwychwstania poszedł już na mszę. Już wtedy był zdrowy, choć musieliśmy czekać na wynik i werdykt lekarzy.

Jaki był sens tej choroby?

 Mam pół zeszytu spisanych łask większych i mniejszych, które jak deszcz posypały się w tym czasie. Łask nie tylko, a może nawet – nie przede wszystkim dla nas.

Splątane relacje i sprawy, które wydawały się nie mieć rozwiązania, jednym cięciem zostały rozwikłane jak węzeł gordyjski.

– Cięciem mojej nerki. – dodaje mój mąż filuternie mrugając okiem.

Nie o wszystkim mogę Wam napisać. Wiele z tych spraw to bardzo osobiste i często nie moje rzeczy.

Mogę tylko napisać, że to trudne doświadczenie naszej rodziny poruszyło bardzo wielu ludzi. Setki, a może nawet tysiące. Tylu właśnie modliło się za nas, ofiarowywało post, cierpienia, trudy, prace, wyrzeczenia, konkretną pomoc, także finansową. I wielokrotnie płakaliśmy w trakcie tych 2 miesięcy, ale tylko dwa razy z powodu choroby i jej ciężaru. Wszystkie inne łzy były łzami wzruszenia ludzką dobrocią i serdecznością. Zaskakiwał nas Bóg i zaskakiwali ludzie.

Powtórzę tylko za Ewą- tą naszą przyjaciółką zmagającą się z chorobą, o której Wam pisałam. Ona doświadczyła w chorobie dokładnie takiego samego otulenia ze strony ludzi.

– Jeśli mi teraz ktoś powie Rut, że ludzie są źli – powiedziała przez telefon – to go wyśmieję. Ludzie są dobrzy. Bardzo dobrzy. I wrażliwi.

Często ukrywamy się z tym naszym wrażliwym wnętrzem, bo bywaliśmy ranieni i boimy się, by ktoś nas nie wykorzystał. Ale tyle w nas dobra. Wielkiego, bezinteresownego, anielskiego dobra.

 

Kiedy patrzę na to wszystko, co działo się przez ostatnie tygodnie widzę Wielką Mądrość i Miłość Boga i odsłaniającą się tajemnicę czym jest Kościół.

Jest jak wielki organizm, w którym, gdy cierpi jedna komórka, natychmiast uaktywniają się wszystkie inne. Byliśmy otoczeni przez cały ten czas opieką nie tylko żyjących, ale nieustanną obecnością Aniołów i wstawiennictwem wielu świętych. Atmosfera była gęsta od Obecności. Szpitalna sala ledwo mieściła całe zebrane niewidzialne towarzystwo. Nasi Aniołowie dwoili się i troili załatwiając najmilszą opiekę, życzliwość personelu i tajemnicze zbiegi okoliczności, które nieodłącznie towarzyszyły całej chorobie. Święci z każdej strony opanowywali sytuację. Święta Rita, św. Charbel, Juda Tadeusz, św. Józef któremu tuż przed chorobą zawierzyliśmy całą naszą rodzinę, o. Pio, Mateczka Tosia Mirska, Michał Archanioł, nasi święci patronowie, wszyscy ulubieni święci wzywani przez modlących się za nas… I Maryja, która przeprowadziła nas przez to wszystko najdelikatniej jak tylko się dało.

– Skrócony kurs krzyża. – usłyszałam myśl staczającą się z ramienia wielkiego krucyfiksu  wiszącego w centrum szpitalnej kaplicy. Modliłam się tam tuż po operacji mojego męża.

– Chodźmy do kaplicy. – poprosiłam , gdy na tych nogach z waty wyszliśmy po ostatniej wizycie.

Znowu popatrzyłam na Niego. Jasna postać na ciemnym drewnie.

– Mówiłem ci. – szepnął uśmiechnięty – Skrócony kurs krzyża.

 

– Czuję się jakbym wróciła z wielkiej podróży dokoła świata. – mówię mężowi, pakując podręczniki szkolne do torebki. – Jestem kimś zupełnie innym. I teraz mam wrócić tak po prostu do dawnego życia? Jak ja to zrobię?

Czuję się jak kawałek metalu, który ktoś włożył do ognia i przekuł.

Teraz jestem kimś innym.

Mój mąż także.

Stopiliśmy się z Jego wolą na zawsze.

Na drugim brzegu Morza Czerwonego.

 

 

niewidoczne tęcze

 

Wychodzę z wieczornej mszy. Szum deszczu zagradza drogę jak kurtyna.

Ale wychodzę. Wychodzimy wszyscy. Nikt nie ma parasola.

Olśniewający blask wraz z deszczem leje się z nieba. Słońce świeci niezrażone wiosenną ulewą.

– Gdzie jest tęcza? – myślę i rozglądam się.

Nigdzie jej nie widzę.

– Dlaczego nie ma tęczy? – wciąż zastanawiam się, uderzana nieprzyjemnie zimnymi kroplami po twarzy.

Gdy docieram do auta,  mokre włosy kleją mi się do twarzy.

– Gdzie jest tęcza? – wciąż stuka mi w głowie, gdy jadę przez mokre ulice. Na szybach rozbryzgują się  potoki światła i wody.

 W domu zdejmuję przemoczony płaszcz, rozczesuję mokre włosy.

– Mamo, mamo!!! – krzyczy Nusia i Laurka – Jaka piękna tęcza była!!! Taka wyraźna i duuuża. Nad samym kościołem.

– Kiedy? – pytam zaskoczona.

– Jak byłaś na mszy. – odpowiada mężulek.

Uśmiecham się.

– A ja myślałam – przyznaję się do zwątpienia – że tym razem jej nie było.

 

Czasami nie widzimy tęcz w naszym życiu.

Bo akurat jesteśmy w trakcie składania ofiary.

Bo szum ulewy zbyt przesłania nam świat.

Bo kulimy się pod trudnym do zniesienia bombardowaniem deszczu.

Ale to nie znaczy, że tęcz nie ma. Inni je widzą i cieszą się nimi. A potem nam o nich opowiadają.

 

Nieustannie tego ostatnio doświadczamy.

Niezliczona ilość tęcz wyrastających z ofiary, którą przeżywamy. Najczęściej dla nas niewidocznych. Lecz przyjaciele nam o nich opowiadają. A my zdumieni słuchamy.

 

 

droga – szlakiem stacji

Gdy byłam nastolatką miałam okazję pomagać przy męskim klasztorze. Ja i moje koleżanki. Brat Adam – świeć Panie nad jego duszą – szukając nam pracy, wysłał nas żebyśmy opieliły stacje Drogi Krzyżowej. Zbudował je sam na pobliskim zalesionym wzgórzu. Szłyśmy więc od stacji do stacji i doprowadzałyśmy je do porządku. Na jednej pokąsały nas mrówki, na kolejnej poparzyły pokrzywy, przy którejś jednej z nas obsunęła się stopa i otarła sobie nogę o kamień. Zanim doszłyśmy do szczytu grobu i Zmartwychwstania byłyśmy podrapane, zmęczone, brudne i spocone.

Nie modliłyśmy się, nie rozważałyśmy Męki Chrystusa, a jednak była to Droga Krzyżowa, którą do dziś noszę w pamięci.

Dziś wiem, że najpłodniejsze są te drogi, które przechodzimy sami. Nie te, na które patrzymy z boku jako wzruszeni widzowie.

 *             *             *

Jesteśmy w domu. Po operacji. Bardzo radykalnej, ale koniecznej. Usunięty został nie tylko guz, lecz także nerka i nadnercze. Czekamy na wynik histopatologii, potem wizytę, ewentualne dodatkowe badania na obecność przerzutów i dalsze leczenie. Olbrzymi 25-centymetrowy szew rozcina prawy bok męża. Gdzieś już taki rozorany bok widziałam.

– Wiesz, gdy przygotowywali mnie na sali operacyjnej – opowiada mąż – położyli mnie na wąskim stole. Z trudnością na nim się zmieściłem. Potem lekarz przymocował do stołu jedno ramię i przypiął moją rękę, potem drugie i przywiązał drugą. Potem przywiązał moje nogi. W obie dłonie wbili mi wenflony, a na głowę założyli pasek z pięcioma kolcami, które wbiły się w moje czoło. To do monitorowania pracy mózgu.

Uśmiechnął się do mnie, a łzy zabłysły mu w oczach.

– Wiesz która to stacja? – zapytał .

– Wiem.

Mam nadzieję, że nie zabrzmi to jak herezja, ale naprawdę Bóg daje nam doświadczyć w tej chorobie odrobiny swojej drogi krzyżowej. Rozpoznajemy kolejne stacje.

Ciemnica czekania. Pierwsze dni choroby, gdy nie wiedzieliśmy co to jest i dlaczego, a hipotezy mnożyły się i falowały pod nogami jak ruchome piaski.

Wyrok Piłata – stanie na nogach jak z waty, z piaskiem w ustach, z mokrymi zimnymi dłońmi. Pod zamkniętymi drzwiami gabinetu, za którymi ważą się losy najukochańszej osoby. Każdy ruch klamki brzmiał wtedy jak wystrzał z broni. Przeszywał na wylot.

Biczowanie wiadomościami, po którym szlochasz i czołgasz się po ziemi jak robak nie mając siły nawet wzroku podnieść do góry. Leżysz zdruzgotany, niepodobny do człowieka.

Trzy upadki – 3 najdramatyczniejsze momenty w ciągu ostatniego miesiąca, po których nie upaść byłoby rzeczą nadludzką, ale po których powstaliśmy niesieni jakąś nieprawdopodobną siłą.

Dzwoni nasza koleżanka. Jedna z wielu. Płacze w słuchawkę, szloch tłumi jej głos, milczenie potężnieje i boli. Mój mąż pociesza ją: Będzie dobrze. Nie martw się. Bóg nas przez to przeprowadzi. Jeszcze nieraz siądziemy przy wspólnym stole i będziemy się z tego śmiać.

Po dłuższym czasie mąż kończy rozmowę. Koleżanka – jedna z wielu podobnych – utulona w żalu.

– Wiesz która to stacja? – mówi do mnie mąż i nie czekając sam odpowiada – Jezus pociesza płaczące niewiasty. Teraz wiem co wtedy czuł.

I jeszcze Szymon. Ktoś, kogo byśmy nigdy w żadnych zawodach na przyjaźń i lojalność wobec nas nie obstawiali. Kto wydawał się taki obojętny, a gdy przygniótł nas krzyż, on pierwszy, bez wahania pomógł nam go podnieść.

I setki. A może tysiące już Weronik. Wszystkich tych, którzy- choć sami utrudzeni życiem – zrobili wszystko by nam ulżyć. Modlitwą, cierpieniem, wyrzeczeniem, konkretnym gestem pomocy, słowem, obecnością, zainteresowaniem… To wszyscy Wy, którzyście bez lęku stanęli przy nas i zostali, choć nie jest łatwo patrzeć i słuchać o cierpieniu.

Jezus z szat obnażony – odarcie z godności przy szorstkim, bardzo intymnym badaniu przed operacją.

Gdy mąż mi o tym opowiada, czuję jak bardzo i jak głęboko został dotknięty takim traktowaniem.

Gdy przychodzę do niego do szpitala po operacji jest jeszcze półprzytomny, jego sponiewierane ciało jest pospinane rurkami, obolałe, pocięte, spuchnięte, spocone i brudne. Biorę ściereczkę i ocieram twarz, czoło i delikatnie wszędzie tam , gdzie mogę dotknąć nie narażając go na ból.

Stacja XIII – Ciało Jezusa zdjęte z krzyża i złożone w objęciach Matki.

 

Krzyż. Tajemnica. Cierpienie i słodycz niezrozumiała. Wymieszane w jednym kielichu.

Rano w niedzielę poszłam do jednej z warszawskich parafii. Urzekł mnie ołtarz główny. Olbrzymi krzyż z wielką – przesłoniętą już fioletowym woalem – figurą Chrystusa. Wpatrywałam się w niego. Krzyż działa na mój wzrok jak magnes. Zawsze. I nagle spostrzegłam, że z dolnej belki krzyża spuszczają się złote sznury. To korzenie!!! – dotarło do mnie. Korzenie wrastające w Tabernakulum umieszczone pod krzyżem. Wtedy spojrzałam jeszcze raz w górę i dostrzegłam, że cały krzyż jest opleciony bujnymi złotymi gałęziami, a gałęzie obsypane owocami.

Moje serce niemal eksplodowało. Pamiętacie ten rysunek Laurki?

Tak dziecko, dobrze myślisz.- usłyszałam.

Krzyż jest najpłodniejszym drzewem świata. Daje najszybciej, najsłodsze i najbardziej obfite owoce.

I wtedy zabrzmiała Ewangelia. Jezus przychodzi do grobu Łazarza i płaczącym i zawodzącym zgromadzonym przyjaciołom mówi: Ta choroba nie prowadzi do śmierci, ale by objawiła się wielka chwała Boża.

Zapowiedź Stacji XV – Zmartwychwstania. To moja ulubiona stacja. Stare Drogi Krzyżowe jej nie mają, ale bez niej Męka i Cierpienie naszego Pana byłyby pozbawione sensu.

 

Nasza Droga krzyżowa.

Idziemy nią dalej. Jak długo jeszcze nie wiem. Lecz coraz bardziej czuję się niesiona. Krzyż coraz mniej ciąży. Zaczynam rozumieć co miał na myśli mówiąc o „jarzmie słodkim i brzemieniu lekkim”. A nigdy tego nie rozumiałam.

 

 

 

 

droga – z ciemności do przedziwnego światła

Tak mało mam czasu na pisanie. Mało nawet na jedzenie.

Ale muszę oddać chwałę Bogu i napisać Wam choć trochę z tego, co się stało. A dzieją się rzeczy wielkie i niezwykłe.

Ten krzyż. Byliśmy przyzwyczajeni, że przychodzi. Tylko w tamtym roku nie przyszedł. Zdziwiliśmy się dlaczego.

– Bóg chciał wam może dać dłużej nabrać sił przed tym co jest teraz. – powiedziała wczoraj Moni.

Tak. To możliwe.

Zaskoczył nas rozmiar tego Krzyża. Jego wielkość, intensywność, ciężar. Ale Bóg nas przygotowywał od dawna, umacniał, uzbrajał. On i Matka. Kiedyś wam o tym napiszę.

I dlatego – mimo ciężaru i mimo kilku chwil, gdy czułam, że robakiem jestem nie człowiekiem i pełzam jak robak nie mając sił powstać – pokój i wiara zalewają nasze serca. To nieprawdopodobne, ale potrafimy się śmiać, żartować z guza wielkości piłki i dziękować za całe to zdarzenie. Tego po ludzku nie da się wytłumaczyć. To robota Boża. Misterna, koronkowa robota, gdzie każda niteczka jest precyzyjnie przepleciona w tkaninie zdarzeń. Nic z przypadku. Wszystko po coś.

Była taka chwila zupełnej ciemności. Gdy wynik TK w sobotę ogłosił nam wyrok – nowotwór złośliwy nerki. Najpierw oczekiwanie na wyrok – tajemnica Ogrójca i ciemnicy Chrystusa. Potem wyrok Piłata. Początek Drogi Krzyżowej. I w tej ciemności nagłe światło.

Rano na stole kuchennym, pogrążona w smutku i goryczy, znalazłam rysunek Laury. O, jakże Bóg wybrał sobie to dziecko, by przez nie mówić!

Patrzę i oczom nie wierzę. Na rysunku krzyż wielki na całą kartkę, a z górnej swej belki wypuszcza młode listki. Jak drzewo pełne soków i życia.

– Popatrz Michał – mówię w zachwycie – Oto drzewo życia. Drzewo , które przynosi życie. Drzewo, które daje owoce.

Kilka dni wcześniej, dni, które teraz zdają nam się jak lata, gdyśmy jeszcze myśleli, że objawy mojego męża wskazują tylko na kamienie nerkowe w rozmowie z bliską koleżanką nagle mi się samo powiedziało: Wiesz Ewo, nie śliwa, nie grusza i nie jabłoń, ale drzewo krzyża jest najpłodniejszym drzewem świata. Przynosi najszybciej, największe i najsłodsze owoce.

Sama się zdziwiłam tym, co powiedziałam. A Ewa, która również doświadcza krzyża w swym życiu – rozpłakała się.

I potem ten rysunek. Jakby potwierdzenie: Tak dziecko, dobrze myślisz.

Ta choroba trwa dopiero 2 tygodnie, a nie potrafię spisać wszystkiego tego dobra i błogosławieństw, które się z niej wylały. Próbuję. Już dawno kupiłam specjalny zeszyt żeby zapisywać w nim wszystko dobro, które się zdarza w moim życiu. Łaska po łasce. Nazwałam go „zeszytem wdzięczności”. Ale z dnia na dzień odwlekałam rozpoczęcie pisania. Ale nie mogłam już powstrzymywać się dłużej, gdy łaski potokami zaczęły się wylewać z ran krzyża choroby mojego męża. Dzieją się cuda. Wierzcie mi. Za jednym zamachem napisałam trzy kartki,  punktach. Rzeczy po ludzku dotąd zagmatwane i nierozwiązywalne same się rozwiązały. Śmiejemy się, że Bóg jednym precyzyjnym cięciem zniszczył gordyjski węzeł wielu problemów.

– Jednym precyzyjnym cięciem mojej nerki – dodaje żart mężulek.

To, czego doświadczamy najmocniej to dobroć ukryta w ludziach.

Moja przyjaciółka Ewa. Ta, za którą modlimy się, bo jest chora na raka piersi. Ona również doświadcza niemal utopienia w miłości i ludzkiej życzliwości. To ona mi powiedziała niedawno: Rut, jeśli ktoś mi kiedyś powie, że ludzie są źli, wyśmieję go. Ludzie są DOBRZY.

W naszym życiu pojawił się nie jeden, ale dziesiątki Szymonów Cyrenejczyków. Doświadczamy takiego otulenia ich miłością, takiej chęci współ-niesienia z nami tego krzyża. Nieustannie wyciągające się ręce, które chcą nas podtrzymać. Modlitwa, która ogarnęła już niemal pół naszego miasta; która za sprawą naszych przyjaciół rozlała się już poza granice Polski. Msze nieustannie zamawiane przez różnych ludzi w naszej intencji, podejmowane ścisłe posty, umartwienia, wyrzeczenia, ofiarowywanie własnych cierpień, oferty pomocy wszelakiej, także materialnej… A nam tylko łzy w oczach wzbierają gorącą rzeką. Łzy wdzięczności.

Z tych wszystkich cudów, jakie się dzieją napiszę wam tylko o jednym.

Gdy pojechaliśmy na wizytę do Centrum Onkologii w Warszawie. Umówioną przez Anioła w ludzkiej skórze, który nas wcale nie znał, ale tak poruszyła go nasza historia, że postanowił działać.

Okazało się, że guz jest naprawdę wielki. To straszny widok na wydruku z tomografii. Wielki i szybko rosnący, agresywny, cały czas broczący krwią. Konieczna jest szybka operacja żeby się nie przerzucił.

Niestety najbliższy możliwy termin to był 9 czerwiec. Wyszliśmy zdruzgotani. Nie wiedząc co robić. Nasz Anioł w ludzkiej skórze usiłował jeszcze coś po ludzku załatwić. Pobiegł szukać ratunku. Mój mąż poszedł do ubikacji, a ja zaczęłam szeptać: Aniele , mój Stróżu, pomóż nam, bo nie wiemy co robić. Jesteśmy tylko ludźmi. Mąż wrócił. Już zbieraliśmy się do wyjścia, gdy nagle na korytarzu ktoś zaczął krzyczeć nazwisko mojego męża. Był wzywany powrotem do gabinetu.

Oszołomiony lekarz powiedział : Proszę pana, to się nigdy jeszcze nie zdarzyło, ale przed chwilą przyszedł do gabinetu pacjent, który miał mieć operację za 2 dni i powiedział, że z niej rezygnuje. Czy Pan jest zainteresowany tym terminem?

Nogi się pod nami ugięły.

Odpowiedź była tylko jednaJ

Powiedzcie mi, że Bóg nie istnieje. Przekonajcie mnie o tym.

Mój mąż potem w domu powiedział: Wiesz, ja wiem, że ludzie wszystko potrafią sobie wytłumaczyć po ludzku. Powiedzą: A to był przypadek, zbieg okoliczności, miałeś farta, ale za dużo jest tych przypadków w całej tej historii żeby nie dostrzec działania Boga.

– Tak – powiedziałam – Ludzie niewierzący znają Boga pod imieniem Farta. Ale to wciąż ten sam Bóg, w którego my wierzymy.

Mój mąż właśnie odjechał. Jutro operacja. Modlimy się za wstawiennictwem Mateczki Tosi, czyli Matki Antoniny Mirskiej o kolejny cud. Byliśmy na jej grobie w okolicach Warszawy. Modli się do niej w naszej sprawie całe Zgromadzenie, które założyła, wszyscy nasi znajomi, przyjaciele… Proszę i Was, bo jesteście naszymi  przyjaciółmi i Szymonami z Cyreny. Cichymi świadkami Męki Jezusa ukrytej w naszym życiu. Świadkami Jego Krzyża i – wierzymy mocno – Zmartwychwstania do nowego życia.

 

Dziękuję Wam.