niewidoczne tęcze

 

Wychodzę z wieczornej mszy. Szum deszczu zagradza drogę jak kurtyna.

Ale wychodzę. Wychodzimy wszyscy. Nikt nie ma parasola.

Olśniewający blask wraz z deszczem leje się z nieba. Słońce świeci niezrażone wiosenną ulewą.

– Gdzie jest tęcza? – myślę i rozglądam się.

Nigdzie jej nie widzę.

– Dlaczego nie ma tęczy? – wciąż zastanawiam się, uderzana nieprzyjemnie zimnymi kroplami po twarzy.

Gdy docieram do auta,  mokre włosy kleją mi się do twarzy.

– Gdzie jest tęcza? – wciąż stuka mi w głowie, gdy jadę przez mokre ulice. Na szybach rozbryzgują się  potoki światła i wody.

 W domu zdejmuję przemoczony płaszcz, rozczesuję mokre włosy.

– Mamo, mamo!!! – krzyczy Nusia i Laurka – Jaka piękna tęcza była!!! Taka wyraźna i duuuża. Nad samym kościołem.

– Kiedy? – pytam zaskoczona.

– Jak byłaś na mszy. – odpowiada mężulek.

Uśmiecham się.

– A ja myślałam – przyznaję się do zwątpienia – że tym razem jej nie było.

 

Czasami nie widzimy tęcz w naszym życiu.

Bo akurat jesteśmy w trakcie składania ofiary.

Bo szum ulewy zbyt przesłania nam świat.

Bo kulimy się pod trudnym do zniesienia bombardowaniem deszczu.

Ale to nie znaczy, że tęcz nie ma. Inni je widzą i cieszą się nimi. A potem nam o nich opowiadają.

 

Nieustannie tego ostatnio doświadczamy.

Niezliczona ilość tęcz wyrastających z ofiary, którą przeżywamy. Najczęściej dla nas niewidocznych. Lecz przyjaciele nam o nich opowiadają. A my zdumieni słuchamy.

 

 

O ruttka

Szczęśliwa żona od 20 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystko. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *