Wychodzę z wieczornej mszy. Szum deszczu zagradza drogę jak kurtyna.
Ale wychodzę. Wychodzimy wszyscy. Nikt nie ma parasola.
Olśniewający blask wraz z deszczem leje się z nieba. Słońce świeci niezrażone wiosenną ulewą.
– Gdzie jest tęcza? – myślę i rozglądam się.
Nigdzie jej nie widzę.
– Dlaczego nie ma tęczy? – wciąż zastanawiam się, uderzana nieprzyjemnie zimnymi kroplami po twarzy.
Gdy docieram do auta, mokre włosy kleją mi się do twarzy.
– Gdzie jest tęcza? – wciąż stuka mi w głowie, gdy jadę przez mokre ulice. Na szybach rozbryzgują się potoki światła i wody.
W domu zdejmuję przemoczony płaszcz, rozczesuję mokre włosy.
– Mamo, mamo!!! – krzyczy Nusia i Laurka – Jaka piękna tęcza była!!! Taka wyraźna i duuuża. Nad samym kościołem.
– Kiedy? – pytam zaskoczona.
– Jak byłaś na mszy. – odpowiada mężulek.
Uśmiecham się.
– A ja myślałam – przyznaję się do zwątpienia – że tym razem jej nie było.
Czasami nie widzimy tęcz w naszym życiu.
Bo akurat jesteśmy w trakcie składania ofiary.
Bo szum ulewy zbyt przesłania nam świat.
Bo kulimy się pod trudnym do zniesienia bombardowaniem deszczu.
Ale to nie znaczy, że tęcz nie ma. Inni je widzą i cieszą się nimi. A potem nam o nich opowiadają.
Nieustannie tego ostatnio doświadczamy.
Niezliczona ilość tęcz wyrastających z ofiary, którą przeżywamy. Najczęściej dla nas niewidocznych. Lecz przyjaciele nam o nich opowiadają. A my zdumieni słuchamy.
