u kresu lata

– Aleś się spaliła – mówi mama patrząc na moje ogorzałe od słońca twarz i ramiona – Zupełnie jak Babcia Niebieska – dodaje – Ona też pod koniec lata była jak Murzynka.

Uśmiecham się.

Nie pierwszy raz w życiu słyszę ,że jestem jak ona.

Już  w dzieciństwie,  kiedy latem prowadzała mnie i Amelię po kumoszkach sąsiadkach, wszystkie zgodnie wykrzykiwały na mój widok: „Toż to wykapana ty Józefowo!!!”

Zadowolona była z tego porównania, ale nie dawała po sobie mocno tego poznać. A potem ściągnęła z okien kolorowe zasłonki i zaprowadziła nas dwie do wiejskiej krawcowej. Nakazała jej zdjąć miarę z wnuczek i uszyć dwie sukieneczki. Dla Amelii – w żółte kwiatki, a dla mnie błękitną w drobny kwiatowy rzucik.

Niebieski.

Uwielbiała ten kolor. Ściany miała niebieskie, zasłonki, drzwi do domu i okiennice, niezapominajki wszędzie wiły się modrymi strugami. I chustki miała niebieskie i bluzeczki, niebieskie sztuczne kwiaty całymi girlandami zwieszały się z kwietników, by dotrzymać towarzystwa figurkom Maryi w niebieskim płaszczu.

Dziś jej zdjęcie wisi w naszym nowym domu.  Ma na nim tyle lat ile ja dzisiaj. Rysy podobne do moich, sczesane gładko długie włosy, niesymetryczne powieki, żadnych zmarszczek, spojrzenie brązowych oczu przypomina wzrok sarny, ale serce jest mocne i uparte. Wielu się o tym przekonało. Zresztą, gdyby serce było płochliwe, nie przeszłaby nawet połowy swojej trudnej ciernistej drogi. Musiała być twarda i była. Mimo swej pozornej kruchości, wzrostu metr pięćdziesiąt, słabego zdrowia i dziury w sercu, o której istnieniu dowiedziała się kilka lat przed śmiercią.

Patrzę na jej zdjęcie codziennie. Myślę o niej codziennie. Noszę ją w sobie. Mieszkam w miejscu uświęconym jej pracą, modlitwą, potem, krwią i łzami. Co dzień jej dziękuję, że przygotowała mi to gniazdo, jak przygotowywała ziemię swoim roślinom.  I rosły tak, że ogród wzbudzał zazdrość wszystkich gospodyń z okolicy. Co dzień proszę, by mi towarzyszyła i pomagała w zmienianiu  kawałka świata i czasu, jaki mam przed sobą. I co dzień czuję, że jest blisko.

Jestem jak ona. I przyszłam, by wejść w jej trud i ponieść go dalej. By nadal kwitły tu kwiaty, by nadal świeciło słońce, by chronić co piękne i cenne, by błękitny płaszcz Matki osłaniał wszystko, gdy jak babcia szeleszczę paciorkami różańca.

 

Nie my zaczynaliśmy. Nie my skończymy. Jesteśmy jednym koralikiem, jednym oczkiem w łańcuszku.

Mali i ważni jednocześnie. Bo jeśli koralik nie wytrzyma, oczko się zerwie, łańcuch nie przetrwa.

Kiedyś może moja wnuczka spojrzy na moje zdjęcie. Odkryje, że ma powieki jak ja i sarni wzrok, i siłę w sercu, a mój krok ostatni jest jej pierwszym.

Non omnis moriar. – myślę wystawiając śniadą twarz ku jesiennemu słońcu. I przymykam asymetryczne powieki.

 

 

pomiędzy

– Jeszcze nie pachnie jesienią? – upewniam się zadając pytanie na poły retoryczne mojemu mężowi.

Siedzimy jak co rano na tarasiku przed domem i pijąc kawę, łowimy znane nam odcienie ciszy.

– Nie. Jeszcze nie. – odpowiada on.

– Ale już jaworek zaczyna spuszczać pierwsze czerwone liście. – zauważam, dotykając bosą stopą właśnie opadły liść.

– To z upału – uspokaja mnie mąż.

– Ale to pewnie już niedługo. – kontynuuję – Pewnego dnia wyjdziemy tu i poczujemy zapach zbutwiałych liści i grzybów i jabłek i czegoś jeszcze takiego, czym pachnie jesień. To już lada dzień.

Jakby na potwierdzenie powietrze przeszywa żałosny jęk żurawi, które w tym roku musiały osiedlić się gdzieś niedaleko. Ich zaśpiew otwiera nam dni i zamyka je na klucz wieczorem.

Mąż wstaje, zbiera filiżanki po kawie i jedzie po naszą młodszą dziatwę, która nocowała poza domem.

Nagle zrywa się wiatr. Zakładam sweter i chowam się głębiej w ciepły salon. Patrzę jak wiatr czesze czupryny drzewom, wyrywa im uschłe liście jak siwe włosy staruszkom. Dwa ptaki z trudem przebijają  wzburzony przestwór.

Jeszcze nie pachnie jesienią, ale już tuż tuż.

Pewnego ranka usiądę na tarasie rano i powiem: „Przyszła”.

I nie będzie odwrotu.

20180713_122207

Pajęczyna na krzewie wzdyma się jak żagiel, ostatni pąk łososiowy róży lśni jak koral w morzu zieleni. Jeszcze zieleni choć zmęczonej, przykurzonej od żniw, omdlałej jak dziewczę w południe.

Burza coraz bliżej huczy, krąży, szeleści spódnicami…

Siedzę przed otwartymi drzwiami , oparta plecami o spokój wnętrza domu….

Za mną stoją w blaskach słońca malowane na płótnie rumiany, przede mną szarpanina żywiołu i przyrody.  Ja POMIĘDZY.

Chłód przenika ciało, rozlewa się kłującymi szpileczkami w ciepłych jeszcze od snu żyłach.

Jesień się zakrada powoli.

Lato gaśnie.

Ja POMIĘDZY.

 

– Pani Ruttko, malujemy niedługo włosy?

– Tak Asiu. Siwe znowu widać.

 

🙂

 

 

 

 

udławienie błyskotkami

 

Stoimy w mroku na balkonie.

W prześwicie między starą sosną, a na wpół uschniętym dębem olbrzymia tarcza księżyca powoli zachodzi woalem.

Ala ze swym lubym przytuleni w jednym narożniku, udają przez chwilę scenę z Titanica. Ja i mężulek wraz z rosłym synem i przyklejoną do kolana Lalcią  stoimy tuż obok. Nusi nie ma. Jest na harcerskim obozie.

Niebotyczna chwila.

Jesteśmy oto świadkami czegoś, czego nie widziały pokolenia i pokolenia nie zobaczą. Całkowite zaćmienie księżyca i Mars jak błyszczący chochlik tuż poniżej księcia.

Świadomość, że następny raz  będzie za ponad 400 lat jeśli w ogóle, sprawia, że dreszcz spływa jak strużka zimnej wody wzdłuż pleców. Mówimy nawet ściszonym głosem, szeroko otwartymi źrenicami łowimy każdy cień zmiany na twarzy srebrnego globu.

Przypominam sobie nagle co kilka minut temu powiedział chłopak Ali  – Grześko.

– Moja siostra mówi, że we Wrocławiu jest tak duże „zaśmiecenie światłem”, że trudno dojrzeć gwiazdy.

„Zaśmiecenie światłem” – powtarzam sobie w myśli zdumiewającą frazę.

Patrzę w atramentową wiejską noc . Miriady jasnych punktów otaczają mnie zewsząd na tym balkonie. Cisza niepokalana.

 

Czy światło może być śmieciem?  Czy nie chodzi raczej o błyskotki? – myślę – Lśnienia, które zabijają w nas wrażliwość na światła prawdziwe?

Rozświetlamy sobie nimi czasem nasze życia, wystrzelamy je jak race licząc, że nas uratują przed zagładą, puszczamy jak sztuczne ognie, chybotliwe świece na wietrze, próbujemy ogrzać się przy nich jak ta biedna dziewczynka z zapałkami, latamy wokół nich jak ćmy, opalając sobie skrzydła boleśnie.

Dom, auto, praca, drugie auto, sprzęt koniecznie-niezbędny, wygląd, wakacje, trzecie auto, najnowszy komputer, kiecka z dobrą metką, fryzjer, pierścionek, obraz, napęd hybrydowy,  kanapa skórzana, tytuł doktora habilitowanego, wywiad w telewizji, artykuł w prestiżowym piśmie, dyplom, premia, medal, awans, jeszcze droższe wakacje, lajki na facebooku, oklaski po przemowie, znajomości z tym i owym, dłuuugi kondukt pogrzebowy, morze wieńców .

Cisza.

Reflektorki na rampie sceny gasną. „Udławił się błyskotkami” – napiszą recenzenci.

 

I gdzieś w tym wszystkim ginie nam to, co jest  naprawdę światłem. I prawdziwym jego zaćmieniem.

 

Księżyc coraz szczelniej otula się w koc, gwiazdy jak diamenty rozsypane z rozdartej kolii lśnią coraz mocniej.

 – Nie daj się zaślepić Rut – szepce noc namiętnie. Jak kochanek stojący pod balkonem.

 – Nie w spełnianiu pragnień i ambicji jest ukryte szczęście. To radości krótkie jak flesz aparatu. Jeśli przywiążesz do nich swe serce, stanie się ono jak „zaśmiecone światłem” miasto.  Ślepe na blask słońca, księżyca, gwiazd, piękna, prawdy, ciszy i Boga…

Twoje życie jest zbyt cenne i zbyt krótkie, by tracić je na zbieranie śmieci.

 Znalezione obrazy dla zapytania zaćmienie księżyca lipiec 2018

 

Księżyc zgasł jak niedopałek papierosa.  Po raz ostatni w moim życiu.

 

 

 

 

 

wewnątrz grudki ciszy

 

 

Przesycenie ciszą.

Żyję tu nasiąknięta nią.

Mimo żniw, które wybuchły jak granat pewnego upalnego ranka i skończyły się po północy kilka dni później. Mimo nawoływań sąsiadów, którzy wychowani w  olbrzymiej przestrzeni , próbują  przeszyć  ją na wskroś swym małym ludzkim głosem. Mimo ujadania psów czasem w nocy. Deszczu bębniącego jak dobosz po dachach i uszach liści. Mimo krzyku żurawi o porankach i zmierzchach – ich ptasiej żarliwej modlitwie. Mimo bzyczenia i buczenia, trzepotu, popiskiwania, szurania, tuptania, szelestu i wycia wiatru w kominie.

To wszystko zaiste nie przeszkadza by nasiąknąć ciszą aż do szpiku duszy.

A kiedy znużą mnie nawet ludzkie głosy biorę mój czerwony  różaniec, mijam kalinę dumnie obwieszoną równie czerwonymi koralami, mijam trampolinę moich dzieci, kilka sosen, dąb prawie umarły, mijam górkę i przy górce jabłonkę, a potem skręcam w sad tak dziki, że poniekąd jest już lasem. Na jego obrzeżu jest mała polanka usłana trawą, osłonięta niemal ze wszystkich stron zielonym płaszczem drzew. Na tym kawałeczku zmieszczę się akurat ja, stado pracowitych mrówek, mały krzyżyk, który zrobiłam z brzozowych gałęzi i kawałek styropianu pod kolana.

Brzmi to może śmiesznie i na wyrost, ale nazywam to miejsce moją pustelnią.

Tutaj cisza wnika jeszcze głębiej. Nie miałeś nawet pojęcia, że można sięgnąć tak głęboko w człowieka;  że to, co miałeś za sedno swej istoty, było tylko zasłoną dla dalszych korytarzy.

Cisza spada tu na ciebie jak jastrząb. Jesteś taki malutki wobec jej ogromu i siły. Poddajesz się od razu. Zanim mrugnie powieka, już jesteś w samym jej środku.

Patrzę na prosty krzyżyk. Dwa patyczki splecione kępką trawy. W palcach przepływa czerwony strumyk modlitwy do Matki. Zapraszam Aniołów, by stali obok, zapraszam bliskich zmarłych, zapraszam świętych, którzy od zawsze się mną opiekują i prowadzą przez wertepy życia. Modlimy się razem lub milczymy, wtapiając się w tę ciszę jak ziarenka piasku wtapiają się w żywicę płynącą z drzew.

Pamiętacie? Kiedyś pisałam o moim dziecięcym marzeniu. Obracałam w palcach grudki żywicy i zazdrościłam przypadkowo zamkniętym tam mrówkom czy innym owadom. Patrzeć na wszystko ze środka blasku – myślała mała Rut z tęsknotą niepojętą dla niej samej.

Teraz mam swoją grudkę żywicy. Zamykam się w niej codziennie. Na skraju dzikiego sadu.

Mój mąż i moje dzieci  wiedzą, gdzie jestem, gdy mnie nie ma.

20180505_081727

 

I może to przypadek, ale gdy wracam stamtąd, jabłonka, którą mijam, spuszcza mi kolejny dojrzały owoc.

Człowiek naprawdę potrafi dojrzewać tylko w ciszy.

 

 

nieoczywistość

 

– Zawiodłaś mnie Moni – śmieję się do bratowej oglądającej nasz  dom – Dlaczego nie zapytałaś jak wszyscy: „A dlaczego ta rama jest pusta?”

– Bo ja wiem dlaczego. – śmieje się Moni.

Teraz śmiejemy się obie.

Jak dobrze spotkać ludzi, którym nie trzeba tłumaczyć, że rzeczywistość jest nieoczywista jako się zdaje racjonalistom, szkiełku i oku:)

Czy w wazonie muszą stać kwiaty? Czy w skarpetkach muszą być nogi? Czy w kubku musi być herbata?

 

Znalezione obrazy dla zapytania pusta rama

 

🙂

 

 

Judyt

 

 

Kiedy zmieniasz miejsce, ono też zmienia ciebie.

Nasz nowy dom zmienia również nas. Zmieniły się nasze zwyczaje, nasze rozmowy, upodobania, zajęcia jakim się oddajemy z zapałem, rozkład dnia,  nasz sposób pracowania, odpoczynku, jedzenia. Nie wzięliśmy tu ze sobą telewizora, na zasięg nie można liczyć, mikrofalówka kurzy się w kącie, a netu do niedawna nie mieliśmy.

Dziewczynki zaszyły się w książkach, mnie rozsadza inwencja twórcza, syn całymi dniami majsterkuje, a Ala przeżywa uroki pierwszej miłości. My oczywiście solidarnie razem z nią:)

Nieoczekiwanie pojawiły się nowe życiowe  role do zagrania: Ala jest świeżo upieczonym kierowcą i świeżo zarejestrowanym dorosłym obywatelem, Adam prawie upieczonym licealistą, ja i mąż – prawie teściami, a do tego ja święcę tryumfy  jako regionalny stróż prawa i moralności walczący z pijaństwem tubylczej ludności.

– Jestem takim pięknoduchem – mówię mężowi z nutką skargi w głosie. Siedzimy na tarasiku a zachodzące słońce ociera się miękko promieniami o nasze stopy.

– Powinnam żywić się nektarem i kroplami rosy, a muszę być szeryfem.

Miś kiwa głową. Wie przecież. Zna mnie. Przynajmniej tak myślał do tej pory:)

W dziwnych i oryginalnych rolach obsadza nas czasem życie. Bo nagle okazuje się, że umiem walczyć, że jestem twarda, niezłomna, ostra i sieję postrach wśród tych, którzy mają powody się mnie bać.

A potem odpinam gwiazdkę szeryfa i idę pleść wianki z koniczyny, albo rysuję z córkami kolorową kredą wielkie kwiaty na starej stodole, wyplatam ze sznurka dywaniki, przygotowuję tomik wierszy mojej córki, odbijam liście na zasłonie, układam bukiety w wazonach i suszę płatki róż na poutpouri.

Pamiętam jak kiedyś jeden z was  martwił się, że jestem tak delikatna i krucha, że nie poradzę sobie w tym brutalnym świecie. Sama się czasem o to martwiłam.

Jeśli mnie czytasz Alw, to bądź spokojny. Okazało się, że miękka z pozoru woda jest twardsza niż skały.

Że kruszy i rozsadza to, co wydawało się betonowym bunkrem, że żłobi nowe drogi w granicie.

Nigdy nie wiemy jaki olbrzym w nas drzemie, póki się nie obudzi. Sama jestem tym zdumiona.

Znacie biblijną Judyt? Piękną, kruchą i słodką. Ale gdy przyszedł czas, nie zawahała się chwycić miecz i bez mrugnięcia okiem odciąć łeb złu. A potem odeszła. Wciąż tak samo piękna, krucha i słodka.

Znalezione obrazy dla zapytania judyta

Jestem jak ona. Zbieram kwiatki i śpiewam piosenki, słucham świerszczy, prasuję ciuszki i piszę wiersze. Ale gdy trzeba…

Dopiero to miejsce pokazało mi jaką pełnią jestem.

 

 

nienasycenie

Kiedy sadziłam ją z mężem była małym patykiem nieco rozgałęzionym u góry. Miała dziesięć, góra kilkanaście liści i długo nie mogła się zaaklimatyzować w nowym miejscu. Wielkie osiki wypijały jej całą wodę i zasłaniały słońce. W kolejnym sezonie trafiła na inne miejsce, a potem była jeszcze jedna przeprowadzka nim zapuściła na dobre korzenie.

Kiedy ją sadziłam, w marzeniach cicho rysowałam obrazek moich dzieci wspinających się po gałęziach i jedzących słodkie owoce.

I oto stoję przy niej, zadzieram głowę wysoko i sięgam po lśniące karminowe korale czereśni. Gdy trzeba sama wspinam się po rozgałęzieniu dwóch najgrubszych gałęzi i rwę owoce z samego szczytu stając niemal na palcach stóp.

Owoców jest co niemiara.  Dobre kilkadziesiąt kilo. Więc od dwóch tygodni żywimy się głównie czereśniami. Mój mąż znika kilka razy dziennie i wtedy wiem, że stoi pod drzewem. Wspinamy się wszyscy. Laurcia czasami używa w tym celu nowego członka rodziny – chłopaka naszej najstarszej córki.

Patrzę na roześmianą czeredę ukrytą między dużymi kłapciastymi liśćmi jak stado szpaków. Wszędzie pełno pestek i chichotu.

„Marzenia się spełniają”. – myślę oszołomiona sielskością widoku.

To najczęstszy refren mojego nowego życia tutaj.

„Trzeba tylko marzyć  prostą kreską, jak się maluje dziecięce obrazki i nie szukać ananasów tam, gdzie nie rosną. Trzeba tylko być cierpliwym i nie oczekiwać spełnienia bez wysiłku i czasu.”

 

Padało.

 Stoję w kaloszach i pidżamie pod mokrym drzewem. Przy każdym zerwanym owocu wzdłuż nadgarstka i dalej aż do łokcia toczą się zimne krople. Jest wieczór. Po niebie rozlewa się atrament nocy. Dzieciaki już dawno w łóżkach. A ja wyszłam, by zgasnąć razem z dniem. Rozpłynąć się w ciszy.

Jeszcze raz rozsmakować się w dojrzałym marzeniu.

Jestem pełna czereśniami i wszystkim czym można być pełnym na ziemi.

 

Ale… – waham się przez chwilę – wiem, że spełnienie nie jest tym samym co nasycenie.

Kropla wpadła znów do rękawa. Kilka spadło pomiędzy włosy.

Nic co tutaj dostanę nie nasyci mego  głodu. Oszuka go tylko na chwilę. Ale on powróci. Wiem. Zawsze wraca. Coraz potężniejszy i wezbrany jak wody potoku, któremu próbujesz zagrodzić drogę sypiąc zapory z piasku.

 

Sięgam po jeszcze jedną. I jeszcze. I jeszcze… Aż do nienasycenia.

 

 

Niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie ( św. Augustyn)

pierwszy oddech

 

Nasz nowy dom. Marzenie, które stało się ciałem.

Wszystko w nim nowe, pachnące, świeże, inne. Wszystko nagle, jednego dnia musiało się zmienić. Codzienne szlaki na podłodze, poranne rytuały, ulubione miejsca trzeba oswoić, kąty przyodziać w przytulność, przyzwyczaić się do innej stromizny schodów, innego odcienia cienia na ścianach, zaznajomić ze schowkami i ich zawartością, na innym boku sypiać.

Tak piękny jest ten dom. Prawie gotowy. Jeszcze tu i tam pociągnięcie pędzlem – ostatni retusz. Kilka pomysłów snuje się po głowie. Przedmioty przestawiane z miejsca na miejsce szukają takiego, gdzie będzie im najwygodniej. Część jeszcze w pudłach śpi, zupełnie nieświadoma co zaszło.

Że to już. Wielki dzień za nami. Przeprowadzka i nowe życie.

Specjalnie wybraliśmy go z tysięcy innych dni. 3 maja. Dzień Tej, Która ma tu królować na zawsze.

I od razu pojawili się nasi przyjaciele. Jedni. Drudzy. Następni. Ze śmiechem. Podarkami. Dobrym  słowem.

I stało się coś niesamowitego.

 

Bulgocząca zupa z dyni, kocie łapy na świerkowej podłodze,  obfitujące dzbany wody z cytryną i miętą, niezapominajki na olbrzymim kuchennym stole, dostawianie stołków dla licznej gromady, sesja w czerwonych sukniach na zielonym dnie starego sadu, dyndanie huśtawką, wspólna modlitwa i rozmowy, piski  dzieci z trampoliny, kilka głów zadumanych nad instrukcją namiotu, tradycyjne pytanie o pustą ramę na ścianie, czajnik z gwizdkiem  bez ustanku świrował na gazie, wywabianie kota z garderoby,  zagadka słabego ciśnienia wody przed wieczornym myciem, oglądanie bujności jagodzińców w lesie, zapach grillowanej kaszanki i jabłek z cynamonem, podziwianie popisów akrobatycznych wiewiórek i badbington rozgrywany przy krzaku bzu, chichoty z poddasza, stukot bosych pięt na schodach, zapach deszczu przyniesiony na naręczu kwiatów, chrzęszcząca pod zębami własna rzodkiewka….

Bujność wydarzeń oplotła nasz dom jak dzikie pnącza oplatają nagie mury. Każde miejsce nabrało sensu, a wnętrze wypełniły wspomnienia. Miłe chwile rozsiadły się wygodnie w fotelach, na krzesłach i kanapie. Ich urok osiadł jak złoty kurz na meblach, podłodze i żyrandolach. I budynek, wypełniony dotąd martwymi sprzętami, wziął pierwszy wdech i ożył.

Stał się domem.

Domy rodzą się podobnie jak ludzie.

 

 

różana mgiełka

Powiesiłam z córką nowe zasłony w nowym salonie nowego domu.

Zasłony ze złamanego różu.

I nagle całe pomieszczenie zasnuła różowa mgiełka trudnego do opisania uroku.

Jaką mamy władzę – pomyślałam zachwycona.

Tak wiele z tych pozornie prozaicznych czynności możemy otulić poświatą cudu.

Proszek do prania wsypuję za pomocą dużej muszli. I jakoś mniej dotyka mnie fakt, że pralka będąca na skraju naturalnej śmierci, terkocze jakby miała odlecieć w przestworza.

Pod prysznicem niemal co dzień mówię do o. Badeniego. Czytałam kiedyś, że określano go mianem mistyka spod prysznica, bo najpiękniejsze myśli o Bogu przychodziły mu w trakcie kąpieli. Więc modlę się: „Ojcze Joachimie, naucz mnie słuchać Boga i Go słyszeć, widzieć Boga i Go zobaczyć, dotykać Boga i Go poczuć.”  I wiem, że staruszek mnie słyszy. Woda szeleści  jak to woda, a my pogrążeni w poważnej rozmowie.

Ostatnio porwał mnie rytm walca płynącego z głośnika w hipermarkecie. Zatańczyłam pomiędzy alejkami z warzywami i owocami. Może i ktoś popatrzył dziwnie, ale przecież każdy ma prawo i do tańca i do dziwnych spojrzeń.

Zimą czasem do grubego swetra przypinam dużą broszkę z kwiatkiem. Taki przysłowiowy „kwiatek u kożucha”. Ale ile moich koleżanek i kolegów rozbawiam tym w pracy. Wszyscy od razu myślą o wiośnie i szarzyzna za oknem traci moc.

Lubię jeść chrzan wymieszany z powidłami z czarnej porzeczki. Oczywiście do kanapki z wędliną.

Modlę się za każdym razem, gdy usłyszę  gruchanie gołębi. To moi towarzysze, którzy przypominają mi nieustannie o kontemplacji Tego, Który dba o lilie na polu, ptaki na niebie i o mnie na ziemi.

Mamy taką władzę nad rzeczywistością naszych żyć.

Bo dlaczego nie dodać do sałatki płatków kwiatów, dlaczego nie powiesić zdjęcia do góry nogami , dlaczego nie umieścić pustej ramy na ścianie( tak bawią mnie pytania wszystkich gości: dlaczego to zrobiłaś?), dlaczego nie wytapetować łazienki tapetą w róże ( my tak zrobiliśmy:), dlaczego nie wyjść do ogrodu przez okno, dlaczego nie pójść opielić ogródka z filiżanką kawy w jednej ręce, dlaczego nie zrobić świecy i fikołka na środku trawnika, dlaczego nie biegać po deszczu….

Robić rzeczy nieoczywiste, wyskoczyć z ciężkich butów znudzenia i rutyny. Stworzyć swoje własne miłe zwyczaje, skrojone na moją miarę i w moim ulubionym kolorze.

I nagle nasze życie zasnuwa różowa mgiełka uroku nie do opisania, a wdzięczność rozsadza serce.

 

Zacznijcie od założenia czytanej książki zasuszonym listkiem:)

 

 

zachwyt

 

Chodzimy po sadzie. Ja i mój syn. Ptaki śpiewają jedną ze swych wiosennych arii. Szaleńczo. Niemal łkając z radości.

Wszystko we mnie roztapia się jak wosk.

 To pewnie też sprawa słońca łaskoczącego czubek nosa i wplątującego złote nitki między rzęsy. To pewnie też kwestia zapachu ziemi. Mokrej, oddychającej z ulgą piersią uwolnioną z białego gorsetu śniegu. To zapewne ma związek także z pląsem wiotkich gałązek brzóz. I pewnie także z tym, że tak ramię w ramię idę sobie obok mojego wysokiego syna, który tak niedawno jeszcze wtulał się w zgięcie mojego łokcia jak małe kociątko.

Moje serce kapie roztopionym woskiem uczucia, które trudno nazwać w ludzkim dialekcie.

– Wiesz – mówię do syna – cieszę się, że nie znam nazw tych ptaków, które tak śpiewają. Że nie wiem czy to pieśń godowa, lęgowa czy sygnał ostrzegawczy. Że słysząc ten cały chór nie włącza mi się program analizy w mózgu. Pewnie wujek Max jako ornitolog nie słyszy już po prostu śpiewu ptaków. I jego serce nie cieszy się tymi wszystkimi odgłosami.

– Tak. On wszystko analizuje jako specjalista. – potwierdza moją intuicję syn.

– I cieszę się – dodaję mężowi już przy porannej kawie – że nie odróżniam jak ty niuansów w muzyce.

Ja po prostu słyszę piosenkę i cieszę się nią. Słyszę muzykę i ona wlewa się w moje wnętrze. Nie jest dla mnie istotne czy było pół tonu wyżej czy niżej.

Nie odróżniam też obrazów kiczowatych od arcydzieł. Po prostu jedne do mnie przemawiają a inne nie. Linia poszukująca i odpowiednia faktura nie ma na to wpływu.

 

 

Jestem specjalistą w zupełnie innej dziedzinie. Specjalistą od Boga:)

 Ale to bezpieczna specjalizacja, bo przy odrobinie pokory szybko rozumiesz, że twój przedmiot badań zawsze będzie niedościgniony twym rozumem, niepojęty zmysłami, nieujęty w pojęcia, niemierzalny, nie dający się rozrysować  w schematy. Nigdy nie możesz powiedzieć – poznałem Go na wylot i wiem o Nim wszystko. Wciąż i wciąż jesteś zaskakiwany jak dziecko. Więc,  gdy myślisz o Nim, słuchasz Go, mówisz do Niego, dotykasz, twoje serce roztapia się jak wosk w zachwycie, który nie zna słów na tej ziemi.

 

Takiego poznania Boga życzę Wam i sobie w te święta i na całe życie. Odbierającego mowę  zachwytu Marii Magdaleny, gdy padła przed Zmartwychwstałym w tamten poranek.

 

                                                                                                                                     – z uśmiechem  Rut