Nasz nowy dom. Marzenie, które stało się ciałem.
Wszystko w nim nowe, pachnące, świeże, inne. Wszystko nagle, jednego dnia musiało się zmienić. Codzienne szlaki na podłodze, poranne rytuały, ulubione miejsca trzeba oswoić, kąty przyodziać w przytulność, przyzwyczaić się do innej stromizny schodów, innego odcienia cienia na ścianach, zaznajomić ze schowkami i ich zawartością, na innym boku sypiać.
Tak piękny jest ten dom. Prawie gotowy. Jeszcze tu i tam pociągnięcie pędzlem – ostatni retusz. Kilka pomysłów snuje się po głowie. Przedmioty przestawiane z miejsca na miejsce szukają takiego, gdzie będzie im najwygodniej. Część jeszcze w pudłach śpi, zupełnie nieświadoma co zaszło.
Że to już. Wielki dzień za nami. Przeprowadzka i nowe życie.
Specjalnie wybraliśmy go z tysięcy innych dni. 3 maja. Dzień Tej, Która ma tu królować na zawsze.
I od razu pojawili się nasi przyjaciele. Jedni. Drudzy. Następni. Ze śmiechem. Podarkami. Dobrym słowem.
I stało się coś niesamowitego.
Bulgocząca zupa z dyni, kocie łapy na świerkowej podłodze, obfitujące dzbany wody z cytryną i miętą, niezapominajki na olbrzymim kuchennym stole, dostawianie stołków dla licznej gromady, sesja w czerwonych sukniach na zielonym dnie starego sadu, dyndanie huśtawką, wspólna modlitwa i rozmowy, piski dzieci z trampoliny, kilka głów zadumanych nad instrukcją namiotu, tradycyjne pytanie o pustą ramę na ścianie, czajnik z gwizdkiem bez ustanku świrował na gazie, wywabianie kota z garderoby, zagadka słabego ciśnienia wody przed wieczornym myciem, oglądanie bujności jagodzińców w lesie, zapach grillowanej kaszanki i jabłek z cynamonem, podziwianie popisów akrobatycznych wiewiórek i badbington rozgrywany przy krzaku bzu, chichoty z poddasza, stukot bosych pięt na schodach, zapach deszczu przyniesiony na naręczu kwiatów, chrzęszcząca pod zębami własna rzodkiewka….
Bujność wydarzeń oplotła nasz dom jak dzikie pnącza oplatają nagie mury. Każde miejsce nabrało sensu, a wnętrze wypełniły wspomnienia. Miłe chwile rozsiadły się wygodnie w fotelach, na krzesłach i kanapie. Ich urok osiadł jak złoty kurz na meblach, podłodze i żyrandolach. I budynek, wypełniony dotąd martwymi sprzętami, wziął pierwszy wdech i ożył.
Stał się domem.
Domy rodzą się podobnie jak ludzie.
