potyczki z polszczyzną

 

Wiek trzech lat to pełne gracji potyczki z językiem ojczystym, który jest ponoć jednym z najtrudniejszych języków świata.

 

Znowu wybieramy się do raju moli książkowych, czyli biblioteki. Szykujemy torbę, zbieramy książeczki po całym domu, które trzeba odnieść do placówki kultury. Laurka niesie stosik literatury.

– Te ksiązecki ODŻYCZYMY. – oświadcza.

Skoro książeczki wypożyczyliśmy, to nie możemy ich teraz po prostu oddać:)

 

Mama opowiada bajeczki na dobranoc.

Często pojawia się tam motyw wędrujący. Miś szedł i szedł i szedł. Myszka szła i szła i szła.

Ha, ha, ha. Można stworzyć nowy czasownik – mocno niedokonany, choć stale dokonywany.

– Mamo, opowiedz jak Lucky Luke ISZET ISZET aż spotkał dzidziusia , któly ISZET na czwolaczka.

Albo…

– Będę ISZŁA do kościółka.

 

A jak już jesteśmy przy chodzeniu, warto wspomnieć o ostatniej drodze, czyli o schodzeniu. Bo jak na przykład odmieniać słówko „grób”?

Laurka bawi się przed spaniem gipsowym kurczaczkiem. Gdzieś tam w górskim pasmie kołdry w kwiatki grasuje na niego wyimaginowany lis.

– On umalł!!! – wykrzykuje nagle zdruzgotana opiekunka kurczaka – Zabierzyjmy go do GLUPU!

Kurczak natychmiast zostaje schowany pod kołdrę – miejsce swego wiecznego odpoczynku.

– Telas go poklepię. – opisuje pogrzeb trzylatka.

– No i jus jest w GLUPIE. – kończy z nieskrywaną satysfakcją spracowany grabarz:)

 

Ale nie tylko trzylatki mają problem z polszczyzną. Sprawia ona problem i innym , szczególnie wtedy, gdy jest używana z szybkością wystrzałową karabinu maszynowego.

Oto jedziemy na działkę. Niedaleko celu podróży mężulek przypomina sobie, że trzeba zamknąć za autem bramę na posesję.

– Wyjdzieszizamkniesz??? – rzuca szybko w moją stronę.

Patrzę oszołomiona.

– Co?- pyta on kątem oka rejestrując moją minę.

– Oświadczasz mi się jeszcze raz?

– Ale dlaczego?

– Zapytałeś przecież: „Wyjdziesz za mnie???”- tłumaczę – Odpowiedź brzmi :Tak. – dodaję szybko żeby się nie rozmyślił:)

 

Uważajcie na ojczystą mowę. Bywa zawiła i wieloznaczna. Przez przypadek można się nawet oświadczyć własnej żonie:)

 

 

nowy rodzaj posiłku

 

Siedzimy przy stole.

Ja piję kawę, malutka córeczka wyławia z plastikowej miseczki ostatnie chrupki o smaku orzechowym – pozostałość bo biesiadzie urodzinowej tatusia. Jak głosi porzekadło: „kto zjada ostatki, ten piękny i gładki” , więc Laurka jest i piękna i gładka i dodatkowo bardzo zadowolona, bo rodzeństwo poszło do szkoły i z nikim nie trzeba się dzielić.

Mruczy sobie pod noskiem, paluszki oblizuje, w końcu rzuca w kierunku mojego różka stołu trafny komentarz:

– Przegąska taka.

Omalże się nie poparzyłam kawą:)

Hobbici wśród wielu posiłków mieli swój podkurek, my – od tego pamiętnego dnia mamy przegąskę.

 

– Przegąska – znowu mruczy sobie kontenta nad plasterkiem wyjątkowo wyśmienitej szynki. – Od kogo to?- chce znać szczegóły

– Od świnki. – mówię, śmiejąc się.

– To świnka córeczko. – doprecyzowuje tatuś, zamykając odrzwia lodówki.

Dziewczątko połyka kolejny kęsek i…

– Ale nie zyje – zauważa słusznie i odchodzi pałaszując resztę plasterka.

 

Nieżywa przegąska:)

 

 

narodziny ploteczki

 

 

Wchodzę do sklepu z Laurką.

Tak przy okazji, po drodze z biblioteki, skąd targamy kolejne wiekopomne dzieła Brzechwy, Tuwima, itp. Od progu wita nas uśmiechem pani ekspedientka, która jest przy okazji mamą trojga moich uczniów.

Oglądamy sobie uważnie z córeczką cały asortyment , każda na swoją rękę i każda na swoim poziomie. Ja – półki bardziej górne, Laurka -wszystko bliżej podłogi. A i na samej podłodze stoją ciekawe produkty.

I nagle słyszę…

– Mamusiu, a jak urodzi nam się mały dzidziuś, to kupimy mu takie ksiesiełko? – pyta córeczka wskazując mały kolorowy mebelek.

– Tak, tak. – odpowiadam, nie wchodząc w szczegóły tematu.

– I kupimy nasiemu dzidziusiowi taki noćniciek?

– Tak, oczywiście. – znów potwierdzam i napotykam pełen błysku wzrok miłej pani zza lady.

I już wiem jakie będą najświeższe ploteczki na nasz temat:)

Nie mające nic wspólnego z prawdą – dodam.

 

Oprócz tego, że gościli u nas niedawno nasi przyjaciele z Ukrainy z trójką dzieci. Najmłodszy ośmiomiesięczny Romuś tak zauroczył naszą Laurkę, że każdy dzień przemienił w tęskne wyczekiwanie, że i nam lada moment urodzi się „naś dzidziuś”.

Czasem i moje serce daje się ponieść takiej tęsknocie.

Mknie wtedy jak łódeczka z kory z żaglem z liścia. Nie straszne jej żadne sztormy i wichury. Zapomniała już połamane maszty i supły na linach. Jej przeznaczeniem jest płynąć.

 

Wiosna. Ach, to ty!

 

 

spojrzenie z balkonu

 

Stoję na balkonie w rozległej plamie słonecznego blasku.

Patrzę jak Nusia uczepiona ramienia mężulka uczy się jeździć na rolkach.

– Dobrze jej idzie – chwali mąż, dostrzegając mnie na górze.

Tak, Nusia jest odważna, uparta i bardzo sprawna. Idealny typ sportowca. A do tego ma stale i wysoko podniesioną poprzeczkę w postaci dużo starszego, wymagającego rodzeństwa. Nie ma bardziej skutecznej motywacji, by się rozwijać.

W tle Nusiowych lekcji jazdy Laurka upycha coś całymi garściami do koszyczka przy różowej hulajnodze.

– Co tam robisz? – krzyczę z wysokości.

– Gniazdo dla bociana!!! – odkrzykuje wesoło, nie przerywając ugniatania – Albo dla łabędzia. – dodaje jeszcze i schyla się, by zerwać kolejną porcję budulca tj. trawy.

Wróble chichoczą na dachu garażu.

Dusio wychodzi z piwnicy. Jego długie włosy rozbłyskują jasnym brązem, gdy rozmawia o czymś z tatą.

Ala – wolontariuszka Caritas – zaraz po lekcjach pobiegła na zbiórkę żywności dla Ukraińców.

 

Stoję na balkonie, zanurzona po źrenice w jasnej kałuży wiosennego słońca. Patrzę na moje życia z góry i nagle przeszywa mnie myśl pełna wdzięczności i zrozumienie jak jestem szczęśliwa. Ta myśl jest tak potężną falą, że na chwilę tracę oddech.

A jeszcze przed minutą czułam się słaba i ogromnie zmęczona. Znużona codzienną walką w pracy i wycieńczona grypą. Bardzo stara i smutna. W jednej chwili radość i siły wróciły.

 

Chwila jak szept Anioła.

Niemal słychać szelest skrzydeł .

 

 

zakochanie i dorastanie

 

Jestem chora. Zabawy więc bardziej statyczne.

Laurka wciela się w rolę fryzjerki. Czesze moje włosy, przypina na czubku głowy trzy spinki, potem ogląda efekt.

– Mmmmm. – mruczy zadowolona – Będzieś piękna. Telaś tatuś ziakocha się ś tobą.

Podkrążone oczy, blada twarz i trzy spinki do kompletu. Któż by się oparł? 🙂

 

*               *                  *

 

– Cioś mi tu pachnie. – Laurka pociąga noskiem i zwietrza, że smakowity zapach dochodzi z poziomu mieszkania babci.

Nie myśląc wiele schodzi po schodach, stukając piętami o każdy stopień. Za chwilę wraca z miseczką pełną pop cornu.

A jeszcze za jedną chwilę…

– Dlaczego zjadłaś tak dużo pop cornu? – pytam zaglądając do pustej miseczki.

– Bo musię dolośnąć. – pada odpowiedź z buzi wypchanej prażoną kukurydzą.

 

I ja dopiero po tylu latach dowiaduję się, że katalizatorem rozwoju dzieci jest pop corn?!!! 🙂

 

narodziny słówka

 

Układa puzzle magnetyczne na lodówce.

Nagle dostrzega, że jeden z nich postradał „główkę”. Zapewne na skutek intensywnego użytkowania:)

– Tato, tato!!! – podnosi larum – ODLEPELOWAŁ mi się puzzel!!!

Słuszna intuicja językowa: skoro coś może być zreperowane, to i proces odwrotny musi mieć nazwę:)

Odreperowanie.

A Laurka jest wprost mistrzem w tej dziedzinie ludzkiej działalności.

 

Zresztą, nie tylko Laurka. Niektóre państwa na naszych oczach się odreperowują.

 

nieocenione zasługi nauki

 

 

– Ja nie chcie tej ściotki!!! – krzyczy zdenerwowana trzylatka, przybierając się do mycia zębów.

– Ona jeśt chłopśka!!! – dodaje tym samym tonem wobec braku odzewu ze strony mamy spokojnie siedzącej obok.

– Dlaczego chłopska? – nie wytrzymuje ciekawska Rut, choć raczej nie spodziewa się racjonalnych wyjaśnień.

– Bo jeśt zielona!!! Ja chcię lóziową!!!

– Ale nie możesz myć czyjąś szczoteczką, bo tam są inne zarazki. – mamusia jednak usiłuje sprowadzić rozmowę z toru mega-emocjonalnego na arcy- racjonalny.

– Czije?

– Moje. Na mojej szczoteczce są moje zarazki i nie możesz nią myć, bo przejdą na ciebie.

 

Dziecię na chwilę zaniemówiło.

Nie to żeby informacja je zmroziła, bo za chwilę pyta:

– A na ciebie nie wejdą?!! 🙂

 

Czasami nauka potrafi ostudzić żywiołową rozpacz kobiety z powodu koloru szczoteczki. Niekoniecznie sprawdza się to w przypadku np. bluzki czy torebki:)

 

list do siebie

 

 

– Czytałaś jej list? – pyta Sofi, gdy wędrujemy po szkolnym korytarzu.

Potakuję.

List mojej córki do samej siebie za lat dwadzieścia.

– Boże. Jestem poruszona. – mówi dalej Sofi, która jest polonistką Ali – Takie dojrzałe słowa spod ręki tak młodego człowieka.

Rzeczywiście. Sama nie dowierzałabym, gdybym nie znała mego dziecka.

 

– Ja też kiedyś napisałam taki list. – mówię do Ali, odkładając na stół jej pracę.

– Pewnie po przeczytaniu „Emilki” ? – śmieje się ona.

– Tak, chyba tak.

– Ode mnie 14-letniej do mnie 40-letniej?

– Tak.

– Masz go? Teraz powinnaś go przeczytać.

– Gdzieś mi się zgubił. – mówię – Ale i tak pamiętam główną myśl.

– Jaką?

Chwilę się waham, bo przecież to najtajniejsza tajnia moja.

– Ja ci pokazałam. – argumentuje nastolatka.

– Żeby pamiętać zawsze , że mam duszę poety. Nie zagrzebać się w prozę, nie spłaszczyć swego życia do zdobywania pieniędzy, stanowisk…

– Pamiętasz?

– Tak.Chyba mi się udaje.

Staram się.

Rzadko pisuję wiersze, ale poeci niepraktykujący są tak samo poetami jak ci, którzy wydają kolejne tomiki.

Nauczyłam się tylko jednego.

Mocno ukrywać TO przed ludźmi. Większość z nich uważa to za słabość, defekt charakteru lub nawet za pewien rodzaj choroby psychicznej.

A TO jest moja źrenica życia. Jeśli ktoś ją ugodzi, oślepnę z bólu.

 

 

bronię się prozaicznością

przed posądzeniem o poezję

używam kpiny, śmiechu, cynizmu

sprawy najdroższe w żart obracam

udaję

i– gdy wzruszenie podpływa pod brzegi powiek-

wzruszam ramionami obojętnie

byle tylko nikt nie odkrył

że

żywię się wschodami słońca

światłem skupionym na kroplach deszczu

i płatkami wiśniowych drzew

 

 

 

Zastanawiam się tylko czasem: ilu z nas się ukrywa? I czy naprawdę byłoby nas niewielu?

 


 

ognisko na serce

 

 

Pierwsze ognisko wiosenne.

 

W sadzie. Z kijkami. Z nadzianą syczącą nad ogniem kiełbaską. Dym sunący nad uschniętymi czuprynami ostów. Płatki popiołu obsypujące włosy.

– Śnieg, śnieg – krzyczy Laurka zafascynowana całym widowiskiem ogniskowym.

Zjadamy kiełbaski, układamy się na kilku warstwach koców, bo ziemia po nocnym mrozie zdradliwa jeszcze. Kula słońca szybko spada z nieba, toczy się jak jasny balonik po zielonych zboczach młodych sosen. Ciepłe niedzielne popołudnie staje się stygnącym wieczorem.

Chłodno.

Podsuwamy się do ogniska.

Ogień już nie szaleje, nie ryczy potrząsając czerwoną grzywą. Teraz jest oswojonym przez człowieka barankiem. Ciepły, cichy i łagodny delikatnie skacze po poczerniałych planach. Zachęca do wpatrywania się, łasi się do zabaw.

Nusia i Laurka biegną po długie kitki wiszące na leszczynie. Nazywają je „kiełbaskami”. Potem całymi garściami wrzucają na czerwony jęzor ogniska. Po kiełbaskach przychodzi czas na suche liście dębów. Jedyne , jakie zostały na świadectwo poprzedniego lata. Brązowe łódeczki zwijają się na rozżarzonych węglach. Dusio przynosi uschłe kwiatostany krwawników i traw, robi z nich pochodnie, przenosi piórka ognia z jednego krańca ogniska na drugie. Laurka wbija kijek od kiełbasy i drąży w rozgrzanej ziemi.

– Lobię dziulkę dla zialenka. Z zialenka wylosnie kwiat. To będzie kwiat ś ognia. – opisuje poetycko.

 

Siedzę przy samym brzegu dogasającego ogniska, na skraju zabawy moich dzieci. Jednocześnie czujna i zafascynowana.

– Dlaczego ludzie tak lubią bawić się ogniem? – pytam cicho, gdy zbliża się mężulek.

Odpowiada mi tylko wieczorna piosenka ptaków mieszkających w naszym sadzie.

Jest tak dobrze. Cicho. Spokojnie.

Nareszcie. Spokojnie także w sercu tak ostatnio smutnym i stroskanym.