kulejącym słowem

 

Są miejsca, które przyciągają jak magnes.

Nie jesteś z nimi jakoś szczególnie skuty więzami wspomnień, śladami przodków ani pomrukiem krwi w żyłach, a jednak… Im bliżej tych miejsc, tym bardziej czujesz pragnienie przylgnięcia. Jakbyś nie oddalał się od domu, lecz doń zbliżał.

Taka jest Puszcza Białowieska.

Cokolwiek o niej powiedzieć, za mało słów w słowniku. Dziewicza, tajemnicza, magiczna to pojęcia zbyt ludzkie, zbyt wąskie i zbyt szerokie, by trafić w sedno. Można tylko próbować opisywać drobiazgi, wycinki, poszczególne puzzle.

Pnie przewrócone ręką przemijania i dalszemu przemijaniu poddane póki nie znikną zupełnie pod mchem, darnią i życiem toczącym się na nich jak w wielkich metropoliach.

Półmrok puszczy: chłodny i ocierający się aksamitnie o ciało jak łaszące się zwierzę.

Linia kolejki wąskotorowej znikająca za wielo-zielonym zakrętem, gdzieś w podcieniach myśli przypominająca o naszym wiecznym odchodzeniu do tajemnicy.

Zrywający z pościeli klekot bociani, łudząco podobny do łoskotu bambusowych kijków uderzanych przez wiejskiego łobuza.

Obejścia z drewnianymi domami przytulone do siebie jak stadko kurcząt. Okna w rzeźbionych obramowaniach przypominających sploty kwiatów, winorośli i ptaków.

Ścieżki rozwidlające się nieustannie kusząco i znikające w głębi wnętrzności lasu, bez drogowskazów, bez bezpiecznej kojącej linii horyzontu naprzeciw.

Zapach pradziejów, starych desek, kwiatów w ogródkach, zbutwiałych liści.

Błyszczące kopułki wiejskich cerkiewek, przenikliwe oczy ikon, przechylone spróchniałe krzyże strzegące krętych, wybitych szos prowokują do nieustannej, choć półświadomej modlitwy.

To tylko kilka kawałków tego świata, zupełnie innego świata, w którym zaskakująco swojsko się czujesz. Tu – prawie to wiesz na pewno – biją źródła wielu tajemnic. Tutaj mógłbyś odkryć kim naprawdę jesteś i skąd pochodzisz, bo dokąd zmierzasz to już kwestia twoich wyborów.

Jesteś utkany dokładnie z tych samych nitek, z których powstało śmigiełko klonu, które spadło ci pod nogi i którym bawi się teraz twoje dziecko. Te same sploty ktoś wykorzystał, gdy powstawałeś ty i potężny dąb, którego nie sposób objąć nawet w kilka osób. Tak samo jesteś piękny jak poduszka mchu okrywająca kamień. Jesteś równie stary jak puszcza, nosisz w sobie mądrość pradziejów, wszystkie życiodajne soki krążą w tobie. Nic nie umiera w tobie nadaremnie, nic nie znika, by nie miało powstać nowe.  Nawet wypróchniały od środka, wciąż jesteś cenny. Zagmatwane szlaki prowadzą dokładnie do celu, ciemność jest tylko tłem dla światła, ta sama dłoń gładzi policzki wody w stawie i twoje.

Tyle myśli przychodzi ci do głowy, większość nie do wypowiedzenia w ludzkim języku, bo cokolwiek powiesz o puszczy, o sobie, o życiu to wciąż nie to, co powinno zabrzmieć. Nieadekwatność opisu i tajemnicy. Chybione porównania, kulejące metafory obchodzące dokoła istotę jak pies norę królika. Ale tu nie martwisz się swoją nieporadnością. Śpisz jak niemowlę w zielonej kolebce dziewiczej puszczy, zupełnie pogodzony sam ze sobą i światem.

Nad ranem budzi cię klekot bociani.

 

 

 

okiem aparatu

Kilka fotek z naszej ostatniej podróży.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tak to wygląda okiem aparatu, choć nie oddaje piękna widzianego ludzkim okiem.

Czasami się denerwuję jak dziecko i po n-tej próbie zrobienia dobrego ujęcia mówię:

– Aparat jest ślepy. Widzi zupełnie inaczej niż ja!!!

 

🙂

 

wierszoklecenie pod drzewem

 

– Co piszesz? – pyta Ala delikatnie powiewając na huśtawce.

– Wiersz. – odpowiadam krótko z hamaka.

– Aha.

Dobrze jest żyć wśród ludzi, którzy nie dziwią się takim odpowiedziom:)

 

Leżę pod szmaragdową kopułą leszczyn.

Śledzę gałązek wędrowanie.

Jakby – myślę- szukały oparcia tam,

gdzie go być nie może: w przestrzeni.

I – o dziwo! – znajdowały je.

 

Każdy liść ułożony jest bowiem

na niewidzialnej półeczce sensu,

każdy jedno-wiedzący:

jak, po co i gdzie.

Bez cienia wątpliwości, choć w przestrzeni nie do końca jasnej.

 

Jeżeli drżenie, to nie z trwogi.

Jeżeli spokój, to nie z powodu apatii.

Zielonymi łapkami dotykają sedna

z gruntu nienamacalnego.

 

Wiszę pół metra nad ziemią.

W hamaku rozpiętym

na mocnych argumentach sznurów.

 

Inaczej nie umiem.

Zbyt ciężka jestem od wahań.

 

 

o wędrowaniu, zapominaniu i przemijaniu

 

Znowu rozpoczęliśmy letnie wędrowanie.

Klatki filmu przemykającego za oknami auta są ulotne jak większość chwil. Tak niewiele pamiętamy z życia.

Ala i jej cioteczna siostra Isia opowiadają mi książkę, którą przeczytały w trakcie pobytu u dziadków. Oba mole książkowe już drugiego dnia powędrowały do wiejskiej biblioteki. Teraz siedzą na drewnianej huśtawce i mówią jedna przez drugą przez co fabuła staje się wyjątkowo zawiła, nawet jak na powieść fantasy:)

– Oni odbierali ludziom wspomnienia… – mówi jedna.

– Wysysali z nich wszystkie dobre wspomnienia – poprawia druga.

– I kiedy zabrali już komuś bardzo dużo wspomnień, ten człowiek umierał, a oni mogli wrócić do życia.

– A jeden zapomniał 40 dni ze swojego życia… – dorzuca Isia.

– Dziewczynki, ja i bez wysysania więcej dni zapomniałam – śmieję się – Więcej niż połowy życia już nie pamiętam. Wy też dużo zapomniałyście i zapomnicie.

 

Kiedy więc pędzimy autem, chłonę oczami pochylone w stronę drogi białe ciała brzóz, ciemne kolumnady lasów, połyskujące lustrzane tafle stawów, gonię oczami stada baranów na niebie i… zapominam w chwilę potem prawie wszystko. Pozostaje tylko nikłe wrażenie piękna, osad jak ten na dnie dzbanka po letnim kompocie.

– Jabłka, goździki i mięta… – zgaduje moja była uczennica Kasia, pijąc powoli delikatnie różowy napój.

– Tak. – odpowiadam szybko – Znać mistrza kuchni! – chwalę.

– Wystarczy tylko powoli rozebrać na poszczególne smaki. – skromnie tłumaczy swój sekret dziewczyna.

Jest piękna, bujna, długie blond włosy zebrane w koński ogon. I jest dorosła. A ja pamiętam ją jako małą dziewczynkę. Niektóre rzeczy jednak zostają na długo.

Może dlatego, że są jak mocne pociągnięcie za sznur dzwonu.

Widok samotnej studni na środku pola. To dla mnie takie mocne szarpnięcie.

Znowu widziałam taką. Przekrzywiony kołowrót, ruda od rdzy kolba, pęknięta cembrowina, a wokół żadnego innego świadka, że kiedyś mieszkał tu człowiek. Może jeszcze tylko czasem kwiat szlachetniejszy niż chabry i maki, w miejscu, gdzie kiedyś był ogród, ale żeby go znaleźć, trzeba by stanąć , poszukać. Poza tym nic. Nawet fundamenty domu połknięte przez ziemię.

Tylko tyle po nas zostanie. Tylko to, co najgłębiej było. Ukryte źródło.

 

Jutro jedziemy dalej. Opowiadam Laurce gdzie.

– Ja chce spać tutaj, w swoim domku – dodaje na koniec mojej opowieści – nie w wiezy ze zwiezątkami:)

 

Może znowu po drodze spotkamy studnię i zapomnimy więcej niż połowę.

 

foto: Alusia i Isia:)

 

 

 

napar na nerwy

 

Kto odwiedza mnie chociaż czasami, ten zdał już sobie sprawę, że mam lekkiego hopla na punkcie roślin ogrodowych.

Nic mnie tak nie cieszy jak możliwość kupienia nowej sadzonki, najlepszy prezent, jaki mi można sprawić to wykopać jakieś kłącze z własnego ogrodu, podglądanie cudzych ogrodów jest bardziej fascynujące niż śledzenie cudzych losów, a moment sadzenia jakiejś wymarzonej rośliny jest podobny do celebracji liturgicznej z wieloma doznaniami na pograniczu mistyki:) Śnią mi się nawet sny o moich upragnionych roślinach.

Nie!!! Odwołuję!

Mam dużego hopla na tym punkcie.

Mężulek nie do końca podziela moją pasję. Bo ma swoją:) Z wielkimi oporami więc przystaje na kolejne zakupy i nasadzenia, a jego argumenty są bardzo racjonalne i miażdżące męską logiką.

Od czasu do czasu jednak, po długich namowach, zgadza się mój ukochany na odwiedziny w sklepie ogrodniczym.

Ostatnim zakupem był szczepiony klonik o złotych liściach. Nie dość, że go kupiliśmy, to jeszcze posadziliśmy zgodnie z moją wizją uszczęśliwiającą, czyli centralnie na trawniku przed wielkimi drzwiami, które docelowo będą z łukiem i przeszklone.

Wyobrażacie sobie ten widok? Złocista korona na tle zielonego dywanu trawy! Ja go sobie nawet nie tyle wyobrażam, co już go widzę:)

Mężulek dał się mojej przemowie uwieść ( choć klonik na razie szeleści tylko kilkunastoma złotymi liśćmi) i uległ.

Od tego czasu nie omieszkał jednak wielokrotnie przypomnieć, że poszedł na naprawdę duuuże ustępstwa, że to było ooolbrzymie poświęcenie z jego strony i już teraz powinnam być zawsze baaardzo zadowolona.

Szybko podchwyciła to Laurka, baczna obserwatorka wszystkiego, a już naszych przemów małżeńskich szczególnie ( idzie w ślady Nusi).

 

Odtąd – gdy tylko poniosą mnie nerwy np. z racji tego, że dziecię nie chce myć włosów lub zmienia trzy razy obuwie przed każdym wyjściem –  słyszę apele w tonie następującym:

– Mamo, jus nie bądź zdelelwowana, bo psecies tatuś ci kupił KLONIKA.

– Jus się nie delelwuj, bo mas KOLNIKA.

 

Gdybyście więc byli zestresowani czy znużeni życiem, polecam napar z klonika. Koniecznie tego ze złotymi liśćmi. Skutek murowany:)

 

granaty na śniadanie

 

 

Najmłodsza latorośl często przy posiłkach poczuwa się do obowiązku zagajania kulturalnej pogawędki.

I tak przy jednym pysznym śniadanku rzuciła niewinnie granacik frapującego tematu:

– A nasa babcia wyjmuje śwoje zięby.

Po czym, korzystając z ogólnej konsternacji, dodała wyjaśniająco:

– Bo nie jeśt jej wygodnie s nimi LEŻYĆ.

 

Granacik wybuchł chwilę potem. Śmiechem.

Zęby rzeczywiście potrafią uwierać podczas leżenia:) Zauważyliście?

Ale myśli bardziej. Zauważyliście?

I bywają ostrzejsze niż zęby Suareza:)*

 

 

* tak, tak, wiem kto to jest Luis Suarez. Mam dwóch mężczyzn w domu i mundial:)

 

 

 

 

poezją o prozie

 

Przejeżdżamy błękitniejącym letnim wieczorem obok zakładu produkcji maszyn rolniczych. ( efekt zderzenia poezji i prozy zamierzony:)

Na ogrodzeniu zakładu wielkie banery informujące szczegółowo o wytwarzanym asortymencie. Dusio wychyla się bliżej okna, nos rozplaszczając niemal na szybie.

– Śpiewniki do buraków?!!! – czyta na głos zszokowany.

W tym momencie nasze auto eksploduje.

Śmiechem całej rodziny.

– SIEWNIKI!!! – ktoś wykrzykuje ponad salwą śmiechu.

 

Efekt zderzenia poezji i prozy zupełnie niespodziewany:)

 

stolatki

 

Siedzimy rankiem w łóżku i na głos czytamy. Cała rodzinka słucha z zapartym tchem.

Ja czytam z małego kajecika wszystkie opisy śmiesznych i barwnych scenek z naszego życia ( większość z nich znajduje się w doszlifowanej formie na tym blogu:)

Laurka – tym samym tonem – improwizuje na gorąco:

– Wiewiólka miała STOLATKI.

– Zapisuj, zapisuj szybko!!! – skanduje publika i rzuca mi ogryzek ołówka.

Zapisuję więc, domowy skryba, skrobiąc mocno sfatygowanym ogryzkiem po pożółkłej kartce:

Wiewiólka miała stolatki ( czyt.  urodziny:)

 

Często ostatnio pytam siebie sama : Po co to robię? O wiele rzeczy tak pytam, nie tylko o pisanie.

Dziś wyjątkowo znam odpowiedź. Dla dwóch kilo śmiechu o poranku:)

 

Co nie znaczy , że będę ją znać jutro. Jutro jest odległą galaktyką.

 

o nienasyceniu

 

Laurka ściąga z parapetu mały tomik oprawny w foliową granatową okładkę. Zaraz potem ściąga coś co grzechocze jak korale. Usadawia się w znajomy mi sposób i układa na kolanach zdobycze z wyraźnym zamiarem ich użycia.

Otwiera tomik i zagłębia w nim wzrok, potem bierze drewniany różaniec.

 

– Przed chwilą się modliłaś. Może już wystarczy – oponuję ze śmiechem, widząc jak wertuje moją Biblię.

– Nie. Jesce jedno POMODLENIE. – wyjaśnia poważnie i unosi palec jak kropkę nad i. Zupełnie jak to mają w zwyczaju rasowi kaznodzieje.

 

Dzieci są lustrami. Łatwo się w nich przejrzeć.

Jak to dobrze, że czasem – zaglądając w głąb ich oczu – można odnaleźć tych lepszych siebie. I uśmiechnąć się. Zupełnie tym samym uśmiechem, jakim patrzymy na promień słońca, który przedarł się przez chmury.