Wielu nazwie to ciągiem zbiegów okoliczności, ale ja już dawno zrezygnowałam z używania tego określenia.
Bo to nie przypadek, że u zarania tegorocznego Adwentu – w poniedziałek, po zapaleniu pierwszej świecy na wieńcu – otrzymaliśmy wynik badania mojego męża, w którym odnotowano niepokojące zmiany w płucach. Po przejściu raka nerki, taki wynik brzmi jak wyrok: przerzuty.
Dwa tygodnie, jakie nastąpiły później były straszliwą walką z bólem, przerażeniem, rozpaczą, apatią. Były też największymi rekolekcjami.
Ciemność rozdzierana światłem Słów i znaków obecności.

Spałam co drugą noc, modliłam się nieustannie, a moje serce było zaciśnięte tak kurczowo jak piąstka małego dziecka, trzymającego się spódnicy matki.
I w tym wszystkim trzeba było normalnie żyć, chodzić do pracy, prowadzić lekcje, uśmiechać się do ludzi, grać komiczną rolę w spektaklu, nie dać po sobie nic poznać przed dziećmi.
Moje rozmowy z Nim.
Nieustanne.
Moje pytania i Jego odpowiedzi.
Moje tornado i Jego pokój.
Mój krzyk i Jego uspokajający szept.

„Jeszcze trochę. Jeszcze chwila. Przejdziesz to.” – mówił.
I przypominał mi tak częste sceny z mojego życia, gdy zasiadałam na dentystycznym fotelu. Bolesne leczenie kanałowe. A cierpliwy lekarz pochylony nade mną, widząc grymas bólu na twarzy, mówił łagodnie:
” Jeszcze chwileczkę. Wiem że boli, ale jeśli tego nie oczyszczę, nie będzie dobrze.”
” Jeśli tego nie oczyszczę, nie będzie dobrze Rut . Teraz tego nie możesz zrozumieć. Ale zrozumiesz to.”

I to nie przypadek, że w poniedziałek po niedzieli Gaudete (tej różowej, pełnej już świtu) dostaliśmy nową wiadomość. Wykluczyła podejrzenie rozsiewu choroby.
Serce wróciło do zwykłego rytmu.
* * *
Dwa tygodnie rekolekcji, które specjalnie dla nas przygotował sam Bóg.
Mocnych i łagodnych.
Piekący balsam, który leczy stan zapalny.
Coś chciał w nas zmienić, coś zeszlifować, wyrównać pagórki w naszym życiu, wyprostować drogi, które zmięły się jak wstążki.
Mógłby to robić latami, powoli, ziarnko po ziarnku, prawie niespostrzeżenie. Jak ktoś, kto próbuje rzeźbić w drewnie szlifując je papierem ściernym. I bywa, że On tak robi. Widzę to bardzo wyraźnie w moich dniach powszednich.
Ale czasem po prostu nie ma na to czasu i musi to zrobić jednym precyzyjnym, stanowczym uderzeniem dłuta.
Ból, jaki temu towarzyszy jest potworny, paraliżujący, odbierający zmysły.
Ale zaraz po tym, wiesz że było warto.
Stajesz na trzęsących się nogach, zlany potem i osłabiony walką, ale twoje spierzchnięte wargi mówią: „Dziękuję. Uratowałeś mnie.”
* * *
I to nie jest przypadek, że dwa dni temu w śpiewie przed Ewangelią usłyszałam jakby podsumowanie :
„Mądrości Najwyższego, która zarządzasz wszystkim mocno i łagodnie,
przyjdź i naucz nas drogi roztropności.”

Nawet jeśli to boli.