gotowość

– Myślałam mamo, że jestem przygotowana na śmierć cioci – szepcze Ala, przytulając się do mnie na kanapie.
Różowy koc otula nas miękko jakby chciał ukoić otarcia ostatnich tygodni.
Oczy mojej córki szklą się rosą tajonego dotąd bólu.
– Kiedy mi napisałaś, że ciocia umarła – opowiada mi dalej cichutko – byłam na wykładzie. Po chwili otworzyłam vibera i … – głos rozsypuje się jak rozbity kryształowy dzwoneczek. Na setki westchnień i tysiące szlochów.
Przytulam ją jeszcze mocniej, a strużka moich łez łączy się z jej łzami w jeden gorzki potok.
– Zakręciło mi się w głowie – mówi dalej, walcząc o każde słowo – myślałam, że zemdleję, Monika wyprowadziła mnie z sali, usiadłam na ławce i płakałam, a ona mnie pocieszała.
– Myślałam, że jestem gotowa – poskarżyła się niemal jak dziecko.
– Wszyscy myśleliśmy, że jesteśmy – powiedziałam.

„Memento mori” – mówią sobie nawzajem zakonnicy klasztorów o ścisłej regule. Za każdym razem, gdy się spotkają.
„Pamiętaj, że umrzesz bracie.”
Pamiętaj.
Od tych słów widmo śmierci blednie, oścień strachu przed nią tępi się jak ostrze kosy uderzające dzień po dniu o kamień.

Może powinniśmy sobie to co dzień powtarzać.
„Memento mori”.
Życie tutaj to tylko most pomiędzy. Nie możesz zamieszkać na moście.

* * *

Media prześcigują się w doniesieniach o postępie koronowirusa, ten temat zdominował w ludzkim rozmowach wszystkie inne, gdzieniegdzie wybuchła panika, półki w sklepach pustoszeją, włosy siwieją…

Pamiętaj, że umrzesz.

Patrzę na to wszystko wokół jak na wielkie rekolekcje. Widzę i słyszę jak pod paniką zaczynają w ludziach kiełkować myśli o tym, co w życiu jest naprawdę ważne. Mówią: zagoniliśmy się, za dużo chcieliśmy, po co gonić za bzdurami?…

W moim sercu nie ma paniki.
Może dlatego że nie mamy telewizora i nie śledzimy wydarzeń.
A może to właśnie śmierć Ewy sprawiła, że stępił się mój strach.

Może jednak niepostrzeżenie jesteśmy przygotowywani do naszej śmierci.
Przez odejścia bliskich nam osób, przez każdą chorobę, niedomaganie, klęskę taką czy inną, kolejną epidemię…

Czasem tak kurczowo trzymamy się barierki mostu, na którym stoimy.
Ktoś powoli rozluźnia uścisk naszych palców.

– Nie bój się. Ten most to nie kres podróży – mówi serce.

Non omnis moriar.

po drugiej stronie horyzontu

Jest taka piękna scena w którejś części
” Piratów z Karaibów”.
Statek płynący po wzburzonym morzu przechyla się niebezpiecznie na boki, fale przelewają się przez burty, wiatr rwie żagle. I nagle, jednym zwinnym ruchem łajba odwraca się dnem do góry i znika pod wodą.
A wówczas…
obiektyw kamery odwraca się o 180 stopni i…

okazuje się, że po drugiej stronie fal statek płynie nadal. Teraz już spokojny, w promieniach innego słońca.
Gdy zobaczyłam tę scenę pierwszy raz, zaparło mi dech z wrażenia.
Jak pięknie, w jednym przejmującym obrazie można ukazać tajemnicę naszej śmierci.
Podróż się nie kończy.
Płyniemy dalej.

Gobelin, który tkaliśmy całe życie, odwraca się na drugą stronę. Tę, na której widać jasno i wyraźnie wzór.

Więc nie jest aż tak ważne co zbudowaliśmy po tej stronie horyzontu, jakie imperia, majątki, stanowiska, pomniki… Ale ostatecznie liczy się to, co zbudowaliśmy TAM.
Nie jest istotne jak bardzo tu wywindowaliśmy się w górę, lecz jak silny i żywotny korzeń puściliśmy pod powierzchnią zwykłych spraw i codziennych zmagań.

Niewidoczna kotwica.

Miałam wielkie szczęście przez ostatnie trzy lata oglądać to misterium w życiu Ewy. Patrzeć i podziwiać jak intensywnie rozwija się jej wewnętrzny świat, jak sięga coraz głębiej, jak rozumie coraz jaśniej. Jakby już tu promienie tamtego Słońca rozjaśniały ją od środka.
Aż pewnego dnia była gotowa ujrzeć horyzont z drugiej strony.
* * *

Ktoś w ostatnich tygodniach życia zagadnął ją zaczepnie o kwestię istnienia Boga. Liczył na potyczkę słowną, zgrabną dialektykę, wymianę koronnych argumentów. Ewa była w tym dobra. Mistrzyni intelektualnej szermierki.
Ale tego dnia spojrzała tylko na rozmówcę i powiedziała: „Po prostu kocham”.
Nic więcej.
Odszedł wzruszając ramionami.

Myślę, że wtedy, właśnie wtedy jej statek zaczął ciążyć ku drugiej stronie. Był już gotowy na ten ostatni manewr – pełnego zanurzenia.
Niedługo potem zaczęła gasnąć.

„Panie, Ty wszystko wiesz. Ty wiesz, że Cię kocham.”

” Ja jestem miłego mego, a mój miły jest mój”.
Pobiegnę…

decyzja

Postanowiłam przywrócić do życia, to co przywrócić do życia potrafię.
Moje pelargonie.

Reszta spraw jest poza moim zasięgiem.
Mogę tylko wybrać: pragnę Jego woli czy swojej?
I wybieram Jego.
Suchym aktem woli.
Bez kalkulowania.
Nie szukając własnych korzyści. Ani sensu, bo ten wymyka się mojemu rozumowi jak strumień wody wymyka się z dłoni.

Nie muszę nic wiedzieć. Nie muszę nic rozumieć.

Jedyne co do mnie należy to wybrać: tak czy nie.
Kamyk biały czy czarny?
Urim czy Tummim?

I z moim wyborem w dłoni trwać przed Jego Obliczem.
Niewzruszenie.
Na tyle niewzruszenie, na ile pozwala mi na to moja kondycja.

A jestem tylko złotym liściem drżącym na wietrze.
On wie.
On rozumie.
On decyduje.
On kocha.

‌Ja zajmę się badylkami. On – całą resztą.
Złamanymi sercami, zwichniętymi skrzydłami, pożogą myśli…

‌ Ufam Tobie.

nadpalone skrzydła

Kiedyś, gdy paliłam w piecu, płomienie wybuchły mi prosto w twarz. Przypaliły mi rzęsy, brwi i włosy nad czołem. To cud, że nie uczyniły mi większej krzywdy. Nie wypaliły oczu. Nie poparzyły skóry. Nie zajęło się ubranie.
To był ułamek sekundy. Ciąg wsteczny.
Włosy odrosły po jakimś czasie, a ja stałam się ostrożniejsza.

Śmierć Ewy nie była ułamkiem sekundy. Jej umieranie trwało ponad miesiąc.
Przez ten miesiąc pożar strawił we mnie wiele. Moje ludzkie myśli, moje ludzkie plany, moje ludzkie rachuby, moje ludzkie pomysły. Emocje, marzenia, mądrości… Wszystko stanęło w płomieniach. Zwinęło się i sczerniało jak palące się zwoje papieru. I rozsypało się w pył.

Ewa odeszła we wtorek, a ja z kupką mojego popiołu w Środę Popielcową stanęłam w szeregu ludzi. I- może najbardziej w moim życiu gotowa na usłyszenie tych słów: ” Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”- skłoniłam głowę.

W takich chwilach jak ta płonie wszystko.
Wiesz już kim jesteś. A najbardziej wiesz KIM nie JESTEŚ.

Została we mnie tylko wiara. W Tego KTÓRY JEST.
Bo tylko ona przetrwa każdą pożogę.
Jak grudka złota w palenisku.

szukanie pociechy

Chodzę po wielkim sklepie w poszukiwaniu czegoś co mnie pocieszy. Zaglądam na półki, w witryny, kosze, lodówki.
Nic.

W menażerii świata, na jego wielkim targowisku nie ma ani jednej rzeczy, która mogłaby zapełnić puste miejsce po umierającym przyjacielu lub chociaż zakleić ranę serca, które broczy.
Wychodzę z pustymi rękami.
Noc szarpie połami mojego płaszcza.
Okłamujesz nas świecie, że masz antidotum na wszystko. Twoje barwne reklamy to tylko kreskówki bez znaczenia.
Nie potrafisz uśmierzyć żadnego bólu, ani uleczyć żadnej rany.

Prosta dębowa ławka kościoła wie od ciebie więcej. Wyklęczana kolanami tysięcy jak ja śmiertelników.

milczenie

Biorę do ręki zdjęcie w wąskiej złotej ramce. Na zielonym tle sadu, na kolorowym hamaku w paski rozwieszonym pomiędzy dwoma drzewami siedzą dwie kobiety.
Jedna, roześmiana patrzy prosto u obiektyw. Druga na wpół leżąc, ze złotymi włosami zwieszonymi z hamaka patrzy w zielony dach nad sobą.
Obie w objęciach przyjaźni i letniego ciepłego popołudnia.
To my.
Pół roku temu.
Ewa i ja.
Aleksandria i Antiochia, jak nas kiedyś nazwał nasz profesor.
Przez ostatnie ćwierć wieku jedna dla drugiej stała się skrytką, do których wkładałyśmy radości, smutki, tragedie i zachwyty. Bo przyjacielowi możesz oddać wszystkie swoje tajemnice, jak się wrzuca do studni grosz.
Dziś patrzę na to zdjęcie, a moje serce w spazmatycznym skurczu od wielu dni czeka.
To straszne czekanie. Długie i czarne jak polarna noc. Łzy nigdy nie stygną pod powiekami. Każda myśl, chwila, słowo, sen przysypane jakby warstwą popiołu.

* * *

Pisałam Wam kiedyś o Ewie.
Trzy lata temu, gdy zdiagnozowano u niej raka, prosiłam Was o modlitwę. Walczyła dzielnie przez cały ten czas. Coraz piękniejsza, coraz bardziej oswojona z cierpieniem, coraz bardziej gotowa na wszystko.
Od dwóch tygodni gaśnie.
Nie potrafię o tym pisać, a o niczym innym nie umiem na razie.

Proszę Was tylko o modlitwę.

Rut