Dziś, w godzinie miłosierdzia Ewa przeszła na drugi brzeg, w Ramiona Miłości.
Odeszła pełna pokoju.

Pamiętajcie o niej, proszę.
Kolejna witryna sieci „blog.deon.pl”
Dziś, w godzinie miłosierdzia Ewa przeszła na drugi brzeg, w Ramiona Miłości.
Odeszła pełna pokoju.

Pamiętajcie o niej, proszę.
Chodzę po wielkim sklepie w poszukiwaniu czegoś co mnie pocieszy. Zaglądam na półki, w witryny, kosze, lodówki.
Nic.
W menażerii świata, na jego wielkim targowisku nie ma ani jednej rzeczy, która mogłaby zapełnić puste miejsce po umierającym przyjacielu lub chociaż zakleić ranę serca, które broczy.
Wychodzę z pustymi rękami.
Noc szarpie połami mojego płaszcza.
Okłamujesz nas świecie, że masz antidotum na wszystko. Twoje barwne reklamy to tylko kreskówki bez znaczenia.
Nie potrafisz uśmierzyć żadnego bólu, ani uleczyć żadnej rany.
Prosta dębowa ławka kościoła wie od ciebie więcej. Wyklęczana kolanami tysięcy jak ja śmiertelników.
* * *

* * *
Biorę do ręki zdjęcie w wąskiej złotej ramce. Na zielonym tle sadu, na kolorowym hamaku w paski rozwieszonym pomiędzy dwoma drzewami siedzą dwie kobiety.
Jedna, roześmiana patrzy prosto u obiektyw. Druga na wpół leżąc, ze złotymi włosami zwieszonymi z hamaka patrzy w zielony dach nad sobą.
Obie w objęciach przyjaźni i letniego ciepłego popołudnia.
To my.
Pół roku temu.
Ewa i ja.
Aleksandria i Antiochia, jak nas kiedyś nazwał nasz profesor.
Przez ostatnie ćwierć wieku jedna dla drugiej stała się skrytką, do których wkładałyśmy radości, smutki, tragedie i zachwyty. Bo przyjacielowi możesz oddać wszystkie swoje tajemnice, jak się wrzuca do studni grosz.
Dziś patrzę na to zdjęcie, a moje serce w spazmatycznym skurczu od wielu dni czeka.
To straszne czekanie. Długie i czarne jak polarna noc. Łzy nigdy nie stygną pod powiekami. Każda myśl, chwila, słowo, sen przysypane jakby warstwą popiołu.

* * *
Pisałam Wam kiedyś o Ewie.
Trzy lata temu, gdy zdiagnozowano u niej raka, prosiłam Was o modlitwę. Walczyła dzielnie przez cały ten czas. Coraz piękniejsza, coraz bardziej oswojona z cierpieniem, coraz bardziej gotowa na wszystko.
Od dwóch tygodni gaśnie.
Nie potrafię o tym pisać, a o niczym innym nie umiem na razie.
Proszę Was tylko o modlitwę.
Rut
* * *

Catherine de Hueck Doherty
* * *
* * *

* * *
* * *

* * *
W gorącym morzu herbaty dryfuje płatek cytryny.
Ubrana w czerwony szlafrok, z kubkiem w ręku, wędruję z kuchni do salonu. To całe 11 metrów. Po drodze mijam białą komodę, która rok temu była jeszcze w kolorze miodowo- sosnowym, lecz wpadła w sam środek weny twórczej mojej i Ali i w ciągu jednej doby zmieniła image.
Jest teraz w odcieniu ciepłej bieli, z wyraźnymi śladami pociągnięcia pędzlem. Vintage.
Jest olbrzymia i mieści w sobie obrusy, świąteczne sztućce, filiżanki i inne tajemnice rodzinnego życia.
Gdy jednak tak przechodzę obok, mój wzrok przykuwa okazały por leżący na białym blacie komody.
Por? Tutaj?
Przerywam podróż do salonu. Zabieram pora i strzepuję drobinki ziemi z mebla.

Uśmiecham się.
Trochę do siebie, a trochę do Niego.
* * *
Absurdalne zdarzenia w naszym życiu.
Nieoczywiste kadry mijane po drodze.
Po co są?
Może tylko po to , by wybić nas z rytmu, sprowadzić z utartych ścieżek, przerwać banał, w którym lubimy sobie przysypiać jak w wygodnym fotelu.
Czy Bóg chce bym bezmyślne wpadła w rytm jak zegarek? Poniedziałek- piątek, poniedziałek- piątek. Tik- tak, tik- tak.
Czy posłał mnie tu, bym 70 lat chodziła wyświechtanymi drogami?
Czy dał mi banał zamiast życia? Bochomaz farbą olejną na kawałku pilśni?
Dlatego czasem pojawia się por na komodzie.
Pamiętaj po co tu jesteś Rut.
I pamiętaj po co nie jesteś.
Dlatego tak lubię nieoczywistości. Dlatego sama się nimi otaczam. Budzę się nimi do prawdziwego życia. Przywracam sobie jak oddech pełnię świadomości.
Reanimuję się nimi do bycia TU i TERAZ.
Lampka, którą zmontowałam z abażuru, starej karafki i nadmorskiego piasku.

Ile osób już szukało do niej włącznika. A ona nie świeci. Ma inny rodzaj blasku. Jest piękna. Po prostu.
Szyszka ukryta pod kopułką ze szkła jakby była cennym eksponatem w muzeum.

Rozgwiazda na talerzyku deserowym.
Pusta rama na ścianie.
Sztuczny ptak na prawdziwym drzewie.
Podkolanówki z koronką na nóżkach stolika jakby był podlotkiem.

Pamiętaj Rut.
Żyjesz naprawdę, choć nie traktuj wszystkiego zbyt serio.
* * *

* * *
uczę się czytać świat i zdarzenia i… wciąż okazuje się, że jestem jak przedszkolak, który składa kilka literek i sylab.
Sobotnie popołudnie.
W blasku choinkowych lampek, w aromacie pomarańczy sunącym szarą wstążką znad zapachowego kominka stojącego pośrodku kuchennego stołu. W objęciach Franka Sinatry mruczącego bożonarodzeniowe przeboje.

Styczniowe okna wciąż szybko wypełniają się ciemnym naparem nocy. Lalcia zasłania je szybkim ruchem i reszta naszego spektaklu rozgrywa się już za zaciągniętymi kotarami w różnokolorowe kwiaty.
* * *
Młodsze córki siedzą przy olbrzymim stole i rozprawiają nad przekrojonymi czekoladowymi biszkoptami. Ala miesza w małym garnuszku resztki świątecznych świec. Roztapia je w wodnej kąpieli żeby zrobić nowe światło.
– Może dodać olejku zapachowego? – zastanawia się głośno.
Kiwam głową i podaję jej fiolkę z napisem: „Zimnyj swiet”. Nasz ulubiony zapach.
Wlewa kilka kropli.

Stoję obok niej i mieszam w drugim garnuszku dwie tabliczki czekolady.
W ” Silent night” Franka wrzyna się jazgot uruchomionego miksera. Nusia ubija kremówkę na masę do tortu. Za chwilę dodam do niej atłasową lśniącą noc, którą mieszam zwykłą łyżką w zwyczajnym garnku.
Na sitku obok wypiętrzają się wiśnie.
Bo to będzie tort węgierski. Urodzinowy.

W przelocie jak ptak łykam czerwoną herbatę dosłodzoną miodem.
Sinatra – jedyny facet w naszym towarzystwie – zaplątany w girlandy anielskich chórków.
Wylewana do misy cienka strużka czekolady zapisuje coś w nieznanym języku.
Wosk zastygający w szklaneczce jak bladoróżowy poranek.
Wijące się loki córki.
Czekoladowe okruszki na żółtym obrusie w kratę.
Odrobina tortowej masy na czubku nosa Lalci.
Czy trzeba czekać na nadzwyczajne chwile?
Czy wystarczy je po prostu dostrzec.