błogosławieni

* * *

” Maryja (…) zgodziła się nie tylko dać Mu życie, lecz również śmierć.”

Caryll Houselander ( słowa i obraz)

* * *

Życzę Wam wszystkim i sobie samej odkrycia, że i w życiu i w śmierci należymy do Pana. On oswoił dla nas i życie z jego prozą i grozę śmierci.

Niech blask wypływający z grobu Zmartwychwstałego oświetli każdą ciemność, której doświadczamy.
Niech zmartwychwstaniemy razem z Nim.

Bądźcie błogosławieni:)

– z uśmiechem i modlitwą

Rut

mereżkowanie dni

Jako mała dziewczynka wychowywałam się wśród dni obiektywnie mrocznych: niedostatku, strachu, stanu wojennego, marzeń nigdy nie ziszczonych, choć niewyszukanych.
Było nas siedmioro drobiazgu i moi rodzice stawali na głowie, by zapewnić nam to, co najpotrzebniejsze.

A ludzie umieli wtedy dokonywać cudów na co dzień i na zawołanie. „Zrobić coś z niczego” nie było tylko pustym frazesem.
Na przykład pierogi z mięsem z resztek, których dziś ludzie nie dają nawet swoim rasowym psom ( moja mama chyba jak nikt inny rozumiała skalę cudu, gdy Jezus rozmnożył chleby i ryby). Sukienka ze starej zasłony. Spodnie uszyte z koca. Gumki do włosów z pociętej dętki. Nie przerażała gazeta zamiast papieru toaletowego, ani szkolna kanapka z jajecznicą.
Każdy nalewał z pustego, choć sam król Salomon ponoć tego nie umiał. I wszyscy umieli wszystko, bo nie święci garnki lepią.
Na biadolenie i użalanie się nad sobą po prostu brakowało czasu.

Moja mama lubiła piękne rzeczy i dekorować dom. Czasy były niepiękne, szare i plastikowe.
Pamiętam jak brała kawałek zwykłego materiału i wieczorami dorabiała wkoło mereżkę.
Tak, z czegoś zupełnie niepozornego, w jeden lub dwa wieczory, powstawał świąteczny obrus na stół.

My jako dzieci nigdy się nie nudziliśmy, choć nie mieliśmy Internetu, komputerów, a w czarno- białym telewizorze można było co najwyżej popodziwiać „małpę”, bo tak nazywaliśmy sygnał kontrolny emitowany przez większość doby. Mieliśmy niewiele zabawek, lecz milion pomysłów na zabawę, a dzień bywał za krótki, by je wszystkie zrealizować.
I nigdy w życiu nie przychodziliśmy do rodziców ze skargą: „Nuuudzę się. Co mogę zrobić? Wymyśl mi coś.”

Im mniej przedmiotów, tym więcej człowieka.
Nie rozumiemy dziś już tej starej prawdy i tylko w niektórych zakonach jeszcze się czasem nią żyje.
W niektórych i czasem.
Nie rozumiemy też już zupełnie, że to właśnie pochmurne i szorstkie dni kształtują nas najszybciej. Jak papier ścierny i pilnik docierają detale kunsztownych ornamentów. Nie wyrzeźbi nas spoczywanie latami na poduszkach z puchu.

* * *

Może właśnie to moje dzieciństwo nauczyło mnie dorabiać mereżkę do dni trudnych i szarych.
Każdy dzień potrzebuje takiego wykończenia – z kawałka miłości, odrobiny piękna, gestu czułości, skrawka śmiechu, kropli poezji, grama zabawy. Misternej lamówki, która – choć jest tylko wąskim paseczkiem – zmienia zwyczajność w odświętność.
– Jeden dzień jest podobny do drugiego. – stwierdził mój syn po paru dniach izolacji.
„Właśnie dlatego potrzebna jest mereżka – pomyślałam wtedy – coś innego, niezwykłego, co odróżnia jedną dobę od drugiej”.

Mereżka nie wymaga ani wielu nakładów, ani olbrzymiej pracy.
Ot, wykończenie niepozornego skrawka czasu, by stał się – mimo wszystko – wyjątkowym.
Poranny piknik kawowy z dorosłą córką na naszym wielkim łóżku, śpiewanie ludowych piosenek, bieganie po sadzie w dworskich sukniach z epoki ( okupione teraz zapaleniem pęcherza), kręcenie śmiesznych filmów, pieczone jabłka z kruszonką, rysowanie miniobrazków, dekorowanie kapliczki, zbieranie szyszek, golenie chłopaków prawie na zero ( wśród salw śmiechu i pomruków oburzenia), robienie zdjęć nieoczywistych, wieczorny seans filmowy, wyznaczenie stacji drogi krzyżowej na drzewach sadu,tetarzyk kukiełkowy, wspólne szycie, napisanie wiersza, przestawienie mebli, dwie blachy drożdżówek z jabłkami, obóz indiański na podwórku lub domek pod stołem…
Dziś to będzie wspólne oglądanie Wielkoczwartkowej mszy papieskiej i uroczysta kolacja na pamiątkę Ostatniej Wieczerzy.

* * *

Jakiś czas temu kupiłam obrus z mereżką w second handzie. Leży teraz na stole w naszej sypialni i co rano przypomina mi, że mam moc czynienia dni niezwykłymi. A z prawa do narzekania na monotonię i szarość życia ( jeśli takie prawo wogóle istnieje) nie muszę korzystać.

namiot z ciszy

Tyle rzeczy rodzi się w ciszy.

W ciszy otwiera sie pąk róży gęsto utkany,
szyszki u szczytów sosen pękają cichutko wysypując małe nasiona. To dźwięk tak miniaturowy, że gdyby nie otuliła go zupełna cisza, moje ucho nigdy by go nie wykryło.
W ciszy rodzą się zielone pędy. Rozcinają ciemne łono ziemi.
W tej ciszy, która tak nagle zaległa nad światem i we mnie, po raz pierwszy usłyszałam tupot mrówczych nóżek.
Zauroczyła mnie pieśń miodna pszczół krążących nad złotą kulą kwitnącej wierzby.

Słyszę niezawodnie każdy klucz kaczek, gęsi i żurawi przelatujący nad moją głową. I każdy klucz zgrzytający w zamku zdarzeń.
Słyszę przepływ krwi w moich żyłach, wartki potok myśli, ich szelest, kaskady.

I w końcu słyszę trzeszczące posady świata, pękające filary naszej epoki – ery ludzi, którzy łudzili się, że wiedzą już wszystko i ze wszystkim sami sobie poradzą, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych i wszystko przekalkulowali, a Boga uznali za bajkę dla naiwnych.

Trzeszczy świat.
Płonie na obrzeżach.
Wszystko stało się takie trudne i tak proste. Jednocześnie.
Najprostsze na świecie potrzeby: snu, miłości, pracy. Najpotężniejsze
pragnienia: oddychania, jedzenia, picia, Boga.
Nic więcej.
Poza tym tylko cisza jak wielki namiot.
Jest tak wielki, że dokładnie widzę jakich ja jestem rozmiarów.

* * *

Nucę cichutko pod nosem starą pieśń, której uczyła mnie babcia, gdy miałam parę lat. O Golgocie i jej ciszy. O skazańcu zawieszonym w milczeniu.
Już wtedy łamał mi się głos na każdej sylabie tej pieśni.

„Golgoto, Golgoto, Golgoto!!!
W tej ciszy daleki jest świat
w tej ciszy przebywam wciąż sam
Ty koisz mój ból,
usuwasz mój strach,
gdy widzę Cię Zbawco przez łzy.”

Teraz też mój głos grzęźnie i drży. Bo każdy dźwięk jest bezsilny wobec tak wielkiego milczenia, jakie znów zaległo nad światem.
Może w tej ciszy Ty i ja urodzimy się na nowo.

studnia czekania

Siedzę w sadzie, na starym betonowym korycie, z którego piły kiedyś owce mojego dziadka. Wtedy było wypełnione wodą, teraz jest puste, a na jego dnie rozgościły się mchy.

Siedzę jak Rebeka, Rachela, Sefora, Hagar, Samartynka i wiele biblijnych kobiet, które siedziały przy studni. Wiele z nich właśnie tam, przy zdroju swoich praojców znalazły to, czego szukało serce.
Tam zostały odnalezione. Przez swoich przyszłych mężów, przez Anioła, Boga. Jak zagubione bezbronne owce, czekające na drogę, którą pobiegnie dalej ich życie.
Czekam i ja.
Nie jestem tak cierpliwa jak one.
Ani tak święta.
Ale czekam, wypełniając czas modlitwą, pracą i Słowem.

* * *
Wszystko sprowadziło się do najprostszych rzeczy: ugotować dzieciom obiad, posprzątać, uprać pościel, zrobić porządki w ogródku. Zrezygnować z ambicji zrozumienia wszystkiego i wszystkich, zbawiania świata i ludzi. Głowienia się nad rzeczami, które przerastają moją głowę.

Jestem tylko kobietą siedzącą u studni. Z pustym dzbanem i słabymi ramionami.
Z moich dłoni spływa czerwona strużka. To mój różaniec.
Jestem tylko owcą, czekającą na Pasterza.
Z moich ran spływa czerwona strużka.
To tylko kolce.
Czekam.

Niby- landia

Ten tekst napisałam dawno temu, na jesieni tamtego roku. Kiedy jeszcze wszystko było inaczej.
Dziś trudno mi sklecić parę słów, więc
sięgnęłam do archiwum pamięci…

* * *

Pisze do mnie Ewcia.
– Zepsuło mi się żelazko. Muszę kupić coś nowego. Czy ta stacja parowa, która dostaliście od Ksawerego jest dobra?
– Od kiedy mamy stację parową, zrozumieliśmy, że wcześniej tylko wydawało się nam, że prasujemy.- odpowiadam szybko ?

* * *

Czasem przez większość naszych dni żyjemy w złudzeniu, że coś robimy. Lecz prędzej czy później przyjdzie dzień, gdy przejrzymy.
Wydaje się nam, że wiemy co to miłość
wydaje się nam, że rozmawiamy
wydaje się nam, że się spowiadamy
że się modlimy
że odpoczywamy
że jemy i pijemy
że zdobywamy mądrość
że ufamy
że coś posiadamy…

Lista naszych złudzeń jest długa.

Pewnego dnia rozsypuje się jak dziecięca wieża z klocków…

bo w budowli na niby nie możemy mieszkać naprawdę.