przygotowania pełną parą

 

Skutkiem przyjmowania chemii jest to, że Miś siwieje na potęgę.

– Będziesz jak święty Mikołaj – mówię, gdy opowiada mi o innych pacjentach z tej samej kolejki, po ten sam lek.

– Mają nawet siwe brwi i rzęsy? – pytam.

– Tak, białe jak mleko – odpowiada – Dwóch ma wielkie białe brody, jeden z nich robi na drutach coś z włóczki.

Tak więc jeszcze na to Boże Narodzenie mój mąż nie zdąży, lecz na następne z pewnością łudząco upodobni się do ulubionego świętego wszystkich dzieci:)

*  *  *

A tymczasem na stole kuchennym duża kartka wypełnia się listą świątecznych dań, ciast i marzeń o prezentach. Trwają dyskusje, co rusz ktoś nowy dorwie się do kartki i nanosi poprawki. Znamienne, że przy imieniu naszej świeżo upieczonej nastolatki pojawiło się pisane drukowanymi literami słówko: NIC ,

 

a obok niego – dla zupełnej jasności – wyrysowana została czarna dziura, czyli rysunek poglądowy dla tych, co by nieroztropnie pytali:

– Cóż to jest owe NICO?

Na szczęście, zaprawieni w bojach, nie pytaliśmy, lecz postanowiliśmy przeczekać tę fazę nihilizmu:)

No i …

– Jednak nie chcę NIC – oświadczyło wczoraj dziecię pogrążone w kiełkującym buncie nastolatka.

– Chcesz coś? – zainteresowaliśmy się usłużnie.

– Tak – odrzekło „pogrążone” – chwyciło kartkę i skorygowało zamówienie.

Chce jednak kominek do świec, czy raczej olejków zapachowych.

Ufff. Kamień z serca, a szyszka z sosny!

*  *  *

Śnieżkiem posypało, pomroziło, Ksawery już choinki wybrał z naszej plantacji do kościoła, nowy łańcuch czerwony kupiłyśmy z Alą, pierniki Miś zagniótł dziś rano gdyśmy jeszcze spali.

– Ożesz ty! – krzyknęłam, gdy ujrzałam brązowe brzuszysko ciasta w garnku – To ja od miesiąca słyszę pytania dzieci: „kiedy zagniatamy pierniki?”, a ty sam to zrobiłeś.

Uśmiechnął się tylko chytrze.

– Nie mogłem się powstrzymać – powiedział.

Tak, zbliża się czas, gdy serce będzie niepohamowanie rwało do przodu, a ciało próbowało jakioś nadążyć za porywami serca.

 

Jest coraz bliżej.

Już czuć ciepły oddech. Jak obłoczek pary na zmrożonym oknie.

 

 

nocne spacerki

 

Posiadam jakiś ósmy zmysł, w który pewnie wyposażonych jest wiele matek.

Otwieram oczy w ciemności natychmiast, gdy się zjawia obok. Staje tylko jak duch, nie dotyka mnie, nic nie mówi, patrzy, a przycisk w moim mózgu natychmiast się włącza.

Otwieram oczy.

– Na górze mysz szubruje – oświadcza natychmiast Lalcia – Idę spać do salonu.

I odmeldowawszy się w ten sposób, wywędrowuje z sypialni, potem słyszę skrzypienie rozkładanej kanapy i skok na łóżko. I znów zasypiam.

Są też inne dostępne wersje.

– Deszcz pada i stuka w okno.

– Coś biega po suficie.

– Komar mnie dręczy.

– Księżyc świeci.

– W schowku coś się przewraca ( ostatni odcinek serialu pt.”Nocny Marek”:)

Każdy powód dobry, by spać bliżej rodziców.

Gdy rano robię dochodzenie: o której? z jakiego powodu? i czy nie był zmyślony?

dziecię plącze się w zeznaniach.

– Ale tu też mysz szubruje od paru nocy – mówię – Dobrała się do kosza na śmieci.

– Tu mi nie przeszkadza – stwierdza.

– A dlaczego ta mysz ci nie przeszkadza?

– Bo od razu zasypiam.

🙂

 

Julia

 

Tak miło słyszeć jej śmiech.

Po tym wszystkim, co przeszła. Rozwód rodziców i ciągle awantury w domu, siedem lat ciężkiej choroby mamy, bezsenne noce, czuwanie, konflikty z ojcem, w końcu śmierć mamy.

 

A teraz słyszę jej perlisty śmiech z poddasza. Ona, jej narzeczony i Ala oglądają śpiewniki z naszego wesela.

Spodobał im się pomysł, by goście śpiewali ludowe piosenki.

Zaraz po śmierci jej mamy, zabraliśmy ją do domu mojej mamy, urządziliśmy jej pokoik z aneksem kuchennym, bo Julcia lubi gotować. Zabrała swoje rzeczy, klatkę z królikiem, nawet drewno do pieca. Potem zabrałam ją do lekarza i zapisałam na terapię psychologiczną, bo smutek wychodził z niej w dzień i noc jak trociny ze starego misia. Rozpoczęła terapię, bierze leki. Jest coraz lepiej.

– To moja czwarta córeczka – mówię, gdy ludzie pytają czy jesteśmy rodziną.

Za dwa lata Julcia wychodzi za mąż, planujemy wesele, szukamy sukni, oglądamy obrączki, które już kupili, podpowiadamy co i gdzie załatwić. Ala już wczuwa się w rolę druhny.

Czy to naprawdę ma jakieś znaczenie, że Julia nie jest naszą rodzoną córką?

 

Moja mama i Kora bardzo Julkę polubiły, jedzą razem śniadanka, dzielą się zupą, ciastem, gdy któraś coś ugotuje. Nawet kot babci i królik Julki żyją w zgodzie, choć daleko im jeszcze do przyjaźni:)

 

A Julka coraz bardziej się wycisza, rozkwita, czuje się bezpiecznie.

Jej śmiech płynący z poddasza jest jak kaskada czystej wody.

Uśmiecham się.

„Dziękuję” – mówię do Niego.

Tak niewiele trzeba, by podnieść człowieka.

 

studnia

 

Lubię spacerować po cmentarzu.

Jego pokój uśmierza każdą życiową pogoń, jego cisza narasta jak mech na starych pomnikach i kołysze serce w rytm wieczności. A serce chętne, podąża za tym tonem.

Ale przed tym dniem cmenatrz jest nieco inny: ludny, jak ul pełen ściszonego gwaru, ruchliwy. Słychać szelest odgarnianych liści, rozmowy rodzin spotykających się przy wspólnym grobie, ktoś z chrzęstem przegarnia małą gracką ziemię, grzechoczą stare znicze wymieniane na nowe, kołowrót starej studni skrzypi jękliwie przy każdym obrocie, woda chlupie w wiadrze, stuka o cembrowinę.

Nabieramy z Alą wody do mycia grobów.

Malutka dziewczynka stanęła zdumiona, zapatrzyła się w nas, zasłuchała w śpiew kołowrotu, zapomniała o mamie i tacie, którzy poszli dalej z naręczami chryzantem. Na wpół uśmiechnięta, na wpół zadumana, ze złotymi loczkami wokół główki.

Po dłuższej chwili wrócił tata.

– Co? – zapytał tkliwie – Zdziwiłaś się, że skrzypi? – wziął za rączkę, popatrzył jeszcze chwilę wraz z nią i pociągnął za sobą.

Tak.

Wszyscy się dziwimy malutka, że życie skrzypi, choć takie piękne. Z roku na rok coraz wyraźniej słyszymy to skrzypienie. Z roku na rok coraz bardziej porywa nas cisza. Jej urok jest zniewalający.

Zanim przerwie się sznur, zanim wiadro wpadnie do studni

 

Odchodzisz z rączką w dłoni taty.

Odejdziemy tak samo jak ty.

Trzymani za rękę.

 

 

 

pogoda lasu

 

„Pogoda lasu niech będzie z tobą” – pamiętam jak urzekł mnie ten wers wiersza, gdy byłam nastolatką. Usłyszałam go w radio. Był jak dobra wróżba na przyszłość, delikatne jak muśnięcie po twarzy błogosławieństwo.

Teraz pogoda lasu wisi nad moim dachem, wkrada się przez okna do środka domu, wita na progu szumem i świergotem.
Brama lasu, którą mijam w drodze jest skrząco – złota. Gdy przejeżdżam pod nią, sypie pod koła brokat liści. Łagodne złote fale omiatają moje auto i ledwo powstrzymuję serce, by nie pękło z wdzięczności.

Wszystkie odcienie złota: od czerwonego, przez pomarańczowe, różowe, spatynowane, zielonkawe, rdzawe aż po brunatne układają się w misterną płaskorzeźbę jesiennego lasu. Nie sposób dostrzec okiem wszystkich szczegółów, nie sposób przeniknąć zamysłu twórcy.


Może tylko to podpowiedziane wierszem Jego błogosławieństwo:

„Pogoda lasu niech będzie z tobą.”
Niech będzie zawsze
wszędzie
i z tobą.

 

 

dobrana para

 

Jedziemy rankiem we trzy do szkoły. Na dworze prawie mróz, ale w radiu skoczna muzyczka, więc nie zważając ani na porę, ani na oczy innych uczestników ruchu drogowego zaczynam pląsać w aucie.

Hania patrzy na mnie zza kołnierza kurtki. Oczy jej iskrzą śmiechem.

– Tata też wczoraj tak robił jak wracaliśmy – kwituje moje wyczyny.

– Jak to mówią: „trafił wariat na wariata” – odpowiadam i pląsam nadal niezrażona.

 

Ciężki los mają nasze dzieci z nami:)