Wczesnym rankiem śnieg za oknem jest jak rozlany atrament. Na nim odbity płomień świecy z kuchennego stołu.

Pijemy kawę z mężem, gawędzimy cicho, za naszymi plecami stare angielskie kolędy w pięknym wykonaniu. Za chwilę zejdą dziewczynki, wyjedziemy w nowy dzień, otworzymy go jak bramę…
Możemy być światłem dla zimnego świata.
Każdy z nas, w którym tli się choć mały płomyczek dobra. Każdy najmniejszy gest miłości jest jak odrobina soli sypnięta na lód. Wszystko odtaje, na nowo ożyje, zakwitnie.

Na stole ciepły jeszcze chleb pachnie. Syty sytością niedostępną chlebom kupowanym w sklepach. Znowu zaczęłam go piec. Na zakwasie.
– Gdy go zjem, nie jestem głodny przez długi czas – mówi mężulek.
I od razu słyszę jakby z oddali głos inny, lecz równie dobrze znany i miłowany:
” Dam Ci innego chleba… Kto go spożyje, nigdy łaknąć nie będzie.”
Możemy być chlebem dla świata, przesycać go na wskroś smakiem miłości. Drobnymi jak okruszki gestami.
Takie myśli pojawiają się przy ostatniej adwentowej świecy. Wraz z tęsknotą topiącą się jak wosk.

Przyjdź!
Słupie ognia nas prowadzący. Z Ciebie każda nasza iskra oświetlająca atramentowy świt.
– Wszystko jest gotowe, by nastał poranek. I uczta gotowa. – mówisz.
Wierzę Ci, zanurzona w kipieli nocy. Głodna.




















