* * *

Kolejna witryna sieci „blog.deon.pl”
* * *

* * *

Na obrzeżach naszego miasteczka widnieje wielce sugestywna reklama:
ZAKUWANIE WĘŻY
Za każdym razem, gdy przejeżdżamy obok, rozbawia nas niesamowitymi wizjami, jakie natychmiast zaczynają snuć się po głowie.
– W kajdany je zakuwają ? – śmieje się Alusia.
– Raczej w zbroję – mówię – Wyobrażasz sobie takiego węża w pełnym rynsztunku?
Prychamy śmiechem.

W Pacanowie kozy kują, ale co to za sztuka w porównaniu z zakuwaniem węży:)
lub z rozgrzewaniem wyobraźni do czerwoności;)
* * *

Mam poisencję, czyli gwiazdę betlejemską. Kupiłam ją rok temu na święta. Pięknie kwitła ( choć specjaliści oczywiście powiedzą, że to nie kwiaty lecz ozdobne liście u szczytu pędów:) aż do marca. Potem ją przycięłam i zostawiłam w spokoju.
Teraz, gdy nasze dzieci coraz częściej gawędzą wieczorami o choince, Mikołaju i pierniczkach, a nawet – o, zgrozo! – Lalcia puszcza już kolędy w wykonaniu Sinatry, moją głowę nawiedziło pytanie: Co zrobić, by moja gwiazda znowu pięknie zakwitła na święta?
Poradziwszy się dziadka Internetu, szybko znalazłam odpowiedź na moją interpelację.
Otóż – trzeba gwiazdce odciąć źródło światła, jakiegokolwiek światła!!! Na co najmniej 14 godzin dziennie.
Zabrać gwieździe światło brzmi tak samo brutalnie jak wyprać błękit nieba w wybielaczu lub odciąć dopływ powietrza człowiekowi.
Ale gwiazda betlejemska to ” kwiat krótkiego dnia” i nie będzie piękna jeśli dzień się przedłuży.

* * *
Znam kilka osób o bardzo trudnej historii życia. Dorastały w mroku, otrzymując światło z rzadka i w małych ilościach. A jednak są piękne, wyjątkowe i kwitną feerią barw.
W moim życiu też zdarzały się długie nieprzeniknione noce.
Tylu świętych rosło w mroku.
Myślę o tym, wkładając moją poisencję pod taboret i przykrywając kocem, by nie dotarł do niej żaden promień światła. Zakazany jest nawet blask świecy. Nawet taka porcja światła zakłóci jej dojrzewanie.
Noce.
Może są większym darem niż podejrzewamy.
* * *

Czy czujecie się dobrze sami ze sobą?
W samotności?
Ja bardzo.
Te chwile w ciągu dnia, nieliczne lecz jednak, sprawiają jakbym odżywała, jakby na nowo ze zdwojoną siłą tryskało źródło gdzieś głęboko ukryte. Bywa, że wśród zawieruchy i łoskotu życia codziennego je gubię. Bywa, że przywalone mnóstwem spraw, znika jak pod stertą kamieni.
Lecz wystarczy parę minut, godzina o poranku, nocna cisza, gdy leżę z zamkniętymi oczami zanurzona we śnie moich najbliższych i…znowu jest. Niezłomne, śpiewające źródło mojego życia.

Szybko odzyskuję nadwątlone siły, źródło wtłacza w moje żyły radość, wymywa z myśli gryzący piasek, przemywa oczy bym widziała jasno…
Lecz to moje źródło mogę odkryć tylko samotnie, w ciszy. To samotna wyprawa na kraniec mojego świata.
Tyle razy śpiewa we mnie werset psalmu: ” W Tobie są wszystkie me źródła” – jeden z najpiękniejszych i najbardziej ożywczych, jakie znam.

Tak bardzo potrzebuję tych złotych chwil u źródła, w samotności, gdzie już nie trzeba się modlić, bo każdy oddech i trzepot powieki jest modlitwą, a szmer krwi w żyłach – rozmową z Nim.
* * *

– Maminko okrąglinko – mówi do mnie dziecię najmniejsze, łasząc się jak kot.
– Ale ja nie mam nic okrągłego za wyjątkiem głowy – śmieję się.
– To nic. I tak jesteś maminką okrąglinką – oświadcza Lalcia.
Sama wyżej wymieniona z dnia na dzień robi się coraz bardziej podobna do mnie. Znikają krągłości, rysy wydłużają się i gdy spojrzę na nią znienacka, zawsze staję zdumiona jakby spojrzała w lustro.
„Mała Rut ” – szepcze mi wtedy w głowie.
– Chyba będziesz najbardziej podobna do mnie ze wszystkich dzieci – mówię.
– Tak, a jak się urodziliśmy to wszyscy byliśmy podobni do taty – zauważa Laurka – Choć Adam mówi, że do różowych prosiaków – dodaje.
Zaczynam się śmiać.
Wyszło na to, że tata i różowy prosiaczek są jak bracia łudząco podobni:)

– Ummm maminko – mruczy Lalcia nad słoikiem korniszonów – Te ogórki są nawet lepsze niż czekolada.
– Ale nie wyjadajcie wszystkich przed zimą!!! – protestuję widząc, że ze spiżarki został wyciągnięty kolejny słoik specyjału.
– Powiem ci – mówi mężulek, wgrazając się z chrzęstem w ogórka – że wyszły ci lepsze niż twojej mamie.
– Naprawdę? – niedowierzam.
– Naprawdę, pobiłaś swoją mamę.
W tym momencie zalewa mnie błogość, jaka z pewnością ogarnia każdego stojącego na podium z cyfrą 1.

Lecz żeby zrozumieć ten mój błogostan, trzeba wiedzieć, że za mną lata syzyfowej pracy, by robić ogórki w occie tak dobre jak moja mama, czyli niedoścignione.
Oczywiście przepis brałam od niej wielokrotnie i trzymałam się go ściśle ( jak nie ja, bo zwykle w kuchni wszystko robię na oko:) i… co roku była klapa. Ogórki ani chybi zbiesiły się, bo nigdy nie wyszły jak trzeba lub nie wyszły wcale.
Ale nie poddawałam się ( jak to ja, bo prawie nigdy się nie poddaję) i oto nadszedł ten oto dzień wiekopomny, gdy rodzina uznała, że wspięłam się na szczyty geniuszu korniszonowego i zrobiłam ogórki lepsze niż moja mama!
Może więc nadejdzie i ten dzień, gdy zrobię bułeczki drożdżowe lepsze niż Babcia Rubaszna, a georginie wyhoduję wyższe niż Babcia Niebieska.

* * *
Po to tu wszak jesteśmy, by być coraz lepszymi.
Lepszymi niż nasi ojcowie i dziadowie, mądrzejszymi, świętszymi. By świat nie staczał się wraz z każdym pokoleniem lecz rósł i piękniał, wznosił się jak balonik w górę.
Po to tu jesteśmy.
Każdym naszym krótkim życiem, maleńkim krokiem, drobnym gestem dorastamy coraz bardziej do miary człowieczeństwa zamierzonej przez Boga.

Bo słoik korniszonów wybitnie udanych to tylko przypowieść o czymś ważniejszym. Jak prawie wszystko na tym świecie.