jak dobrze…

 

– To dobrze, że wam się udało – głos Stasi zwija się w ciepłe nutki jak miękki koci ogon. – Że znaleźliście to miejsce, że stworzyliście tu dom,że wam tu dobrze.

Stasia z mężem wpadli na chwilę z dzbankiem świeżo wyciśniętego soku z koszteli. Chwila przedłużyła się w minuty, a potem przerodziła w ponad-godzinkę. Wypełniła się oglądaniem podwórka, domu, szczegółów, szczególików, prezentacją pieca do pizzy, rozmowami, śmiechem, szarlotką, sokiem z malin…

– Szarlotkę przywiozła Julcia, i sok z malin sama robiła – chwalę naszą przybraną prawie czwartą córkę – Spróbujcie ciasta i zgadnijcie co dodała, że jest takie dobre.

Goście robią dochodzenie, ale ostatecznie sama muszę im ujawnić sekret przepisu.

Odrobina mielonych goździków! Oczywiście oprócz tradycyjnego cynamonu.

Śmiejemy się. Wymieniamy przepisami.

Jesteśmy tu sąsiadami prawie przez miedzę, ale – mimo wielokrotnych zaproszeń i solennych zapewnień – dopiero teraz, po czterech latach, o wrześniowym zmierzchu, z dzbankiem soku zawitali w nasze progi.

– Pięknie macie, dobrze, że wam się to udało – znowu powtarza Stasia.

– I wam się udało – mówię – też zrobiliście taki piękny dom.

– I też z obory – śmieją się.

Potem odkrywamy także to, że i my i oni jesteśmy bez- fejsbukowcami, nie mamy TV, lubimy stare meble z duszą, Sinatrę, dużo światła, ciszę. I przy drzwiach domu mamy taką samą tabliczkę głoszącą, że to jest nasze szczęśliwe miejsce.

– My dostaliśmy naszą w prezencie – śmieje się zaskoczona Stasia.

– A ja naszą kupiłam w szmateksie – mówię.

Wpadają roześmiane Ala i Julcia. Były w lesie i na dnie koszyka pokazują trzy kurki i grzyba dziwoląga.

– O, ten jest smaczny! – wykrzykuje Stasia – To kozia broda.

 

Dziewczynki ozdabiają schody wieńcem z poczerwieniałych liści winobluszczu.

– Drzewa w lesie wyglądają tak pięknie, winobluszcz się po nich wspina, ma pomarańczowe i czerwone liście – opowiada Julka.

– Mamo, daj jeszcze nożyczki. Pójdziemy po kwiaty do wazonu – mówi Ala.

Wychodzą, słyszę przez uchylone okno, że bawią się z kotami.

Świat na zewnątrz szybko ciemnieje, a w środku domu światło, potoki śmiechu, rozmowy wartkie jak rzeki. Patrzymy sobie w oczy ponad stołem, pijemy sok, jemy ciasto i lody.

 

Jak cudownie, że się udało. Nam wszystkim.

Miło to usłyszeć i miło móc powiedzieć.

Pod koniec dnia, roku, życia…

 

 

muzyka

 

– Czy w tym domu musi ciągle grać muzyka? – zapytała mała Helenka, Łyżeczkowa córeczka.

Zaskoczyła mnie tym pytankiem tak samo jak gdyby ktoś zapytał: czy świerszcze muszą „świerszczyć” w trawie? lub czy słońce musi wisieć na niebie?

*  *  *

Tak, w naszym domu niemal nieustannie brzmi muzyka i jakoś nie umiemy sobie tego miejsca wyobrazić inaczej. Rozmawiamy zanurzeni w potoku muzyki, odpoczywamy, śmiejemy się, książki czytamy, siadamy przy stole, sprzątamy, czasem potok porwie nas i zatańczymy na środku pokoju. Muzyka zwykle cichnie tylko w nocy.

Tak jest od zawsze, od lat, od kiedy pamiętam. W poprzednim domu też.

 

Czasem jednak dopiero celnie zadane pytanie uświadamia nam, że jakiś potok płynie u naszych stóp i że jego wodami odżywiamy olbrzymie obszary naszego życia.

– Nie rozumiem domów, w których nie ma muzyki – powiedziała ostatnio Laurka.

Mogłabym dodać : nie rozumiem także tych, gdzie ludzie się nie śmieją, nie droczą, nie rozmawiają, nie zasiadają wspólnie do stołu, nie gawędzą co wieczór na wielkim łożu rodziców, nie czytają, gdzie na stole nie leży obrus, gdzie nie ma kwiatów w wazonach i nie pachnie praniem i ciastem …

 

I możnaby tak długo wyliczać, bo dom wszak zbudowany jest z wielu cegiełek.

A wszystkie ważne. I wystarczy, że wypadnie tylko jedna, a wiatr wdziera się do środka i straszy zimnem.

 

 

lekcje

 

Zauważyłam to już wiele razy, że by z pasją mówić, potrzebuję najpierw dużo i głęboko milczeć.

By pisać, potrzebuję zanurzyć się w ciszy bez słów.

Dwa strome brzegi, pomiędzy którymi rozpina się moje  życie.

By zachwycić się kolorami i światłem, musimy przeżyć ciemność i noc.

By żyć w pełni, musimy naprawdę gdzieś głęboko umrzeć w sobie.

By móc nawiązać dobre relacje, trzeba umieć odejść w samotność.

Trudno jest udzielić pomocy, jeśli sam nie przeszedłeś krzyżowej drogi.

Trudno komuś coś radzić, jeśli nie bywałeś bezradny.

*  *  *

Więc tak naprawdę to milczenie, noc, umieranie, samotność i krzyż i słabość uczą nas życia.

 

 

koszyk patyków

 

Z wakacyjnych wspomnień…

 

– Wciąż mnie to facynuje – mówi Marzanka – jeden koszyk wiórków i jest gorąca woda dla całej rodziny.

Niesiemy obie ten koszyk, a właściwie mój stary pojemnik na pranie, który tego lata nieopatrznie przejechałam autem i teraz już się nadaje tylko do drewna:)
Niesiemy. Marzanka za jedno ucho, ja – za drugie.
Tak, u nas nie ma lekko: naszych gości też zaprzęgamy do roboty;)
Potem, już w kotłowni przepasuję wielki czarny fartuch i zaczynam ładować drobne ścinki drewna do pieca. Aż pod sam wierzch jego pękatego brzuszyska. Marzanka mi asystuje z progu i patrzy jak podkładam na wierzch ogień, odpowiednio ustawiam szczeliny, wsłuchuję się w trzaski i mruczenie pieca.

Z czasem zna się już każdy dźwięk i wie co oznacza, bo piece też mają swój język i swoje humory.
– Pachnie jak z ogniska – mówi Marzanka.
– I już – mówię odpasując fartuch – za pół godziny będzie gorąca woda.
– Fascynujące. Z koszyka wiórków. – powtarza znowu.

*  *  *

Tak, życie może być tak proste.


Mleko od krowy, jajka od kury, gałązki z lasu i sadu, ciepło z nich. Miłość z rozmów, dobroć z serca, życie powstaje w łonie matki. Jagody są z lasu, śliwki z sadu, dzieci – z dwojga ludzi. Zboże jest z pola, chleb – z mąki, pokój z szumu liści, radość z trzepotu motylich skrzydeł, ukojenie w piosence świerszcza. Słodycz jest z jabłek, gorycz z piołunu, kwaśne są listki dzikiego szczawiu.

 

Życie może być proste. Nie łatwe, lecz proste.
Jeden koszyk patyków daje ciepło,  jeden człowiek może przemienić cały świat. Na lepszy lub gorszy, cieplejszy lub bardziej skuty lodem – to już nasz wybór.


 

galaretkowo

– Lalciu, pomożesz tacie w warsztacie, bo Adaś się uczy?

– No – zwięźle odpowiada dziecię i wyłania się u szczytu schodów, po czym kulejąc schodzi w dół.

– Czekaj – wzdycha – Bo sobie nogę odsiedziałam – tlumaczy.

– Acha – wykrzykuję – Skutki uboczne siedzenia „na komórce”.

Uśmiecha się znacząco.

– Nogę mam teraz jak taki ŻELEK – ujawnia, śmiejąc się.

Grunt to trafne metafory. Jakże osładzają ludzki los:)

 

 

pojemność dni

 

Obiektywnie dni skracają się, słońce zapada w sen coraz rychlej, zmrok zakrada się coraz wcześniej.

Ale tak jest tylko obiektywnie, bo naprawdę nasze dni stają się coraz większe, obszerniejsze, pełniejsze, wyładowane pokaźnymi wydarzeniami i drobnymi wydarzonkami jak wagoniki węglem.

Dni jak tygodnie, godziny jak lata, sekundy nabrzmiale jak dojrzałe owoce…

Gdy wieczorami patrzę za siebie z kołyszącej się łodzi snu, trudno mi nawet wyliczyć wszystko, co zdarzyło się minionej doby. I nie wiem: czy to my za duże tempo sobie narzuciliśmy, czy też życie samo nas wkręciło?

A wolniej nie będzie. Bo oto rok szkolny przebudza się i poziewuje rozgłośnie.

*  *  *

Oto dopiero godzina 7 rano, a mój mąż już odbył daleką podróż na wizytę kontrolną i badania( drugi miesiąc już bierze chemię i czuje się bardzo dobrze), a ja siedzę i czekam na murarza, który dziś po tygodniowej przerwie wraca na naszą budowę.

Za chwilę wszystko się rozkręci, świat zawiruje… Tyle zaplanowane, a pomiędzy tym przewidzianym pojawi się jeszcze tyle niespodzianek i zdumiewających wolt akcji.

Gołębie modlą się monotonnie nad naszym zielonym dachem, spadają jabłka z drzewa, z łopotem lecą w dół olbrzymie jak skrzydła liście paulowni, kawa stygnie na dnie kubeczka…

Muszę łapać takie drobne krople rosy, ułamki czasu, ćwierć- oddechy, by dojść, gdzie dojść powinnam.

*  *  *

Gdzie to się wszystko mieści? W jednym malutkim dniu, który jest jak mrugnięcie Bożego oka?

Gdzie to się wszystko mieści? W jednym ludzkim życiu, tak krótkim jak istnienie kwiatu na polu i trawy na łące?