Po dniach ciemnych i ponurych znów budzi cię ranek, gdy światło tańczy zalotnie na źdźbłach traw, kotka czarno- biała przeciąga się rozkosznie na ciepłym parapecie, wiatr trąca delikatnie wciąż jeszcze zielone liście wisterii.
Wszystko jest jak trzeba i jak powinno być.

Znów pijesz swój kubek kawy, a w głowie roją się marzenia, że kiedyś…, że jutro…
„To nie jest niemożliwie, by jeszcze kiedyś było normalnie” – myślisz, choć od czterech tygodni nie czujesz smaków i zapachów, a kawa, którą pijesz to gorąca czarna ciecz – widmo prawdziwej kawy.
* * *
Twoja babcia przeżyła wojnę, okupację, epidemię cholery dziesiątkującą ludzi; do dziś cmentarze tych, którzy wtedy pomarli stoją cicho w lesie. Potem komunizm, strach, biedę, głód, poniżenie.
Twoi przodkowie nieśli na barkach ciężary, które powinny były wbić ich nadzieję głęboko w pył.
Wszystko przeszli, przetrwali, a nadzieja wybiła nowym zielonym pędem wysoko w górę. Wbrew wszystkiemu.
Patrzą teraz swoimi poważnymi ciemnymi oczyma ze zdjęć w złotych ramkach.

Gdy modlę się na antresoli, mam ich wszystkich przed sobą, jakby wyczekujących z nadzieją na moją odpowiedź.
Ich twarze mówią: „Rut, nie jesteś gorsza. Nie mniej silna niż my, nie mniej odważna. Wykuta z naszego potu, krwi i łez, jak my odporna.
Przejdziesz każdą noc.”
– Pamiętasz? – pyta Babcia Niebieska uczesana na gładko – mówiłam ci kiedyś jak bardzo pragnęłam napić się kubka mleka, ale nie było mi wolno, bo mleko było tylko dla licznego młodszego rodzeństwa. Bieda była straszna.
– Mój dom rodzinny zajęli Niemcy – wchodzi jej w słowo Babcia Rubaszna z kocim – jak mój – uśmiechem na ustach – Wypędzili nas stamtąd jak robactwo, potem dom okadzili jakimś dymem, bo bali się tyfusu.
– Kiedy wróciłem z niewoli, nigdy o niej nikomu nie opowiedziałem. – odzywa się siedzący na koniu żołnierz, dziadek mego męża – Samo wspomnienie tego, co się tam działo mogło odebrać rozum, więc milczałem.
– Mój mąż umarł szybko, sama zostałam z czterema córkami – zwierza się kobieta z czarnymi jak węgiel oczami. Wokoło niej jak kurczęta małe dziewczynki z jasnymi kokardami we włosach. Najstarsza z nich to moja teściowa.

– Kiedy przyszli po mnie, moja matka oddała wszystko, co miała żeby mnie nie zabili – wspomina mój dziadek.
– Kazali wsiąść na wóz i zabrali nas. Zeskoczyłam obok pola i pognałam w wysokie zboże. Strzelali za mną długo, ale ja byłam szybsza niż karabiny. – mówi jeszcze Babcia Niebieska
– Miałem 54 lata córko, kiedy musiałem odejść zostawiając was i wszystko – szepcze mój tata ubrany na zdjęciu w komunijne ubranko.
– Wyszłam do nich trzymając za rączkę małego synka, a drugą ręką osłaniałam mój wielki brzuch, w którym mieszkał drugi. – opowiada uśmiechnięta staruszka, prababcia moich dzieci – Mój mąż był ukryty w piwnicy pod podłogą. Gdybym wtedy nie wyszła na próg domu, Niemcy pewnie przeszukali by wszystko i go znaleźli. A tak…zabrali tylko konia. Tak się bałam.
* * *

Kiedyś nastanie taki ranek, gdy powietrze wciągniesz głęboko w płuca, wiatr zaigra w twoich myślach, obok ciebie zasiądą twoje wnuki i powiedzą: „Babciu, opowiedz jak żyliście, gdy była pandemia, gdy ludzie i morza zawrzały, a świat rozsypywał się na kawałki jak skrawek papieru rzucony do ognia . Opowiedz babciu.”
A ty uśmiechniesz się do wyblakłych już wspomnień i powiesz im: „Bądźcie zawsze odważni i z Bogiem. Wszystko możecie przejść. Wszystko. Jak wszyscy inni przed wami.”
* * *
Bo wody mogą wystąpić z brzegów, i ludy oszaleć, bo wszystko może lec w gruzy, z tego, co zbudowały nasze ręce i każdy pomnik można podeptać. Bo mogą zniknąć narody, a nasza mądrość nas zawieść, bo wielu z nas może zginąć i pewnie zginie, ale…
… nadzieja, że kiedyś przyjdzie poranek jasny i czysty zostanie.
I że ktoś go ujrzy.

I nawet jeśli to nie będę ja, będę wiernie czekać.
Jestem z narodu, który – jak żaden może inny na świecie – umie czekać na świt.