obdarowanie

W dniu, w którym po sześciu tygodniach zaczynasz czuć smaki, znaleźć – mimo połowy listopada – cztery dojrzałe poziomki. Zjeść jedną, rozkoszując się smakiem, a pozostałe trzy oddać córeczce.


I wiesz na pewno – te poziomki, akurat dzisiaj, to nie przypadek.

Dostrzegać… każdy Jego uśmiech, każdy gest, każde filuterne mrugnięcie okiem. 

Być światłoczułym jak klisza.

 

 

 

 

zaprowadzanie ładu

Największy zamęt na świecie pokonać można najprostszymi z rzeczy:

 

białymi firankami w oknie,

zapachem obiadu,

  • dzbankiem gorącej herbaty parującym na stole,
    bukietem kwiatów.


Muzyką płynącą jak strumień po kamieniach,
uśmiechem,
pachnącą praniem nową pościelą,
ładem zaprowadzonym w kuchennej szafce,
mruczeniem pralki,
przekładaniem czerwonych paciorkow różańca,


poskładaniem koców,
strzepnięciem okruszyn ze stołu,
dołożeniem szczapek drewna do pieca, by dom wypełnił się ciepłem,
uczesaniem włosów córeczce.


Chaos na świecie ujarzmia się prostymi gestami codziennego życia.

 

nadzieja wyczytana z ich oczu

  •  

Po dniach ciemnych i ponurych znów budzi cię ranek, gdy światło tańczy zalotnie na źdźbłach traw, kotka czarno- biała przeciąga się rozkosznie na ciepłym parapecie, wiatr trąca delikatnie wciąż jeszcze zielone liście wisterii.
Wszystko jest jak trzeba i jak powinno być.


Znów pijesz swój kubek kawy, a w głowie roją się marzenia, że kiedyś…, że jutro…
„To nie jest niemożliwie, by jeszcze kiedyś było normalnie” – myślisz, choć od czterech tygodni nie czujesz smaków i zapachów, a kawa, którą pijesz to gorąca czarna ciecz – widmo prawdziwej kawy.

* * *
Twoja babcia przeżyła wojnę, okupację, epidemię cholery dziesiątkującą ludzi; do dziś cmentarze tych, którzy wtedy pomarli stoją cicho w lesie. Potem komunizm, strach, biedę, głód, poniżenie.
Twoi przodkowie nieśli na barkach ciężary, które powinny były wbić ich nadzieję głęboko w pył.
Wszystko przeszli, przetrwali, a nadzieja wybiła nowym zielonym pędem wysoko w górę. Wbrew wszystkiemu.
Patrzą teraz swoimi poważnymi ciemnymi oczyma ze zdjęć w złotych ramkach.


Gdy modlę się na antresoli, mam ich wszystkich przed sobą, jakby wyczekujących z nadzieją na moją odpowiedź.
Ich twarze mówią: „Rut, nie jesteś gorsza. Nie mniej silna niż my, nie mniej odważna. Wykuta z naszego potu, krwi i łez, jak my odporna.
Przejdziesz każdą noc.”
– Pamiętasz? – pyta Babcia Niebieska uczesana na gładko – mówiłam ci kiedyś jak bardzo pragnęłam napić się kubka mleka, ale nie było mi wolno, bo mleko było tylko dla licznego młodszego rodzeństwa. Bieda była straszna.
– Mój dom rodzinny zajęli Niemcy – wchodzi jej w słowo Babcia Rubaszna z kocim – jak mój – uśmiechem na ustach – Wypędzili nas stamtąd jak robactwo, potem dom okadzili jakimś dymem, bo bali się tyfusu.
– Kiedy wróciłem z niewoli, nigdy o niej nikomu nie opowiedziałem. – odzywa się siedzący na koniu żołnierz, dziadek mego męża – Samo wspomnienie tego, co się tam działo mogło odebrać rozum, więc milczałem.
– Mój mąż umarł szybko, sama zostałam z czterema córkami – zwierza się kobieta z czarnymi jak węgiel oczami. Wokoło niej jak kurczęta małe dziewczynki z jasnymi kokardami we włosach. Najstarsza z nich to moja teściowa.


– Kiedy przyszli po mnie, moja matka oddała wszystko, co miała żeby mnie nie zabili – wspomina mój dziadek.
– Kazali wsiąść na wóz i zabrali nas. Zeskoczyłam obok pola i pognałam w wysokie zboże. Strzelali za mną długo, ale ja byłam szybsza niż karabiny. – mówi jeszcze Babcia Niebieska
– Miałem 54 lata córko, kiedy musiałem odejść zostawiając was i wszystko – szepcze mój tata ubrany na zdjęciu w komunijne ubranko.
– Wyszłam do nich trzymając za rączkę małego synka, a drugą ręką osłaniałam mój wielki brzuch, w którym mieszkał drugi. – opowiada uśmiechnięta staruszka, prababcia moich dzieci – Mój mąż był ukryty w piwnicy pod podłogą. Gdybym wtedy nie wyszła na próg domu, Niemcy pewnie przeszukali by wszystko i go znaleźli. A tak…zabrali tylko konia. Tak się bałam.


* * *



Kiedyś nastanie taki ranek, gdy powietrze wciągniesz głęboko w płuca, wiatr zaigra w twoich myślach, obok ciebie zasiądą twoje wnuki i powiedzą: „Babciu, opowiedz jak żyliście, gdy była pandemia, gdy ludzie i morza zawrzały, a świat rozsypywał się na kawałki jak skrawek papieru rzucony do ognia . Opowiedz babciu.”
A ty uśmiechniesz się do wyblakłych już wspomnień i powiesz im: „Bądźcie zawsze odważni i z Bogiem. Wszystko możecie przejść. Wszystko. Jak wszyscy inni przed wami.”


* * *
Bo wody mogą wystąpić z brzegów, i ludy oszaleć, bo wszystko może lec w gruzy, z tego, co zbudowały nasze ręce i każdy pomnik można podeptać. Bo mogą zniknąć narody, a nasza mądrość nas zawieść, bo wielu z nas może zginąć i pewnie zginie, ale…
… nadzieja, że kiedyś przyjdzie poranek jasny i czysty zostanie.
I że ktoś go ujrzy.



I nawet jeśli to nie będę ja, będę wiernie czekać.


Jestem z narodu, który – jak żaden może inny na świecie – umie czekać na świt.

 

złocistość

Złoto drzew jak miód wlewa się przez okna do wnętrza domu. Jakby ktoś zapalił milion żarówek.

Ta ostatnia chwila jesieni, podobna do płaskorzeńby z lśniącego burszynu. Zanim nastanie mrok i mgły.

Napełnić nią oczy, uszy, myśli wszystkie, wsypać złote monety do skarbca pamięci, zamknąć w szkatułach. A potem, w zimowe noce brać po jednej do ręki, obracać powoli w palcach i grzać serce w ich łagodnym cieple.

Może są gdzieś indziej piękniejsze jesienie niż polskie, lecz ja ich nie znam.

 

 

Słowo mocniejsze od kamieni

Gdy przez ulice przelewa się wrzeszczący tłum żądający dostępu do aborcji, codziennie otwieram Biblię i proszę: „Powiedz coś”.
I Bóg mówi:

* * *
Izajasz26,18-19

” Poczęliśmy, wiliśmy się z bólu, jakbyśmy mieli rodzić;
ducha zbawczego nie wydaliśmy ziemi
i nie przybyło mieszkańców na świecie.
Ożyją Twoi umarli, zmartwychwstaną ich trupy,
pobudzą się i krzykną z radości
spoczywający w prochu,
bo rosa Twoja jest rosą światłości, a ziemia wyda cienie zmarłych.”


* * *

Izajasz 28,17-18, 21-22a

” I wezmę sobie prawo za miarę,
a sprawiedliwość za pion.
Ale grad zmiecie schronisko kłamstwa,
a wody zaleją kryjówkę.
Wasze przymierze ze Śmiercią zostanie zerwane.
i nie ostoi się wasz układ z Szeolem.
Zaiste Pan powstanie, jak na górze Perasim,
jak w dolinie Gibeońskiej się poruszy,
by dokonać swego dzieła, swego dziwnego dzieła,
by spełnić swe zadanie, swe tajemnicze zadanie.
A teraz przestańcie drwić,
żeby wasze pęta się nie zacieśniły…”

* * *

Izajasz 18, 4-5
Albowiem tak mi rzekł Pan:
” Z miejsca, gdzie jestem, patrzę niezmącony,
niby ciepło pogodne przy świetle słońca,
niby obłok rosisty w upalne żniwo”
Bo przed winobraniem , gdy kwiaty opadną i zawiązany owoc stanie się dojrzewającym gronem,
wtedy On obetnie gałązki winne nożycami,
a odrośle odciąwszy, odrzuci.



* * *

Dzieje Apostolskie 28,26-27

” Idź do tego ludu i powiedz mu:
Będziecie przysłuchiwać się, ale nic nie zrozumiecie,
będziecie się wpatrywać, a nie zobaczycie.
Skamieniało bowiem serce tego ludu,
ich uszy dotknęła głuchota,
a oczy ślepota,
bo nie chcą widzieć ani słyszeć
i nie chcą rozumieć ani się nawrócić,
żebym ich uzdrowił.


* * *

List do Hebrajczyków 8, 10b- 12

” Dam prawo moje w ich myśli,
a na sercach ich wypiszę je,
a będę im Bogiem,
a oni będą mi ludem.
I nikt nie będzie uczył swego rodaka, ani nikt swego brata, mówiąc: Poznaj Pana!
Bo wszyscy Mnie poznają,
od małego aż do wielkiego.
Ponieważ ulituję się nad ich nieprawością
i nie wspomnę więcej na ich grzechy.”


Warto słuchać Boga. Ufać Mu. Modlić się. I czekać.
Bo do Niego należy ostatnie Słowo.


Błogosławieni…

 

Jezus dziś daje najlepszy komentarz do tego, co się dzieje na ulicach.

” Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię, (…)
Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy Królestwo niebieskie.
Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy mówią kłamliwie wszystko złe na was z mego powodu. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie.”



Módlmy się.

Nieustannie.

Ufajmy.

Bogu nic nie wymknęło się z Ręki.

Nawet małe biedronki są w Jego pieczy.

*  *  *


Myślę, że nadszedł czas wielkiej próby i „oczyszczania omłotu”, oddzielania zboża od kąkolu, ziarna od plew.

Każde pokolenie ma taki czas. Teraz nadszedł dla nas.


Czas opowiedzenia się jasno czy jestem z Chrystusem czy nie, czy jestem za Ewangelią czy głoszę jakąś inną naukę.
Wielu odejdzie, ale przecież gdy Jezus chodził po tej ziemi, też wielu od Niego odeszło. Nie głosił łatwych prawd, ani popularnych sloganów.


Módlmy się, abyśmy nie okazali się plewą, którą wiatr rozmiata.
Módlmy się wraz ze wszystkimi świętymi, wraz ze świętymi dziećmi, którym nie dane było się urodzić… o miłosierdzie dla nas

 

 

mała dziewczynka

Nad sufitem coś galopuje w szaleńczym pędzie, skrobiąc pazurkami. Podnoszę wzrok znad książki. Po chaotyczności ruchów wnioskuję, że to wiewiórka. Wiewiórki nie należą do racjonalnych stworzeń i zachowują się jak małe dzieci. Parę tygodni temu za pralką śmignęła mi jaszczurka. Nigdy nie udało się jej nam złapać, może więc mieszka z nami do dziś. Jest cichutka i nikomu nie przeszkadza. W dziupli starej jabłoni zamieszkały szerszenie. Mąż miał się tym zająć, bo „jednak to szerszenie”, ale nie miał czasu i rój sobie mieszka nadal nieopodal. W rynnie zakwitły drobne kwiatki podobne do lobelii. Wyglądają uroczo. Olbrzymia ćma podobna do zasuszonego liścia śpi na siatce okiennej. Na bukietach przyniesionych do domu wprowadzają się zaspane ślimaki i ruchliwe jak złoto pajączki. Raz po raz z domu trzeba wypraszać nieproszoną mysz. Koty czasem przeoczą którąś.


Dom tętni więc życiem nie tylko naszym, ludzkim. Jest pełen spraw mniejszych niż nasze wielkie troski, zamyślenia i fantazje. Żyje i ludzkim śmiechem i dreptaniem pająka, stukotem nóg Lalci zbiegającej po schodach i szalonym tańcem nad stropem kogoś-tam futrzastego, chrapaniem ludzkim i bzyczeniem osy nad dzbankiem kompotu, szelestem kartek książki, które przekładam i uderzaniem motylich skrzydeł o szybę.
Przywykliśmy do tego zmieszania naszego ludzkiego losu z malutkimi losami tych, co przywędrowali tu z lasu, pola, łąki, ogrodu, sadu. Lalcia już nie krzyczy, gdy usłyszy bzyczenie, ani nie spędzają jej snu z powiek chrobotania i nocne skrobania. Chociaż czasem jeszcze spędzają;)


Nasz dom otacza bezpiecznie swoimi ceglanymi ścianami wszystkie sprawy małe i wielkie, osłania zielonym dachem i mnie i małą ćmę uczepioną ufnie jego okna.

* * *
Chciałabym nauczyć się tego od mojego domu. Umieć tak jak on przyjąć i docenić wszystko, co we mnie mieszka.
I dorosłą kobietę, z jej poważnymi zadaniami i całą jej wiedzą ( równie ważką co ciążącą) , i tego szalonego podlotka, który z podwiniętymi pod siebie nogami siedzi na parapecie i ukradkiem wygląda zza okien spojrzenia, zastanawiając się co by tu zbroić.

I – najbardziej chyba – tę małą dziewczynkę – która nic nie rozumie ze świata dorosłych, który ją otacza, ale umie słuchać obłoków, widzi śpiew drzew i wie tyle różnych rzeczy, które ten świat nazywa nieważnymi.

*  *  *

Patrzyłam ostatnio na mojego olbrzymiego dorosłego już syna, rozmawialiśmy o nim z mężem, o tym, że jest wciąż jakby zmęczony i niespokojny i jak moglibyśmy mu pomóc. Widzę jak moje kolejne dziecko dorasta, jaki to trudny proces, jak mierzy się z życiem i samym sobą, jak decyzje, które leżą przed nim przerażają go. Wiem, pamiętam, współczuję. To najtrudniejszy okres w życiu. Tyle musisz postanowić, a jesteś taki mały i taki niegotowy.


Modlę się za mojego syna. Oddaję go Maryi.
– Ty bądź jego Matką – proszę Ją – Poprowadź go. Ja Maryjo jestem tylko małą dziewczynką zamkniętą w ciele dorosłej kobiety. Nie nadaję się na matkę.
Umiałam go nakarmić i przewinąć mu pieluszki, gdy był mały, ale nie umiem go poprowadzić. – mówię Jej ze łzami. – Jestem tylko małą dziewczynką, tak samo zagubioną w tym świecie jak mój syn.
Wtedy słyszę w sercu słowa pełne łagodnego uśmiechu:
– Taka właśnie masz być. Ja też jestem małą dziewczynką, choć urodziłam wielkiego Syna.


Przyjąć w sobie to, co małe, delikatne i bezbronne. Jak mój dom przyjmuje wszystkie małe stworzenia.

Taka właśnie mam być.

*  *  *

– Jetem twoim pitklatkiem – mówił mi tak niedawno mój synek. Nie wymawiał wtedy poprawnie ani „s” ani „cz”.

– Tak, jesteś synku moim piTklaTkiem – droczyłam się z nim, tuląc go siebie.

– Nie – poprawiał mnie poważnie – Nie jetem piTklaTkiem. Ja jetem pitklatkiem.

Teraz, gdy mnie przytula, to ja jestem jak pisklę w koronie olbrzymiego dębu:)

schodzenie w światłocieniu

Długo mnie tu nie było. Życie z jego światłocieniem pochłonęło mnie bez reszty jak las wchłania sylwetkę ludzką, gdy się w nim zanurzyć.
Blaski i cienie.

 


Te pierwsze czasem tak jasne jak migotania na powierzchni wody. I nie masz pewności czy to tylko gra światła, czy też ktoś rozsypał przed tobą garść srebrnych monet.

Te drugie bywają tak długie i zamszowe jak jesienne szale. I myślisz czasem, że już nigdy się z nich nie wyszamoczesz, choć próbujesz ze wszystkich sił.


Blaski i cienie.


Radość z jesieni pełnej jabłek, winogron, grzybów i dobra wszelkiego. Rozkosz zasiadania przed sztalugą i brania pędzla do ręki. Dobre chwile spędzane z dziećmi i mężem, przyjaciółmi. Ich słowa, gesty, pamięć, przelotne pocałunki, uśmiechy.
Radość, gdy widzę w oczach moich uczniów błysk zrozumienia i fascynacji, bo moje słowa coś w nich zapaliły.
Cień choroby, chodzenia po lekarzach, kolejnych badań, leków, niepewności. Smutek, gdy odchodzą kolejne osoby.
Życie.


Spacerujesz w nim jak po lesie. W pełnym słońcu lub długich chłodnych cieniach.
Wiatr bawi się twoimi włosami, przynosi żywiczny zapach sosny, jesienny zapach przemijania.


Ten las za naszym sadem to ” las za górą”. Tak tu wszyscy go nazywają. Brzmi to śmiesznie dla tych, którzy mieszkają w prawdziwych górach, bo nasza góra jest tylko pagórkiem. A może nawet nie. Wzniesienie lub spadek czuje się tylko nogami. Gdy wchodzisz, czujesz lekki wysiłek. Gdy schodzisz – ulgę. Tylko tyle. I aż tyle.
Czyż nie podobnie jest z naszym życiem? Do pewnego momentu, gdy się wspinamy i za wszelką cenę udowadniamy coś sobie i światu, idziemy z zadyszką. A potem… nagle czujemy ulgę i wiemy, że już schodzimy w dół. Nogi niosą same w tamtą stronę.


Ja już to czuję.
Mijam cienie i blaski na drodze i wiem, że wracam.

Powoli.