prezent

 

Budzi mnie natrętne bzyczenie.

To telefon wyciszony i ustawiony na wibracje drży na szafeczce nocnej. Dlaczego tego typu szafki nazywa się nocnymi? Przecież równie dobrze i często służą i za dnia:)

Odbieram.

Ksawery z pytaniem: Co tam u was?

– Michał na montażu od rana, a ja… jutro mam urodziny – chwalę się na jednym oddechu.

Już w trakcie krótkiej pogawędki zauważam jak snopy światła przesączają się przez lniane zasłony do środka.

Ach! – wzdycha serce spragnione światła.

Odkładam telefon, wstaję, podchodzę do okna i delikatnie odsuwam ciężką białą tkaninę.

– Jesteś kochany – mówię Mu, a świetlisty potok spada mi na włosy i spływa po ramionach. Mrużę oczy jak się zamyka je, stojąc pod wodospadem.

– Jesteś kochany – powtarzam.

Światło jest wszędzie. Osiadło jak złoty pył na koralach, zmieniło liście beniaminka w srebrne blaszki, ślizga się po obłości drewnianej kuli na balustradzie, rozszczepia się w tęczę …

Chodzę za nim po całym domu, szukam w każdym zakamarku.

Jest też w mojej głowie, sercu, oczach…

Rozsiada się wygodnie. Jakby mówiło:

– Już tu zostanę.

Czy trzeba lepszego prezentu na urodziny?

 

 

ziemia

 

Dwa sztychy łopatką i nagle do mojego nosa dociera ten zapach.
Dziki, mokry, tajemniczy i taki swojski.

Jest środek stycznia, a ja zakopuję cebulki tulipanów.

Niektóre mają już seledynowe kiełki zawadiacko wykręcone na bok jak czapeczki krasnali. Jakby nie rozumiały, że jeszcze wcześnie, zbyt wcześnie. Lecz ziemia przyjmuje je z otwartymi ramionami.

Jest chłodna, miękka, zroszona, gotowa. Wykopuję małe dołki, a one z otwartością przyjmują jasne cebulki.
Zapach ziemi otula kwiaty i mnie samą.

I znowu wraca do mnie na fali wspomnienia radosny głos Babci Niebieskiej: „Lubię ziemię. Ziemia mi pachnie”.
Jej poczerniałe ręce z wykręconymi palcami nieustannie czesały ciemne skiby.
Z czułością, z jaką niejedna matka nie przekłada włosów swej córki.
Kruczoczarne, czasem ze złotą smugą piasku lub rudawą glinki. Czasem popielate, zlocisto- brązowe.
Zawsze pachnące ziołami. Jak wtedy, gdy używa się szamponu z wyciągami roślin.


Kochać ziemię.
Uświadomić sobie to tuż przed kolejną rocznicą pojawienia się na niej, gdy mój los został spleciony z jej losem.
Kochać tę ziemię. Właśnie tę, dotykaną rękami przodków, odżywianą ich pracą, łzami, krwią.
Gdy mówię „ojczyzna” drżę ze wzruszenia.
Jej zapach. Tajemniczy, słodki, dziki, swojski.

I każdy mi jest drogi, kto ją kocha.
I każdy mi niezrozumiały, kto ją zdradza.

 

klucz do spotkania

 

– Wiesz mamo ilu tu jest świętych? – pyta nagle Hania.

– Nie wiem – podnoszę oczy znad książki.

Obie siedzimy sobie w naszej sypialni otulone poduszkami, kocykami i światłem płynącym spod ozdobionego koronką klosza lampy.

– Dwudziestu dziewięciu. – oświadcza tryumfalnie córka – Policzyłam wszystkie obrazki na ścianach i na półkach. Jesteście otoczeni świętymi, patrzą na was z każdego kąta. – żartuje.

– Pilnują nas – mówię.

Tak było w grudniu. Teraz grono powiększyło się, bo doszedł o. Dolindo narysowany przez mojego ucznia. Powoli zaczyna brakować miejsca na ścianach i półkach:)

Obecność.

To słowo, które wciąż pojawia się w mojej głowie. Od paru tygodni. Wraca.

Świadomość obecności, Ich obecności. Nieustannej, dobrej, czuwającej i … tak często zapominanej.

Obrazy, świece, medaliki, różańce to nasze przypominajki, choć i obok nich potrafimy przechodzić obojętnie, bez choćby przelotnej myśli o tym, że „nie jesteśmy sami”.

Obecność.

Jeśli modlę się i nie zanurzam się w tej Obecności, Oni mnie słyszą, lecz ja sama jestem jak zamknięty pokój, który nie wpuszcza światła ani powietrza ani zmian. Na nic wtedy zdadzą się wyszukane zaklęcia, nobliwe słowa, rymowane inwokacje, długie koronki i litanie.

Jedna sekunda uświadomienia sobie ich bliskości będzie więcej warta. Jak uchylenie okna, jak rozsunięcie zakurzonych stor choć na chwilę, by wpuścić światło.

Muszę się tego stale uczyć.

– Jestem tu – słyszę czasem jak Ktoś cicho przerywa moje piętrowe modlitwy.

– Czy wiesz, że TU jestem? Czy jeszcze o tym pamiętasz? Nie musisz mnie szukać. Już mnie znalazłaś. Teraz pobądź ze mną.

To takie proste.

Lecz my czasami jesteśmy już za bardzo skomplikowani, by zrozumieć rzeczy najprostsze z prostych.

Obecność.

Ostatnio po prostu powtarzam sobie to słowo cicho, po wielokroć, dotąd aż zaczynam się w nim zanurzać. Powoli, jak w wodę. Wszystko cichnie, znika.

Obecność.

Jesteśmy nią nasiąkliwi.

 

 

 

nowości

 

Nowy Rok to nowe, zupełnie niespodziane wydarzenia, jak np. to z termoforem, który pękł nagle po latach wiernej służby, skutkiem czego poparzyłam jedną nogę. Druga zaś, nie chcąc widać być pomijana w uwadze, postanowiła nieco spuchnąć:)

Tak więc witam nowy rok obunożnie kontuzjowana. Niemniej jednak nie ma to żadnego przełożenia na uszczerbek na duchu;)

Nowy Rok to również nowe odkrycia.

– Ej Lalcia !!! – wykrzykuje zdumiona Alusia tonem Sherlocka Holmesa.

Jest wieczór. Siedzimy sobie spokojnie w zaciszu kanapy i cieniu choinki. Pierniczki, herbatki, krzyżówki, książki itd.itp. a tu niespodziewanie ta inwokacja.

– Dlaczego za uszami masz krótsze włosy? – dochodzi dotektyw, przenikliwie wiercąc wzrokiem we fryzurze siostry.

Oczy wszystkich obracają się we wskazane miejsce, czyli lustrują okolice uszu Lalci, a ich właścicielka zaczyna się płonić.

– Obcięłaś włosy!!! – wykrzykują wszyscy – Pokaż!!!

– Nie – szybko odpowiada podejrzana i zarzuca koc na głowę.

– No tak – mówię, śmiejąc się – Kiedyś to musiało nastąpić. Każdy przechodzi ten etap. Też kiedyś ucięłam sobie grzywkę. Każdy ją sobie ucina.

Dobrze, że nie ucięłaś przy samej skórze, bo wtedy trudno to zamaskować.

– szukam pozytywów, a rodzinka dusi się ze śmiechu.

– Dużo ucięłaś? – dopytuje Ala.

– Dużo. – przyznaje domorosły fryzjer bez cienia skruchy.

Ale, ale…

Nagle światelko zapala mi się w głowie.

– A co zrobiłaś z uciętymi włosami? – pytam.

– Wrzuciłam za pralkę. – odpowiada takim tonem jakby wrzucanie loków za sprzęt domowy było czynnością normalną, a wręcz uświęconą przez rodzinną tradycję.

Salwa śmiechu omal nie przewraca choinki.

– Za pralkę? – pytam, gdyż uszom własnym nie dowierzam.

– No co? – dziwi się Lalcia – Tam nikt nie widzi.

– Ja widzę! Jestem wysoka. Widzę wszystko, co jest za pralką! – staram się mówić groźnie, choć niemal duszę się ze śmiechu.

– Ale ja nie widzę – nieugięcie trzyma się swej wersji córka.

– Co z oczu, to z serca – rzuca sentencją Alusia.

Tak, tak nowy rok – nowe odkrycia.

Ale też nowe zwycięstwa.

Bo nareszcie chyba możemy odtrąbić fanfary po pokonaniu wojsk najeźdźcy, które ostatnio plądrowały nasz dom, a podobne były hydrze, co to, gdy utniesz łeb, odrosną jej trzy.

Pokonaliśmy mole spożywcze!

A może nawet i ubraniowe, bo parę sztuk zabłąkało się i do szafy.

Zjadły nam one w ostatnim czasie sporo mąki, kaszy, płatków i… nerwów.

Ale pozbyliśmy się niechcianych gości, a zasieki uszczelniliśmy na wszelki wypadek trującymi cukierkami o kuszącym zapachu róży.

Nowy rok to także nowe plany, pomysły, inspiracje i projekty.

O, tego nam nigdy nie brakuje. Możemy wręcz pakować kilogramami w papierowe torebki i rozdawać potrzebującym.

Nie będę nawet o tym pisać, bo żadna księga nie pomieściłaby tego.

Wspomnę tylko, że Ala spędziła ostatnio dużo czasu sam na sam z maszyną do szycia, Nusia szykuje się w podróż zagraniczną, a mężulek marzy o kolejnej budowie…

Co kłębi się w mojej głowie?

Hmmm.

Spodziewać należy się wszystkiego;)

 

 

 

pomiędzy

 

Nasze między – święcie, czyli czas po Bożym Narodzeniu a przed Nowym Rokiem to taki kolaż z wszystkiego.

Praca i sprzątanie, ale tak jeszcze niezobowiązująco i leniwie, nowa zupa pomidorowa na zmianę ze śledzikami, które zostały z wigilii, stary kalendarz na półce i nowy już powieszony na gwozdku na ścianie, kolędy i splecione z nimi burczenie pralki, wiosenne śpiewy ptasie i kupki śniegu w zakamarkach sadu, kompot z suszonych jabłek stale dogotowywany i winko poświęcone na cześć św. Jana. Obok choinki nożyczki czuwają na tzw. „podorędziu”, a czekoladowe cukierki znikają z gałązek jak kamfora.

Resztki kaszelku i katarku, sianko Jezuska spadające pod stół. Na stole mała sztaluga, akwarelki, słoik z wodą i pędzelki, a pomiędzy – szklaneczki z czerwoną syczącą oranżadą i pierniczki w dużej misie, które skleiły się lukrem w niesamowity kształt.

– Co to jest? – pyta zdumiona Laurka, wyciągając gwiazdkę z przyklejonym doń rogiem jelonkiem.

No i wszędzie książki.

A to „Wrzos”, a to Wiedźmin, „Nad Niemnem”, „Balladyna”, moi Ojcowie z Maryją… Pozakładane czym się da albo z rozpiętymi skrzydłami leżące gdzie się da.

I wspólne wyrywanie sobie krzyżówek i sudoku oraz zbiorowe ich rozwiązywanie. Nasza ostatnia pasja rodzinna, na pograniczu obłędu.

– ….. na cztery litery, ostatnie „i” – rzuca raz po raz w przestrzeń Hania – … na siedem i w środku „k”;  „a” nie ma, nie ma, nie ma, „d” i nie ma…

🙂

– Tu wpisz jedynkę, a tu piątkę – podpowiada braciszek najmłodszej siostrze.

– Nie Adam!!! – protestuje czujna bestyjka – Ty mnie nabierasz!!!

– Sprzątamy !!! – zarządzam twardo, ogarniając okiem cały ten chaosik, skumulowany głównie na wielkim stole. Przenieśliśmy go na czas świąt z kuchni do salonu. Stół, nie chaosik:) Choć może i jedno i drugie;)

– Jutro ksiądz przychodzi po kolędzie, muszę obrus zmienić – tlumaczę, gdy towarzystwo wyrwane z matni nałogu krzyżówkowo- sudokowego, patrzy na mnie niewidzącym wzrokiem szaleńca.

Rozkładam biały obrus, przez środek srebrny pas ozdobnej tkaniny, który był też na wigilijnym stole.

– Ale tu jest plama z wosku – pokazuje Alusia.

– To nic – śmieję się – zasłonimy Jezuskiem.

I na woskowy kleks kładę Malutkiego leżącego na chmurce z siana.

Teraz jest dobrze. Kleksa nie widać.

*  *  *

Przecież przyszedł właśnie po to. Zniweczyć wszystkie nasze plamy, uporządkować nasz chaos, być w samym środku naszego życia. Im bardziej jest poplamione, tym bardziej pragnął w nie wejść. Bo nie przyszedł do nieskalanych, kryształowych i uporządkowanych, lecz do tych, którzy się źle mają, którzy barszczyk czasem rozchlapią i mają dziurawe buty i okruszki pod stołem.

 

Doświadczenia właśnie tego, Jego dotykalnego bycia wśród nas na każdy dzień Nowego Roku Wam życzę.

 

I znowu, jak w tamtym roku mam prezent dla kogoś. Jeśli komuś podoba się ten zimowy obrazek ze zdjęcia poniżej i chciałby go mieć na własność, wystarczy napisać w komentarzu.

Powstał w pierwszy dzień świąt z tęsknoty za roztapiającym się śniegiem:)

Jeszcze raz  Wam wszystkim : znajomym i cichym czytaczom dobrego, pełnego Obecności Boga Roku 2023🌟

 

 

 

 

dojrzewający tygrys

 

– Idź, namów ją żeby założyła coś ładnego – konspiracyjnie apeluję do najstarszej córki.

– Już ją namawiałam – odszeptuje Ala – wszystkie sukienki jej pokazałam, ale nic nie chce przymierzyć.

– Idź jeszcze raz, bo inaczej przyjdzie na wigilię w leginsach.

Tup, tup, tup…

Idzie Ala udobruchać naszego nastolatka, a czyn ten jest równie mężny jak okiełznanie dzikiego mustanga na prerii lub ujarzmienie tygrysa.

No bo znowu mamy ten sam problem, jaki onegdaj mieliśmy z Alusią i Nusią w podobnym wieku.

Z grubsza rzecz ujmując pasuje tu nazwa: „problem ubraniowy”, wchodząc zaś w szczegóły człowiek gubi się jak w dżungli.

W każdym bądź razie nasze dzieweczki w fazie adolescencji nastolatka negują kolory inne poza czarnym, burym i brązowym oraz fasony inne niż wyciągnięte bluzy i takież spodnie. Dodam, że najlepiej gdyby garderoba była zmięta jak „psu i gardła” i prująca się tu i ówdzie lub wręcz dziurawa. Zestaw ten znajduje zastosowanie nie tylko w czasie sobotniego sprzątania, lecz także jako strój szkolny i najchętniej również odświętno – niedzielny.

Tym razem – tylko ze względu na słynne cuda bożonarodzeniowe – udaje się wynegocjować, że Lalcia i owszem założy spódniczkę, lecz jej nie uprasuje. A do tego t-shirt, w którym poprzedniego dnia dokonywała porządków przedświątecznych. Choć Ala mogłaby przysiąc , że nie tylko poprzedniego, lecz paru jeszcze poprzednich też ją w nim widziała;)

Tu jednak się poddajemy, z cicha tylko (ja) biadoląc pod nosem i przystajemy na ten konsensus. Czego się nie robi, by pod własną strzechą ziściły się słowa kolędy : „…a pokój na ziemi”.

Poza tym trochę się jednak uczymy na własnym doświadczeniu i wiemy, że za parę lat nasza najmłodsza latorośl wybujnieje i będzie jak jej dwie starsze siostry objawiać nam się u szczytu schodów jako lśniąca gwiazda w olśniewających kreacjach. Więc wytrzymamy jeszcze te parę wigilii z „wymiętym” nastolatkiem.

Tym bardziej, że to już nasz ostatni nastolatek wolno dojrzewający;)

 

 

zdumiewający

Kupujemy z mężem ostatnie podarunki przed świętami i obładowani nimi stoimy w kolejce do kasy. Trzeba uważać, bo między innymi dzierżymy w rękach dwie filiżanki w złote gwiazdki dla Julci i jej narzeczonego, a przed nami tłum równie obładowanych ludzi.

O dziwo, co drugi taszczy zwinięte w wielkie rulony dywany, niektórzy nawet po cztery sztuki.
Jesteśmy nieco zdezorientowani i gdy dochodzimy do kasy, daję upust mojemu zdziwieniu.
– Chyba najlepiej dziś sprzedają się wam dywany – uśmiecham się do miłych ekspedientek.
– O tak!!! – śmieją się obie – Od rana wielki bum na dywany. Już nie wiemy ile ich sprzedałyśmy.
– Nie bombki, nie kokardki i nie papier do prezentów? – upewniamy się.
– Nie!!! Dywany!!!
– Może coś przegapiliśmy – mówię do mężulka – Może dziś jest jakieś święto dywanów, a my jak głupi kupujemy prezenty:)
Życie bywa naprawdę zdumiewające, a najbardziej w nim zaskakujący są … ludzie.

Gdy wracamy do domu, już z daleka widzimy efekt działalności naszego ulubionego listonosza. Znów coś „wbił” do naszej skrzynki na listy. Przy czym słówko „wbił” nie jest tu przenośnią ani hiperbolą literacką:)
Wychodzę z auta i próbuję wydobyć paczkę z wąskiego otworu. Tym razem jest to trudniejsze niż zwykle, bo książka, która jest w środku pakunku ma tzw. twardą oprawę. Pocieszam się myślą, że i ulubiony listonosz też musial się nieco zmęczyć nim doręczył pocztę:)
Oczywiście koperta nie wytrzymała całego forsownego procesu. Na szczęście książka ocalała. I oto jest  – piękne stare wydanie tekstów o Maryi autorstwa Ojców Kościoła. Od Ali M.M.
Jak oni umieli o Niej mówić!!! Ekwilibrystyka słowa na drżącej nici miłości i oddania. Podczytuję, obierając cebulę, mieszając marchewkę w garnku i pijąc kawę. Wszystko jednocześnie:)

Jutro wigilia.

Wieczorem jedziemy we dwoje na mszę i – choć jest już wieczór – zastajemy parking zastawiony autami. Na pogrzeb nieco za późno, a śluby są u nas tylko w soboty. Skąd więc tak wielka frekwencja na zwykłej mszy?
Zagadka rozwiązuje się tuż po uchyleniu drzwi kościoła. Kolejki do konfesjonałów wiją się jak długie węże przez obie nawy i
podcienia pod chórem. W ławkach parę osób, reszta stoi cierpliwie czekając na rozgrzeszenie. W zasadzie sami młodzi ludzie. Widać, że stoją już dość długo. Spowiada sześciu księży, a mimo to nie udaje się im zakończyć w trakcie mszy, więc spowiadają dalej.

Uśmiecham się, wychodząc w chłodny grudniowy mrok.
Przypominam sobie te wszystkie krzykliwe nagłówki internetowych newsów o apostazjach, pustych kościołach, zbuntowanej młodzieży, złym Kościele, niepotrzebnej spowiedzi, a w głowie brzmią słowa zdruzgotanych faryzeuszy, którzy patrząc na wjazd Jezusa do Jerozolimy i nieprzebrany tłum mamroczą pod nosem:
– Patrz, świat poszedł za Nim. ( J12,19)

*  *  *

Ludzie są bardziej zdumiewający niż nam się wydaje. Ich serca są nieodgadnione, nieopisywalne ich wybory, drogi kręte i dziwaczne jakimś cudem trafiają do celu.
Całe życie się gubiąc, na koniec odnajdują siebie; rzeczy proste potrafią komplikować i wikłać, lecz ogołoceni znajdują naprostsze z rozwiązań; boją się własnego cienia, a krzyż przyjmują jak herosi. Krzyczą na Boga, lecz buntując się, wciąż Go szukają. Im dalej, tym bliżej spotkania.

Dzień przed wigilią stoją w długich kolejkach po dywany i łaskę . Niepojęci dla samych siebie, lecz na wskroś przeniknięci przez Boga. Grzeszni święci. Pełni błogosławionych win.  Uporządkowany chaos.

I znów zachwycam się człowiekiem. A wtóruje mi zachwyt nad Bogiem.

Gdyby dano Wam wybór i zapytano: „czy chcesz urodzić się człowiekiem i przeżyć ludzkie życie?” czy powiedzielibyście: „tak”?
Gdybyście mieli wybór, zanim się staliście.

On chciał.
Dziś świętujemy tę Jego decyzję.

Niepojętą i taką oczywistą.

obecność i Obecność

 

Co wieczór nasze drogi zbiegają się w jednym miejscu. Zwykle to jest nasze duże łoże. Dzieci układają się na nim, wciskając się pomiędzy nas, co z roku na rok staje się coraz trudniejsze, bo wszyscy rosną, a łóżko – nie:)

Adaś przysypia nadstawiając plecy do głaskania, Ala słucha muzyki albo coś mi pokazuje, ja piję herbatkę, Hania czyta książkę, Laura z tatą rozwiązują krzyżówkę ( nasza nowa namiętność rodzinna 🙂 Bywa, że wszyscy rozmawiamy, przekomarzamy się, śmiejemy, ktoś kogoś łaskocze albo dusi w przypływie czułości, omawiamy wydarzenia minionego dnia, pokazujemy sobie własne wielkie odkrycia, snujemy plany, dyskutujemy albo – ostatnio – oglądamy mecz.

Bywa też, że każdy jest zajęty czymś innym.

Ale jesteśmy razem, blisko. Jakby jakiś olbrzymi magnes ściągał nas jak opiłki żelaza w jego miejsce.

Obecność.

Jest taka ważna.

Być blisko, ogrzewać się nawzajem swoimi życiami. Widzieć, dotykać, czuć, słyszeć kochane osoby. Lgnąć do nich.

Celebrować obecność, przesycać nią ściany domu.

Jak ważne jest to zwyczajne bycie odkrywamy, gdy czasem wybierzemy się tylko we dwoje do znajomych i zasiedzimy się.

– Kiedy wrócicie? Tęsknimy za wami – dostajemy zaraz desparackiego sms- a od dorosłej Ali.

– Ładnie to tak długo nie wracać? – strofuje nas jak srogi ojciec Adam zaraz po powrocie – Martwiliśmy się o was. Miała być godzina, a ile było? – kończy ze ściągniętymi jak czarne kruki brwiami.

A na retoryczne pytanie: Dlaczego wszyscy znowu kokoszą się w naszym łóżku? otrzymujemy natychmiastową odpowiedź Hani:

– Bo wy tu jesteście:)

🌲🌲🌲

Obecność.

Najprostsze z wyznań miłosnych.

Ostatnimi dniami to kokoszenie przeniosło się w pobliże choinki ubranej już odświętnie, pachnącej, skrzącej i kuszącej cukierkami.

– Daj im chociaż trochę uschnąć – krzyczy Ala na Laurę skradającą się z nożyczkami.

Kanapa w salonie została na stałe rozłożona, usłana kocykami, mrowiem poduszek, a nawet cienką kołderką. Chłopaki już się nie mieszczą, więc siedzą na fotelach obok, a my pokasłując i pociągając nosami ( tak, tak – niektórych na koniec nierównego boju z wirusami zmogło jednak) leżymy wśród puszystości.

Wciśnięta między kaszlącą Laurkę, a wydmuchującą głośno nos Alutkę, ryzykując życiem, oddaję się w objęcia tej błogiej obecności kochanych.

I myślę o innej Obecności.

Wszechogarniającej, Wszędobylskiej, słodko Zniewalającej, nadchodzącej a wciąż bliskiej, nigdy nie ustającej.

Ta mała obecność mojej trzódki to tylko mała iskierka Obecności. A serce rozpływa się przy niej jak płynny miód.

Może to trening dla maleńkiego ludzkiego serca, by zatopione kiedyś w Obecności Boga nie pękło na pół z nadmiaru miłości?

Tego Wam kochani życzę. Obecności małej i dużej. Niech napełni nie tylko te świąteczne dni, lecz każdy dzień nadchodzącego roku. Całe Wasze życia aż po brzeg pucharu. Pływajcie w Obecności Boga jak ryba w wodzie, syćcie się nią nieustannie, rozdawajcie innym. Taki jest nasz Bóg – chce by Go kosztowano, rozdawano, Nim się otulano.

I miejcie ufność w sercu❤️

Wszystko, naprawdę wszystko będzie dobrze. Uwierzcie Mu.

 

Jako prezent – moje ostatnie odkrycie. Laufey i jej kojący głos. Tu jej walczyk bożonarodzeniowy:)