światło i chleb

 

Wczesnym rankiem śnieg za oknem jest jak rozlany atrament. Na nim odbity płomień świecy z kuchennego stołu.

Pijemy kawę z mężem, gawędzimy cicho, za naszymi plecami stare angielskie kolędy w pięknym wykonaniu. Za chwilę zejdą dziewczynki, wyjedziemy w nowy dzień, otworzymy go jak bramę…

Możemy być światłem dla zimnego świata.

Każdy z nas, w którym tli się choć mały płomyczek dobra. Każdy najmniejszy gest miłości jest jak odrobina soli sypnięta na lód. Wszystko odtaje, na nowo ożyje, zakwitnie.

Na stole ciepły jeszcze chleb pachnie. Syty sytością niedostępną chlebom kupowanym w sklepach. Znowu zaczęłam go piec. Na zakwasie.

– Gdy go zjem, nie jestem głodny przez długi czas – mówi mężulek.

I od razu słyszę jakby z oddali głos inny, lecz równie dobrze znany i miłowany:

” Dam Ci innego chleba… Kto go spożyje, nigdy łaknąć nie będzie.”

 

Możemy być chlebem dla świata, przesycać go na wskroś smakiem miłości. Drobnymi jak okruszki gestami.

 

Takie myśli pojawiają się przy ostatniej adwentowej świecy. Wraz z tęsknotą topiącą się jak wosk.

Przyjdź!

Słupie ognia nas prowadzący. Z Ciebie każda nasza iskra oświetlająca atramentowy świt.

 

– Wszystko jest gotowe, by nastał poranek. I uczta gotowa. – mówisz.

Wierzę Ci, zanurzona w kipieli nocy. Głodna.

 

 

 

wczoraj, dziś, jutro

 

Tydzień temu…
Zanim otworzę oczy, już wiem co się stało. Słyszę jak mój mąż na ganku głośno tupie.
Śnieg !!! – myśl jak jasna strzała przeszywa ostatni kadr snu. I otwieram oczy.
Planowałam pospać dłużej żeby odespać tygodniowy deficyt powstały z porannego wstawania i mozolnego zasypiania z powodu pełni księżyca. Ale myśl o śniegu jest silniejsza. Rześka jak koń uwolniony z zaprzęgu. Zaczyna galopować w głowie i nie pozwala już zamknąć oczu.
Wstaję i uchylam białe lniane zasłony pełna radosnego oczekiwania jak dziecko zaglądające pod choinkę.
Tak.


Świat tonie w bieli.
Po mokrej szarości ostatnich dni, patrząc nań, czujesz jakby ktoś rozprasował ci skrzydła.

Dziś…
Śnieg jest wszędzie: leży na polach jak puchowe pierzyny, osypuje się kaskadami z łap sosnom, pryska spod kół, lepi się do podeszew butów doklejając im wyższe obcasy. Jest za szalikiem, skrzy się w oczach.
Całe mnóstwo śniegu.
I wciąż mi się nie znudził i wciąż patrzę z nadzieją na szybko zmieniające się kartki kalendarza.
– Żeby dotrwał do świąt – mruczę zaklęcie.

A w domu pachnie już pierniczkami, światełka rzucone na wysokie drzewka beniaminów robią w „choinkowym kącie” próbę generalną ze świecenia. Pachnie jabłkiem świeca, chleb świeżo pieczony skrzypi przy krajaniu, ciekawskie sople zaglądają w okno, grzejniki podgrzewają atmosferę pełną parą, wtórują im anielskie trąbki.
Niemal co dzień nawiedza nas kurier z kolejnymi paczkami. Wszystkie przesyłki lądują natychmiast do szafy i chowają się za rządkiem ubrań.
Ciiii…
To prezenty.
Kartki namalowane wspólnie akwarelkami za chwilę wyfruną w świat.

A jutro…?
Zawsze o tej porze roku myśli o jutrze są takie intensywne. Jak wtedy, gdy suszone jabłka dłużej potrzymać w wigilijnym kompocie.
Wybijają słodkie smaki marzeń i planów, lecz także gorycz obaw jest coraz dotkliwsza.
Jaka będzie przyszłość nikt z nas nie wie.
Ostatnie lata nauczyły nas nie wiedzieć jeszcze bardziej. Jeszcze bardziej nie pytać, nie dociekać.
Ja lubię sobie przypominać te słowa Boga:
” Zamiary, jakie mam co do was to myśli pełne pokoju, a nie zguby”.

Tylko tyle i aż tyle.

Parę kropel światła, by iść dalej.

 

 

 

8 grudnia

 

Stoimy na mszy, za oknami kościoła ciemny już wieczór, w środku – stłumiony blask świec, pozłacanych ram, anielskich skrzydeł. Sączą się strumieniem słowa liturgii jak sączy się krew ze zranionego boku.

Ciepło, znane twarze, obok mój kochany mąż, we mnie wdzięczność. Dziś święto Matki i słońce cały dzień i parę prezentów dokupionych na święta i prezent nawiększy: dobre wyniki męża, nasza poranna radosna rozmowa.

 

Płynie melodia maryjnej pieśni, organista zachorował, ale ludzie śpiewają. Nieuczenie może, lecz z serca.

Coraz cieplej, coraz jaśniej, zbliża się On.

Jestem nagle jak ogród otwarty na oścież, ścieżka wysypana złotym miękkim piaskiem pod Jego stopy.

– Wejdź !!! – mówię cicho, tak cicho jakby drzewa szeleściły tylko, jakby wiatr strącał nasionka dmuchawca.

 

Nie potrzebuje drugiego słowa.

Nigdy go nie potrzebuje.

 

Serce topnieje od blasku jak lampion.

– Matko – Ogrodzie Otwarty – czy taka jest Twoja tajemnica? Wpuścić Boga w głąb siebie? Uwięzić Go tam na zawsze?

 

 

 

światełka w oknach

 

Już poręcz schodów zdobna w zieloną girlandę, a na ścianie pyszni się własnoręcznie robiony wieniec ze złotych szyszek, raz po raz coś szeleści tajemniczo. To pewnie prezenty, bo u nas Mikołaj – ze względu na gawiedź studencką – przychodzi deczko wcześniej. Z soboty na niedzielę.

Tak, tak.

Atmosferę świąt plecie się powoli, delektując się każdym płatkiem śniegu, szronem na gałązkach, łańcuchem przerzuconym nonaszalancko przez poręcz krzesła, serduszkiem z piernika, płomieniem drugiej świecy na stole, migdałową herbatą.

Nie można zbyt szybko i niezbyt dużo na raz. Trzeba smakować życie, nawet głód i łaknienie, tęsknotę i oczekiwanie, niespełnione „już i jeszcze nie”.

– Mogę powpinać goździki w pomarańczę? – pyta Lalcia i za chwilę skupiona robi pomarańczowego jeżyka, a zapach rozpływa się po domu słodką falą.

Maluję obrazek z zimą, bo Lalcia stwierdziła, że mamy tylko jeden, a to za mało.

– I żeby był domek ze światłami w oknach – zamawia.

Maluję.

Zachodzi słońce, majaczą drzewa, śnieg białą czapą osłania chatkę, a ta oddycha światłem, ukryta na obrzeżach świata. Spokojnie, cicho, bez pośpiechu.

– Kanapę przesuniemy w następną sobotę – decyduję – Bo dziś już nie damy rady.

Planowałyśmy to zrobić z dziewczynkami dzisiaj. To takie preludium świąt, by choinka stała w miejscu, które najbardziej jej do twarzy. Ale nie ma pośpiechu. Za tydzień też będzie dobrze. Dziś już tyle zrobiłyśmy.

Tymczasem zasiadamy za kuchennym stołem i malujemy kartki świąteczne akwarelkami.

– Już? – pyta mężulek, wchodząc z torbą pełną zakupów.

– Tak!!! – krzyczą córki.

Za oknem huczy świat, biegnie, pędzi, krzyczy, wybucha, miota się, dławi własnym pośpiechem.

Nie biegniemy za nim.

Już od dawna.

 

puchate myśli

 

Po całym trudnym tygodniu, po pracowitej sobocie, w ciepłym świetle lampki, zawinięta w puchaty kocyk leżę na kanapie. Za mną Nusia czyta „Władcę pierścieni”. Ogromną książkę podtrzymuje jedną ręką, a drugą – głaszcze mamusię.

– Ach, króliczki bengalskie* są takie wrażliwe – mówi ze śmiechem w głosie.

Przed chwilą oglądałyśmy kolejny odcinek serialu o Jezusie i oczywiście się popłakałam. Ze wzruszenia. Piękny jest ten film. „The Chosen”.

Teraz leżę obok mojej córki, a ona przesuwa dłonią po moich plecach.

I nagle przypominam sobie jak kilkanaście lat temu leżałam tak właśnie, z Nusią pod sercem, w zagrożonej ciąży i …czytałam to wiekopomne dzieło Tolkiena. Miałam duuużo czasu. Wiele tygodni nic nie robienia, z całą siłą woli wytężoną na uratowanie jej. Wtedy też popłakiwałam sobie.

A teraz Nusia jest tu, obok mnie i czyta tę samą książkę.

Ach!!!

Tak, króliczki bengalskie są bardzo wrażliwe, bo znowu siąkam nosem. Tym razem z wdzięczności.

‌Czuję jakby czas zatoczył okrągłe kółeczko. Jakby pierścień fali na wodzie dotarł właśnie do brzegu i pogłaskał go swą chłodną dłonią.

‌A ja byłam gdzieś na początku, przy pierwszym poruszeniu wody. Trzcinową kołyską na wodzie, która miała ocalić komuś życie.

‌* * *

Mali jesteśmy, a do tak wielkich spraw zostaliśmy dopuszczeni. Słabi jesteśmy, a tak wiele nam powierzono. Zawodzimy sami siebie, a On tak nam zaufał.

 

* Nusia nazywa mnie pieszczotliwie „króliczkiem bengalskim” gdyż zimą noszę włochate ciepłe sweterki przypominające w dotyku królicze futerko:)