Zajęcia w grupie pięciolatków.
Podchodzi Amelka i zafrasowana pyta:
– Czy to prawda, że kiedy nas jeszcze nie było i byliśmy w brzuszku u mamusi, to chłopcy chodzili w spódniczkach i w sukienkach?
Nie umiem nawet opisać w jaki popłoch wpadły moje szare komórki na dźwięk tej zagadki.
A potem nagle puknęło mnie po głowie coś w rodzaju piłeczki ping-pongowej – takiej , jaka pacała pomysłowego Dobromira, gdy doznawał „przebłysku geniuszu”.
Sterane, szare komórki zrobiły salto i …
… skok myślowy w prehistorię.
– Tak, to prawda – odpowiedziałam – Bo kiedyś ludzie nie umieli jeszcze szyć spodni, więc chłopcy chodzili w spódniczkach.
Zmylił mnie ten „brzuszek u mamusi”, a przecież nie wszystko należy brać dosłownie.
Może nawet niewiele trzeba brać.
Scenariusz do Matrixa na pewno napisały pięciolatki:)
Autor: ruttka
placek z rodzynkami
Nie myślcie tylko, że znajdziecie tu przepis na jakiś smakowity deser. Po prostu udało mi się w końcu ściągnąć plik z rekolekcji polecony jakiś czas temu przez Mateusza.
Wczoraj go odsłuchałam i z czystym sercem mogę polecić każdemu, kto szuka Słowa.
Anett, to katecheza zupełnie w naszym stylu, pełna pasji, radosna, mocna. Po prostu Dobra Nowina, która zostaje na dnie serca.
Ja od wczoraj wciąż się zastanawiam jaki Mu placek upiec:)
Posłuchajcie o Rut, która nawet imienia porządnego nie miała, o Dawidzie, który robił z siebie pośmiewisko, o Habakuku, niesionym za włosy przez anioła, by Danielowi garnek zupy dać, o karmie dla węży i o kabaretowej scence z Abrahamem w roli głównej.
Posłuchajcie, a może lepiej zrozumiecie siebie i znajdziecie Jego.
placek
nakrapiany posłaniec
Zamieszkała za nami biedronka dwukropka.
Jeśli wierzyć ludowym wierzeniom ma dwa latka i zupełnie podobna jest do Laurusi jeszcze nie dwuletniej, ale już prawie, prawie… Wszędzie włazi, bez żenady we wszystkie katy zagląda, pojawia się jak duch nie wiadomo skąd i nawet babcię w rękę ugryzła, gdy babcia się nad nią roztkliwiała, że taaaka śliczna.
Lalusia oczywiście pokochała biedronkę uczuciem żywym i pełnym fascynacji. I pewnie dlatego paluszkiem ją ściga i rozgnieść usiłuje, co jej skutecznie – jak na razie- utrudniamy.
– Biedroneczko leć do nieba, przynieś nam kawałek chleba – przypominam sobie starą dziecięcą odezwę.
– Kto tak mówił? – chce wiedzieć Nusia
– My, jak byliśmy mali.
– To wy wtedy nie mieliście jedzenia?
– Mieliśmy, ale i tak prosiliśmy o chleb.
Ot, i pazerność została ujawniona:)
I jeszcze jeden wierszyk pamiętam:
Konkoroda, konkoroda, czy będzie deszcz czy pogoda? – powtarzaliśmy w kółko wpatrzeni hipnotycznie w czerwony grzbiecik.
I gdy biedronka odleciała w trakcie „pogody” miała być pogoda, a gdy w trakcie „deszczu” – plucha.
Ale dziś to każda biedronka kręćka by dostała.
Mieliśmy co godzinę zmianę pory roku. Obudziły nas potoki wody, optymizmem natchnęły potoki światła, potem wicher zadął jakąś smętną dumkę i wywołał prawdziwą śniegową zamieć.
No, ale skoro jest biedronka i bazie na parapecie i prymulka się śmieje, a za oknem stado jakieś długoszyje w kluczu szybowało to wiosna już tuż tuż.
A najważniejsze, że dalie przez internet kupiłam( 30 sztuk!!!) i nasionka w mojej skrzyneczce przejrzałam.
Aż mnie gracka świerzbi:)
pomiędzy żywiołami
Nie wolno srebrzystej okrągłej tabletki popijać czarnym jak noc naparem.
Teraz już to wiem.
Nie wolno pić kawy, gdy księżyc jest w pełni.
To groźne połączenie.
Noc ze środy na czwartek nie przespana w 98%. Mniej więcej. Film urwał się dopiero około 5:20 nad ranem, a o 6:00 rozpoczął się nowy odcinek:) Wstałam chwiejąc się z łóżka, ubrałam się mechanicznie jak nakręcana zabawka, zapakowałam dzieci do auta i ruszyłam do pracy. Z jedną tylko uporczywą myślą – Uważać na drodze!!! To nic , że nie wiesz dziś jak się nazywasz. Uważaj!!!
Pedały auta jakieś dziwnie ciężkie, skrzynia biegów stawia opór, jazgot w szkole spotęgowany, światło zbyt jasne, torba zbyt ciężka.
Nie wolno srebrzystej okrągłej tabletki popijać naparem z kawy.
Tym bardziej, że słońce w tym czasie kipiało jak gulasz nad ogniskiem.
To nieprawdopodobne, że taka malutka istota jak ja tak mocno sprzęgnięta jest z kosmosem. Że czuję puls słońca, że ten sam księżyc rządzi mną jak przypływami i odpływami mórz, że wystarczy mocniejszy oddech wiatru, by zmienić rytm mego życia.
Teraz wszystko ucichło. Słońce ostygło, księżyc coraz bliższy literze C.
I Laurka – ostatnio tak poirytowana – jest znowu znaną wszystkim śmieszką i trzpiotką. Wszystko wraca do normy.
Tylko w Ali wewnętrzna rozpętuje się burza i czasami bezrozumnie niszczy wszystko. Własne księżyce i słońca wszechwładne nosi w sobie nastolatka. Poddaje się ich przemożnemu wpływowi, a one ją odmieniają, przeobrażają.
Wolność, Samostanowienie, Identyfikacja…- długo można by wymieniać nazwy gwiazd młodości.
Taki czas, taki czas… – znów muszą powiedzieć Indianie, aczkolwiek wiele ich kosztuje ten spokój i fajka już tak nie smakuje.
– Wiesz jaką nam przykrość robisz, gdy tak mówisz. – podejmuję temat, gdy któraś z kolei zawierucha minęła.
– Wiem. – odpowiada córka najstarsza.
– Czy ja kiedykolwiek do ciebie tak powiedziałam?
– Nie.
Więc…
Nic już nie dodaję. Wnioski musi wyciągnąć sama, choć wyraźnie ta funkcja w czasie dojrzewania jest mocno uszkodzona. Nie mówię tego z ironią. Po prostu pamiętam.
Ale do następnego razu słońce będzie świecić.
Jacy mali jesteśmy… – myśli same siadają jak motyle na kanwie wydarzeń ostatnich dni – Targają nami zawieruchy zewnętrzne i wewnętrzne, ciosają nas wichry z wierzchu i rozsadzają ładunki od środka.
Jak tu się ostać, jak przetrwać, jak iść dalej?
Jak tracąc wiele, siebie nie zatracić?
Jak gubiąc się na każdym kroku, siebie nie zagubić?
Jak zrozumieć swój własny żywioł, obłaskawić go lecz nie zagłaskać?
Czy te pytania kiedykolwiek tutaj znajdą odpowiedź?
przed trybunałem
– Mamo – donosi Nusia po powrocie Rutki z pracy – tata źle traktował Larusię.
– Tak? A co robił?
– Jak płakała, to rzucił ją na podłogę. – oskarżycielskim tonem odpowiada usłużny kapuś.
– Nie rzuciłem!!! – broni się podsądny – Tylko posadziłem.
No, ale kto by słuchał podsądnego.
Oni wszak zawsze są NIEWINNI:)
Słowo obrończe:
A ofiara przemocy, czyli Piórko rzeczywiście ostatnio daje się we znaki. Jest krnąbrna, zwariowana, histeryczna i wściekła prawie tak jakby weszła już w bunt dwulatka. A gdzie tu jeszcze do lat dwóch. Każdą furię staramy się przeczekać na chłodno i na stanowczo. Czasem więc nie obywa się bez posadzenia na podłodze.
Taki wiek. – jak mawiają starzy doświadczeni Indianie spokojnie paląc fajkę pokoju:)
szepty błękitne
Kiedy niebo błękitne, myśli błękitnieją.
Płyną dobre myśli niespiesznie jak białe obłoki. Popycha je delikatny podmuch przebudzonych marzeń, tęsknot. A wydawało się, że niektóre umarły już na zawsze, że nigdy się nie odezwą, nie zakwilą w sercu. I wystarczył jeden promień słońca, by zapukały znów w drzwi życia, by zaczęły szarpać za poły snów, szeptać nieustannie:
A może…A gdyby tak…Może się uda…Wszystko jest możliwe…Spróbuj…
Ten sam promień słońca zauważyła Laurka na podłodze pokoju. Ścielił się jak jasna smuga, jak droga jakaś, więc nóżką go przydepnęła i zaczęła iść po nim.
Tyle magii jest w życiu.
Wraz z pierwszym oddechem wiosny, sezon na działce rozpoczęty. Znów gnam małym czerwonym autkiem wiejską zakurzoną szosą, nagie zalotnice brzozy zaglądają mi przez szyby wdzięcząc się na wietrze, strojąc w szale ze słonecznego światła.
Tyle magii…
W sadzie cicho, ciepło, ptak jakiś śpiewa spełniającą się tęsknotą. Suche fale traw wyczesane zimowymi wiatrami wyglądają jak niezmierzony zastygły ocean. Pachnie, głaszcze po twarzy, w oczy zagląda piękno nienazwane.
Czy poza tym sadem jest świat jakiś?
Nie ma.
Tutaj przestaje wszystko boleć. Nie ma znaczenia, że ktoś tam niegodziwy błotem obrzucił…że część życia na wodzie pisane patykiem…że huśtawka codzienności o mdłości przyprawia.
Tutaj jest tylko TU i TERAZ. Żadnych innych wymiarów czasoprzestrzeni. Może dlatego tutaj najlepiej Cię słyszę, czuję każdym ścięgnem.
– Chciałabym…zawsze chciałam tu dom postawić. Tu mieszkać – mówię mężowi.
Uśmiecha się. Wie.
A może… A gdyby tak…Może się uda…Wszystko jest możliwe…Spróbuj…– szepczą białe obłoki w głowie i nad nią.
Tyle magii…
sztuka przez duże S.
Dusio i Ala opowiadają jak Nusia pokazywała tatusiowi własnoręczny rysunek z chińskim kotem.
Nie pytajcie dlaczego z chińskim i czym owy różni się od polskiego. Jak znam chińszczyznę to pewnie futerko miał nie naturalne a sztuczne:)
Więc Nusia wielce zadowolona ze swego dzieła podsadza je pod nos steranemu ojcu.
– Chiński kot – reklamuje.
– Noooo!!! – zauważa z nieukrywanym podziwem widz.
– A tu mu woda tryska z pupy – objaśnia dalej artystka awangardowa.
Koneser sztuki wytrzeszcza oczy i … no tak, rzeczywiście – sika woda z pupy!!!
– Bardzo brzydko. – oświadcza zgorszony.
Ambiwalencja ludzkich sądów:)
I bądź tu człowieku artystą!!!
a to ci ptaszek…
– O Boże!!! – jęknęła nasza znajoma Mona, gdy usłyszała wierszyk przekazywany w naszym rodzie z dziada pradziada.
Mona jest Rutkową znajomą ze szpitala. Z czasów zamierzchłych, gdy Rut leeeeeżała na bardzo dramatycznym podtrzymaniu ciąży Nusią. Mona też zległa w tym samym celu, tyle, że powiła później córeczkę Werę. Obie szybko się zaprzyjaźniły, a podobieństwo losów do tego stopnia je dotknęło, że w cztery lata później Mona powiła kolejną córeczkę, a i Rut w tyle nie została wydając na świat Laurkę.
Obie rodziny weszły więc w zażyłość wielką acz z rzadka okraszaną wizytami, bo powodów nie-spotykania się jest aż sześć. Czasem choruje i zaraża Dusio, czasem Ala, potem Nusia. Gdy skończy Nusia, przychodzi czas na Werę, potem jej siostrzyczkę. A gdy wszyscy już w dobrym zdrowiu, zaczyna noskiem siąkać Laurcia. I tak w koło Macieju – cytując Maciejkę:)
Tym razem zdarzył się cud i Mona z mężem i córeczkami przyjechali do Rutków.
Przy okazji zabawiania najmłodszych latorośli, które jak przylutowane tkwiły twardo przy swych mamach, rozpoczął się koncert wierszyków i wyliczanek dziecięcych.
Wśród nich zaś ten, który mógłby z powodzeniem konkurować ( zwłaszcza w końcówce) z wiekopomnymi dziełami Hitchcocka.
Zaczyna się niewinnie…
Tu-tu-tu ( stukamy palcem w rączkę) soroczka
Dzieciom kaszkę warzyła
Na półmisku mierzyła
Temu ( pokazujemy jeden paluszek) dała w szklaneczkę
Temu ( drugi) dała w kubeczek
Temu( trzeci) dała w miseczkę
Temu (czwarty) dała w talerzyk
A temu ( kręcimy kciuk)…
UWAGA!!!!!!!
Krętu – krętu głowę urwała
I poleciała na ogrody pić wody:)
Na te słowa właśnie Mona wezwała imię Boże nadaremnie, a następnie przedstawiła zgoła inną wersję wierszyka o jakiejś woronce, która nikomu nic nie urywała i ogólnie przykładną mamą była.
Rutki wierszyk o obrywaniu łepka wcale nie przeraża, bo od maleńkości go słyszała od swojej mamy, która słyszała go od swojej, a ta znowu od swojej…
A ostatnio Rut zasłyszała gdzieś, że w bajkach i baśniach musi być jednak trochę( z akcentem na trochę) zła i przemocy, bo one są zwierciadłem, w którym przegląda się nasz nieidealny jednak świat.
Ważne tylko, by obok zła było dobro i by to ono ostatecznie zwyciężyło.
Bracia Grimm o tym wiedzieli. Bez oporów obrywali nie tylko łepki, ale i nogi, rozpłatali brzuszyska, obcinali pięty…
Jakby tu ukarać tę wyrodną soroczkę?
mała apokalipsa
Jest zdanie – wytrych.
Zdanie, które pustoszy psychikę małego człowieka jak świat bomba atomowa.
Zdanie od którego Laurci warzy się mina zupełnie tak jak zwarzyła się Misiowi polewa na ciasto.
Zdanie, od którego rozpacz maluje się na twarzy zupełnie taka jak na obrazie pt. „Krzyk” Muncha, a może nawet jeszcze głębsza.
Zdanie, które grozą przeszywa kości i serduszko rozdziera strasznymi podejrzeniami.
Zdanie, które wyciska łzy z ócz prawie czarnych niemal tak skutecznie i nagle jak cebuli krojenie.
Zdanie, po którym krzyk bólu lotem błyskawicy rozdziera powietrze.
Zdanie, które podrywa natychmiast maleńką pupcię i każe nóżkom biec w pogoni, a rączkom spazmatycznie chwytać skrawki szat matki uchodzącej nie wiedzieć gdzie.
Zdanie najupiorniejsze na świecie, wieszczące koniec życia, radości i bezpieczeństwa.
Gdy przebrzmi ostatnia jego głoska to już tylko płacz, smutek, rozpacz i rwanie włosków złocistych zostanie.
„Popilnuj jej” – brzmi to zdanie rzucane na odchodne przez umiłowaną mamę:)
i… klamka zapada
i… świat gaśnie
Każdy ma swoje własne małe apokalipsy.
Czasem malutkie jak ziarnko gorczycy, a tak wielkie.
w szczelinie światów
– Kiedy będzie drugi świat? – znowu Nusia, która ostatnio w nastrojach filozoficznych brodzi po kolana.
– Nie wiem. – odpowiada Rut zgodnie z prawdą. I może jest to odpowiedź najbliższa prawdy ze wszystkich, które udzieliła w swym życiu.
– A my tam będziemy?
– Postaramy się. Bo tam będą tylko dobrzy ludzie.
– A dziadek R. ?
Rut zaczepia myślą o zaświaty, w których jej tata przebywa od lat dziewięciu.
– Tak. Będzie. – mówi spokojnie.
– Ale on nie żyje. – przypomina dla ścisłości córeczka.
– Nie żyje, ale zmartwychwstanie i będzie żył znowu.
– A Jezus?
– Jezus już zmartwychwstał.
Chwila milczenia wypełniona namysłem dziecięcym, zawiesistym.
– A czy ja dotrwam do Bożego Narodzenia? – pada pytanie gdzieś z końca przeprowadzonego ciągu myślowego.
Rut zaczyna się śmiać.
– O – mówi rubasznie – Jesteś młoda i zdrowa. Myślę, że dotrwasz.
„Chociaż nigdy nie ma pewności” – myśl jak cierń wbija się w serce.
Ile takich cierni zarysowuje co dzień nasze serca.
„Z prochu powstały i w proch się obrócą”. – nie ma boleśniejszej myśli dla matki.
I nie zgadza się serce i krzyczy, że to nie do końca prawda.
Nie tylko z prochu powstały, lecz z cierpienia, samozaparcia, łez tysiąca, z sekund sączących się szpitalną kroplówką, z oczekiwania, z miłości wielkiej.
To wszystko ma wagę złota nie prochu.
Widzisz to. Rozumiesz.
Przesyp nasze dzieci jak kamyczki złote z jednej dłoni w drugą.
