Tak go nazywają nasze dzieci.
Może i was pobudzi do refleksji o życiu:)

Kolejna witryna sieci „blog.deon.pl”
Tak go nazywają nasze dzieci.
Może i was pobudzi do refleksji o życiu:)

Prowadzamy sobie też ostatnio poważne rozmowy o śmierci. I to prowadzamy je z Laurką. Prowadzamy jak mnisi klauzulowi po klasztornym dziedzińcu:)
I oto dzisiejszego, nieco pochmurnego poranka dosiada się do mnie na rozłożystym nowym łóżku Nusi.
Ja czytam Pismo święte, a maluszek leżąc obok, popatruje na plastikowego kościotrupa. Niegdyś szkielecik należał do któregoś z wujków i był – zdaje się – zawieszką do kluczy. Swoją drogą bardzo pobudzającą do refleksji zawieszką. Memento mori.
To pobudzanie nadal szkielecikowi pozostało, bo dziecina nagle podnosi się z łóżka i zaglądając mi w oczy zaczyna monolog:
– Mamo, ja nie chcie ziebyscie byli stazi.
– Tak? – odrywam się od lektury.
– I nie chcie ziebyście umalli
– I nie chcie ziebyście byli w grupie*
– I ziebyście nie śli do nieba.
Monolog prawie hamletowski.
Tyle, że bohater Szekspira miał do dyspozycji jeno czaszkę, więc i monolog okrojony. Przy całym szkielecie oracja siłą rzeczy musiała być dłuższa.
– Ale w niebie jest dobrze. – włączam się w ciąg dalszy dramatu – Chcemy tam pójść. I ty też pójdziesz.
– Dobze. – zgadza się spolegliwy Hamlet – Ale nie umalniemy, co?- zastrzega.
– No to musimy się trochę postarać i dożyć do końca świata. – znajduję kompromis.
Umrzeć, albo nie umrzeć – oto jest pytanie:)
* nie chodzi bynajmniej o grupę świętych, ale o grup, tzn. grób:)
Jutro wraca Alusia.
Po dwutygodniowym obozie harcerskim w lesie. Daleko, daleko stąd. Bardzo czekamy i mamy wrażenie jakby minęły dekady bez niej. Ale ona pobędzie tylko dziesięć dni i znowu wyrusza. Chwilę potem wyjeżdża Dusio. Wrócą pod koniec wakacji. Z nami zostają tylko Nusia i Laurka.
Tylko.
Wiem, że dla niektórych to niewyobrażalne mieć więcej niż jedno dziecko, a życie z dwójką kojarzą jako niekończące się trzęsienie ziemi. Nam jednak trudno jest funkcjonować w tak okrojonym składzie.
Musimy się pogodzić z Misiem, że weszliśmy w nową fazę życia – dzieci wylatujących z gniazda. To na razie krótkie loty kontrolne, pierwsze rozkładanie nieporadnych skrzydeł, lecz i one wiążą się z dziwną pustką, do której trudno przywyknąć.
Na szczęście bujny charakter Laurki częściowo rekompensuje nadmiar ciszy, porządku i miejsca. Doświadczenie wychowania trójki dzieci przed nią czasami nie ma zastosowania. To truizm, ale każdy naprawdę jest inny i wyjątkowy.
Nie zawsze da się wykorzystać te same narzędzia przy obróbce dębu i lipy. Gięcie, które sprawdza się przy wierzbie, nie będzie skuteczne przy gałęziach jabłoni. Metody, które uformowały nasze starsze dzieci, u Lali przynoszą marne efekty. Jesteśmy więc jednocześnie doświadczonymi rodzicami dzieci nastoletnich i bywamy sobie chwilami nieopierzonymi mamą i tatą czterolatka. Prowadzimy poważne rozmowy o życiu, by w chwilę potem zagłębić się w prywatne życie Świnki Peppy. Jesteśmy mistrzami i gapiowatymi czeladnikami jednocześnie.
Ma to swoje plusy.
Z Alą mogę wymieniać się garderobą ( wciąż nie tyję:), a idąc z Laurką za rękę uchodzę za młodą mamę. Gorzej odwrotnie: nie ponoszę ciuszków Laury i nie odejmę sobie lat spacerując z Alusią:) Coś za coś.
Tymczasem Ala wraca. Czekają niespodzianki hand made:) Zrobię misia z budyniu.
Alusia wraca!!!
Rezerwat Żubrów .
Przy wybiegu tych dostojnych zwierząt. 40 stopni w cieniu. Z wysokiej trawy widać tylko rogi i czasem wywijające chwościki żubrzych ogonów.
Turystka do strażnika: Mógłby je pan obudzić?
Strażnik: Ale one nie śpią.
Turystka zawiedziona: Ale leżą i nie chcą wstać, a my ich nie widzimy.
Strażnik z uśmiechem igrającym na ustach: A jak pani leży na plaży i jest gorąco, to chce się pani wstać?
Zwyczaje ludzi i zwierząt:)
One nie potrzebują naszego podziwu i nie wymagają byśmy stawali na baczność przed nimi. A my przekraczamy kompetencje władców świata. Zresztą, nie tylko w tej kwestii. W wielu poważniejszych również.
I tylko przy tym jesteśmy groteskowi i Komuś uśmiech igra na ustach. Choć gorzki to uśmiech.
Błaźni tego świata.
– Do brzuszka, do brzuszka!!! – prosi czasem Laurka i chwyciwszy cokolwiek bądź co przypomina kocyk czy narzutę, wspina się na kolana.
Biorę ją, zwija się w kłębuszek na moim podołku, a ja przykrywam ją przyciągniętym cokolwiek-czymś. I już jest prawie trzy lata temu – cofnięta do epoki, gdy jednym światem był brzuch mamy. Ciepło, bezpiecznie, ciemno, z rytmicznym stukotem pociągu serca.
Ja też tęsknię do takiego miejsca.
Nie ciągnę kocyka po podłodze, nie siadam na kolanach mamy, ale… wszędzie, gdzie się pojawiam, szukam małego, cichego kącika. Dom, który tworzę; przestrzenie, nad którymi mam władzę to dziesiątki „kącików”, zacisznych miejsc osłoniętych przed wzrokiem innych, hałasem i zimnem.
Chowam się w nich z kubkiem herbaty, z książką lub ze zwykłą myślą i zastygam. Zimą mam kącik pod choinką, latem ulubione zakamarki na działce, zaułki dobre do czytania książki. Gdziekolwiek się pojawiam, od razu rozpoznaję te miejsca. Jakby specjalnie czekały na mnie. W domu przyjaciół, w lesie, na łące, w miejskich przestrzeniach. Tam wracam do siebie z dalekiego, rozległego świata.
A kiedy myślę o tym, co będzie potem, wyobrażam sobie siebie zwiniętą jak małe dziecko w zagłębieniu czyjejś dłoni.
– Do wnętrza Ciebie!!! – proszę czasem cicho.
– Nie ma dwóch takich samych samców batalionów. – chwalę się swoją wiedzą przed szklaną gablotą muzealną – Tak różne mają ubarwienie.
Informacja ta zaszyła się już bardzo dawno w moich zwojach mózgowych. Kiedyśtam, gdy sama jako dziecko byłam na szkolnej wycieczce w Białowieży.
– Nie ma dwóch takich samych batalionów – tłumaczy Dusio po powrocie siostrze Nusi. Tu nagle błyskawica żartu śmiga mu w źrenicy
– Ale TRZY takie same są. – dodaje:)
– Widzieliśmy JANIELE. – wspomina z rozmarzeniem Laurka.
– To chyba krzyżówka jeleni z danielami – zastanawiamy się głośno:)
– A co ci się najbardziej podobało w Białowieży? – pytam maluszka w drodze powrotnej.
– Ummm. – zastanawia się intensywnie i słusznie, gdyż widzieliśmy wiele – Łazienka, łózka i basen!!! – wykrzykuje po namyśle.
No tak. Właśnie dla tych atrakcji przemierzyliśmy setki kilometrów:)
Są miejsca, które przyciągają jak magnes.
Nie jesteś z nimi jakoś szczególnie skuty więzami wspomnień, śladami przodków ani pomrukiem krwi w żyłach, a jednak… Im bliżej tych miejsc, tym bardziej czujesz pragnienie przylgnięcia. Jakbyś nie oddalał się od domu, lecz doń zbliżał.
Taka jest Puszcza Białowieska.
Cokolwiek o niej powiedzieć, za mało słów w słowniku. Dziewicza, tajemnicza, magiczna to pojęcia zbyt ludzkie, zbyt wąskie i zbyt szerokie, by trafić w sedno. Można tylko próbować opisywać drobiazgi, wycinki, poszczególne puzzle.
Pnie przewrócone ręką przemijania i dalszemu przemijaniu poddane póki nie znikną zupełnie pod mchem, darnią i życiem toczącym się na nich jak w wielkich metropoliach.
Półmrok puszczy: chłodny i ocierający się aksamitnie o ciało jak łaszące się zwierzę.
Linia kolejki wąskotorowej znikająca za wielo-zielonym zakrętem, gdzieś w podcieniach myśli przypominająca o naszym wiecznym odchodzeniu do tajemnicy.
Zrywający z pościeli klekot bociani, łudząco podobny do łoskotu bambusowych kijków uderzanych przez wiejskiego łobuza.
Obejścia z drewnianymi domami przytulone do siebie jak stadko kurcząt. Okna w rzeźbionych obramowaniach przypominających sploty kwiatów, winorośli i ptaków.
Ścieżki rozwidlające się nieustannie kusząco i znikające w głębi wnętrzności lasu, bez drogowskazów, bez bezpiecznej kojącej linii horyzontu naprzeciw.
Zapach pradziejów, starych desek, kwiatów w ogródkach, zbutwiałych liści.
Błyszczące kopułki wiejskich cerkiewek, przenikliwe oczy ikon, przechylone spróchniałe krzyże strzegące krętych, wybitych szos prowokują do nieustannej, choć półświadomej modlitwy.
To tylko kilka kawałków tego świata, zupełnie innego świata, w którym zaskakująco swojsko się czujesz. Tu – prawie to wiesz na pewno – biją źródła wielu tajemnic. Tutaj mógłbyś odkryć kim naprawdę jesteś i skąd pochodzisz, bo dokąd zmierzasz to już kwestia twoich wyborów.
Jesteś utkany dokładnie z tych samych nitek, z których powstało śmigiełko klonu, które spadło ci pod nogi i którym bawi się teraz twoje dziecko. Te same sploty ktoś wykorzystał, gdy powstawałeś ty i potężny dąb, którego nie sposób objąć nawet w kilka osób. Tak samo jesteś piękny jak poduszka mchu okrywająca kamień. Jesteś równie stary jak puszcza, nosisz w sobie mądrość pradziejów, wszystkie życiodajne soki krążą w tobie. Nic nie umiera w tobie nadaremnie, nic nie znika, by nie miało powstać nowe. Nawet wypróchniały od środka, wciąż jesteś cenny. Zagmatwane szlaki prowadzą dokładnie do celu, ciemność jest tylko tłem dla światła, ta sama dłoń gładzi policzki wody w stawie i twoje.
Tyle myśli przychodzi ci do głowy, większość nie do wypowiedzenia w ludzkim języku, bo cokolwiek powiesz o puszczy, o sobie, o życiu to wciąż nie to, co powinno zabrzmieć. Nieadekwatność opisu i tajemnicy. Chybione porównania, kulejące metafory obchodzące dokoła istotę jak pies norę królika. Ale tu nie martwisz się swoją nieporadnością. Śpisz jak niemowlę w zielonej kolebce dziewiczej puszczy, zupełnie pogodzony sam ze sobą i światem.
Nad ranem budzi cię klekot bociani.
Kilka fotek z naszej ostatniej podróży.











Tak to wygląda okiem aparatu, choć nie oddaje piękna widzianego ludzkim okiem.
Czasami się denerwuję jak dziecko i po n-tej próbie zrobienia dobrego ujęcia mówię:
– Aparat jest ślepy. Widzi zupełnie inaczej niż ja!!!
🙂
– Co piszesz? – pyta Ala delikatnie powiewając na huśtawce.
– Wiersz. – odpowiadam krótko z hamaka.
– Aha.
Dobrze jest żyć wśród ludzi, którzy nie dziwią się takim odpowiedziom:)

Leżę pod szmaragdową kopułą leszczyn.
Śledzę gałązek wędrowanie.
Jakby – myślę- szukały oparcia tam,
gdzie go być nie może: w przestrzeni.
I – o dziwo! – znajdowały je.
Każdy liść ułożony jest bowiem
na niewidzialnej półeczce sensu,
każdy jedno-wiedzący:
jak, po co i gdzie.
Bez cienia wątpliwości, choć w przestrzeni nie do końca jasnej.
Jeżeli drżenie, to nie z trwogi.
Jeżeli spokój, to nie z powodu apatii.
Zielonymi łapkami dotykają sedna
z gruntu nienamacalnego.
Wiszę pół metra nad ziemią.
W hamaku rozpiętym
na mocnych argumentach sznurów.
Inaczej nie umiem.
Zbyt ciężka jestem od wahań.
Znowu rozpoczęliśmy letnie wędrowanie.
Klatki filmu przemykającego za oknami auta są ulotne jak większość chwil. Tak niewiele pamiętamy z życia.
Ala i jej cioteczna siostra Isia opowiadają mi książkę, którą przeczytały w trakcie pobytu u dziadków. Oba mole książkowe już drugiego dnia powędrowały do wiejskiej biblioteki. Teraz siedzą na drewnianej huśtawce i mówią jedna przez drugą przez co fabuła staje się wyjątkowo zawiła, nawet jak na powieść fantasy:)
– Oni odbierali ludziom wspomnienia… – mówi jedna.
– Wysysali z nich wszystkie dobre wspomnienia – poprawia druga.
– I kiedy zabrali już komuś bardzo dużo wspomnień, ten człowiek umierał, a oni mogli wrócić do życia.
– A jeden zapomniał 40 dni ze swojego życia… – dorzuca Isia.
– Dziewczynki, ja i bez wysysania więcej dni zapomniałam – śmieję się – Więcej niż połowy życia już nie pamiętam. Wy też dużo zapomniałyście i zapomnicie.
Kiedy więc pędzimy autem, chłonę oczami pochylone w stronę drogi białe ciała brzóz, ciemne kolumnady lasów, połyskujące lustrzane tafle stawów, gonię oczami stada baranów na niebie i… zapominam w chwilę potem prawie wszystko. Pozostaje tylko nikłe wrażenie piękna, osad jak ten na dnie dzbanka po letnim kompocie.
– Jabłka, goździki i mięta… – zgaduje moja była uczennica Kasia, pijąc powoli delikatnie różowy napój.
– Tak. – odpowiadam szybko – Znać mistrza kuchni! – chwalę.
– Wystarczy tylko powoli rozebrać na poszczególne smaki. – skromnie tłumaczy swój sekret dziewczyna.
Jest piękna, bujna, długie blond włosy zebrane w koński ogon. I jest dorosła. A ja pamiętam ją jako małą dziewczynkę. Niektóre rzeczy jednak zostają na długo.
Może dlatego, że są jak mocne pociągnięcie za sznur dzwonu.
Widok samotnej studni na środku pola. To dla mnie takie mocne szarpnięcie.
Znowu widziałam taką. Przekrzywiony kołowrót, ruda od rdzy kolba, pęknięta cembrowina, a wokół żadnego innego świadka, że kiedyś mieszkał tu człowiek. Może jeszcze tylko czasem kwiat szlachetniejszy niż chabry i maki, w miejscu, gdzie kiedyś był ogród, ale żeby go znaleźć, trzeba by stanąć , poszukać. Poza tym nic. Nawet fundamenty domu połknięte przez ziemię.
Tylko tyle po nas zostanie. Tylko to, co najgłębiej było. Ukryte źródło.
Jutro jedziemy dalej. Opowiadam Laurce gdzie.
– Ja chce spać tutaj, w swoim domku – dodaje na koniec mojej opowieści – nie w wiezy ze zwiezątkami:)
Może znowu po drodze spotkamy studnię i zapomnimy więcej niż połowę.

foto: Alusia i Isia:)