błąd systemu

Ojciec Hołowaty:)

 

Moja siostra jest pielęgniarką. Kiedyś, na praktykach, była w szpitalu psychiatrycznym. Powierzono jej opiekę nad dziewczyną chorą na anoreksję.

Były to jedno z najtrudniejszych doświadczeń w jej życiu. Widziała wygłodzoną , ledwie trzymającą się na nogach istotę, do której nie docierało, że idąc za podpowiedzią swego braku łaknienia, idzie w kierunku śmierci. Dziewczyna wyglądająca jak szkielet ludzki widziała w lustrze siebie otyłą.

Błąd systemu.

Amelia dla jej dobra musiała siedzieć przy niej podczas posiłku,a czasem trwało to ponad godzinę nim pacjentka włożyła cokolwiek do ust. Niestety wystarczyło, że opiekunka odwróciła na chwilę wzrok, a pożywienie z ust lądowało do kieszeni, albo w rękawie. Wszystko dlatego, że dziewczyna nie odczuwała głodu.

Błąd systemu.

W końcu nie było wyjścia i została przypięta pasami do łóżka, a potem karmiona na siłę.

Kiedy jednak ją odpinano, szła natychmiast do łazienki, by spowodować wymioty, a jeśli nie mogła, ćwiczyła intensywnie, by zrzucić kalorie. Te same, które z takim trudem jej dostarczono, by przeżyła kolejny dzień.

Błąd systemu.


W życiu duchowym jest podobnie. Jeśli nie odczuwamy głodu, pragnienia, nie oznacza to, że jesteśmy syci i zdrowi.

Tylko tu nikt nas nie nakarmi na siłę.  Bóg nas nie przypnie pasami. Mamy wolną wolę. Coś najpiękniejszego i najbardziej niebezpiecznego w byciu człowiekiem.

 

 

 

 

pytania ze środka ogrodu

 

Jest taki etap wiosny kiedy chodzę po mojej działce i oglądam pączki drzew i krzewów. Dotykam gałązek, sprawdzam rany.

– Ten chyba przemarzł. – mówi mój mąż pochylony nad młodym krzakiem agrestu.

Dotykam po kolei ciemne oczka na gałęziach, przesuwam je w palcach jak paciorki różańca. W skupieniu. Zupełnie jak lekarz w ciszy bada puls chorego.

– Nie, wydaje mi się, że są chłodne. Chyba żyje. – stawiam diagnozę, choć z pewnym wahaniem, bo inne agresty już kipią zielenią.

Najpóźniej ożywają paulownie. To już wiem, więc nie niepokoi mnie pozorna martwota ich nagich gałęzi. Trzeba poczekać, choć gdy czekanie się przedłuża, podchodzę do drzew coraz częściej, gładzę korę, wsłuchuję się w tętno.

Tamaryszek też wygląda jak martwy. Gęsto ułożone drobne pączki długo nie zdradzają wewnętrznego stanu krzewu. Ale pewnego dnia z szarych zaczynają robić się różowawe. Trzeba dobrze się przyjrzeć, by dostrzec ten drobny niuans w zmianie barwy.

Martwi mnie też młoda brzoza. Kwitła na niektórych gałęziach, na innych pojawiły się zielone żagle liści, ale reszta wygląda jak żałośnie rozczochrane suche włosy.

Bo zawiązki liści nie zawsze świadczą o życiu. Czasem to jest ostatni wysiłek przed agonią. Też już to widziałam nie raz. Czasem umierająca roślina wypuszcza jeszcze ostatni rachityczny kwiat, bo wie, że jedyną szansą na przeżycie jest przekazanie go w owoc.

 

Chodzę więc po mojej działce, domorosły ogrodnik , i pytam o życie i śmierć.

Ostatecznie, gdy nie ma pewności, a i cierpliwość się kończy, robię ostatni test. Trzeba złamać jedną gałąź, koniec drugiej, trzecią, kolejną… Wyczuć siłę oporu, wsłuchać się w ton trzaśnięcia, w końcu zajrzeć w głąb. Znaleźć tam lub nie znaleźć małą zieloną plamkę żywej tkanki.

Po tym teście wiem już, że jedna z hortensji umarła. Poczekam jeszcze, bo nadzieja umiera ostatnia, a jeśli korzeń był silny zdarza się cud wskrzeszenia.

 

Są takie chwile w życiu kiedy dotykam myślą ludzi obok i samej siebie.

Patrzę, wsłuchuję się, martwię, pytam: żyjemy jeszcze czy już umarliśmy? Szukam śladu żywej tkanki na dnie spojrzenia, myśli, słowa, gestu, serca.

 

Łamię siebie w spowiedzi. Jedną, drugą, trzecią gałąź…

Nie znam boleśniejszej i bardziej skutecznej metody, by upewnić się czy nie jestem trupem.

 

 

 

 

decyzja

 

Akt poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Maryi

Obieram Cię dziś, Maryjo, w obliczu całego dworu niebieskiego, na moją Matkę i Panią. Z całym oddaniem i miłością powierzam i poświęcam Tobie moje ciało i moją duszę, wszystkie moje dobra wewnętrzne i zewnętrzne, a także zasługi moich dobrych uczynków przeszłych, teraźniejszych i przyszłych. Tobie zostawiam całkowite i pełne prawo dysponowania mną jak niewolnikiem oraz wszystkim, co do mnie należy, bez zastrzeżeń, według Twojego upodobania, na większą chwałę Bożą teraz i na wieki. Amen.

św. Ludwik de Montfort

 

 

Gdy moja ojczyzna została włożona w Serce Maryi, to Serce Matki  stało się moją ojczyzną.

 

 

 

życiodajna obecność

 

Wracaliśmy z mężem i Laurką do domu. Córkę odebraliśmy właśnie z przyjęcia urodzinowego. Nusia nie dała się odebrać, bo „jeszcze za wcześnie”:) Jechaliśmy powoli, bo osiedle domków ma ograniczenie na lokalnych drogach do 30.

– O, jaki mały! – mówi nagle mąż wskazując małego chłopczyka – I tak chodzi sam po ulicy.

Minęliśmy dziecko i jechaliśmy dalej, ale mój mąż jeszcze raz spojrzał w lusterko.

– On chyba płacze – zaniepokoił się.

– Zatrzymaj się – rzuciłam szybko i wyskoczyłam z auta, nie czekając aż zupełnie zahamuje.

– Dlaczego płaczesz? – zapytałam, podchodząc do malutkiego, około 3-letniego chłopczyka.

Zanosił się od płaczu, był mokry od łez i zasmarkany.

– Nie ma mamy. – wyjąkał zachłystując się łzami.

Rozejrzałam się bezradnie. Na ulicy żywej duszy, poza jedną dziewczynką. Powoli się ściemniało.

– Nie płacz – schyliłam się nad malcem – Znajdziemy twoją mamę. A może mama jest w domu?

– Nie. Nie ma mamy. – zachlipał.

– A wiesz gdzie jest twój dom? Pokażesz mi?

Skinął główką. Wytarłam mu nos chusteczką i wzięłam za małą rączkę.

Ja – wysoka, on – maleńki. Szliśmy razem. Ja – stukając obcasami, on – siąkając noskiem. I nie wiadomo kto kogo prowadził. On mnie, czy ja jego. Mąż zawrócił auto i jechał powoli za nami uliczkami cichnącego wieczornego osiedla.

Po drodze zabrałam mały plastikowy motorek, który dziecko zostawiło na rogu ulicy. Bo po co komu motorek, gdy mama zniknęła.

– Nie płacz – uspokajałam go cały czas – Nie martw się kochanie, znajdziemy mamę. A on raz po raz zanosił się szlochem.

W końcu doszliśmy. Pokazał paluszkiem furtkę.

-Tu – powiedział.

Ale dom nie oznaczał mamy. Była babcia, ciocia…

Mamę znaleźliśmy później.

 

Po wszystkim wsiadłam do auta, męża, córki i zamyśliłam się się.

Znam wszystkie role tej scenki.

Jestem mamą – wiem, co to znaczy być dla kogoś powietrzem i że moje zniknięcie może być równoznaczne ze śmiercią z rozpaczy.

Jestem też czasem kimś kto prowadzi, pociesza, uspokaja, podaje rękę.

Ale wiecie co?

Najbardziej jestem małym trzyletnim dzieckiem, które na przemian gubi się i szuka swojej mamy.

Nie ma domu, jeśli nie ma mamy. Nie zastąpią jej obecności żadne gadżety, żadne nawet najmilsze towarzystwo, nie zrekompensuje poczucie swobody penetrowania swego życia jak osiedla o zmroku.

 

Kiedyś, na studiach znalazłam gdzieś słowa, które pewnie Bóg wypowiada do każdego z nas: „Bez ciebie nie ma dla mnie żadnego nieba.”

Wypisałam je sobie na kartce i powiesiłam nad łóżkiem w akademiku.

Rozbrajające wyznanie, które Bóg codziennie mi powtarzał: Będę cierpiał, jeśli nie będzie ciebie przy mnie.

 

Ja to samo mówię Jemu:

Nie chcę żyć bez Ciebie. Nie istnieje dla mnie dom bez Ciebie. Nic się nie będzie liczyło, jeśli oddalę się od Ciebie. Nie chcę być szlachetna, dobra i piękna bez Ciebie. Nie zależy mi na własnej doskonałości, jeśli nie będę blisko Ciebie. Nie interesuje mnie niebo jako miejsce radosnych igraszek i wiecznej nagrody. Ono interesuje mnie tylko dlatego, że Ty tam jesteś. A jeśli się zgubię, będę szlochać i biegać po ciemnych uliczkach, porzucę wszystko co mam i będę pytać wszystkich, których napotkam żeby znaleźć Ciebie.

 

Jestem małym trzylatkiem na ulicy. Nie zależy mi na niczym innym, tylko na obecności mamy.

 

 

posiadanie

 

Coś jeszcze z Ojca Andrzeja Hołowatego…

 

 

Nic nie posiadasz. Nikogo nie posiadasz.

Nic ci się nie należy. Nikt ci się nie należy.

Nic nie jest twoje. Nikt nie jest twój.

Zwolnij uścisk.

Zaciskając palce, niszczysz to, co trzymasz.

 

Ten obrazek porusza lawinę myśli w mojej głowie.

 

 

 

żar na dnie serca

 

Pracujemy pilnie w ogrodzie. Porządkujemy kolejne nietknięte od lat ludzką ręką zakątki, które rządziły się własnymi, dzikimi prawami. Sadzimy nowe drzewka, które ucieszą pewnie bardziej przyszłe pokolenia niż nas. Wiśnie, czereśnie, morele…

Mąż z synem przekopują ogród. Konkretna męska praca. Zapach obornika ma zadziwiającą moc przenoszenia w przeszłość i przyszłość jednocześnie. Kojarzy się z dzieciństwem i daje nadzieję na obfitość plonów.

Ja wraz z dziewczynkami chodzimy od jednego do drugiego miejsca, siejąc trawę i kwiaty. Tu będą słoneczniki bordowe, a tutaj te w różnych odcieniach złota i pomarańczu. Przy brzegach ogródka niezawodne nagietki. Na tarasie donica z wrzoścem.  No i ukochane onętki vel kosmosy wszędzie!!!

Jak to kobiety – do całego dzieła doszywamy ozdobne koronki i falbany. Można naszej pracy zarzucić, że to tylko detale, a nie istota, ale ktoś już dawno to zauważył, że nie samym chlebem żyje człowiek. Czasem może żyć mu się chce tylko dlatego, że kwiaty kwitną i trawa się zieleni, więc warto zadbać i o deseń na talerzu, nie tylko o to, co nań włożyć.

Pod koniec dnia patrzę z okna w dachu na ten kawałek ziemi mojej i nie mojej, dzierżawionej mi tylko w terminie zwanym „życie”.

Tym i czymś o wiele większym jest ojczyzna.

Nie umiem opisać uczucia, jakie mi towarzyszy, gdy myślę o Polsce.

Bo to nie tylko mój ogródek, mój dom, moje dzieci, mąż, moje kwiaty, dzieciństwo przylatujące na skrzydłach zapachów, książki, ukochani ludzie i przedmioty, marzenia…

Ogromnie przeżywam ostatnie dni, gdy wspominamy rocznicę Chrztu i powstania Polski. Jestem i mam prawo być dumna z mego kraju i mego narodu. Modlę się o to, by w całym tym wyjącym wokół żywiole, moja umiłowana ojczyzna została zachowana.

Tylu już jej nie kocha i wstydzi się.  Tylu nigdy nie nauczono jej kochać. Dzieci w szkole wzruszają ramionami: A co to jest ojczyzna? Co ona mi dała?

 

Mój mąż podszedł do stery popiołu z wczorajszego ogniska. Rozgarnął szary, martwy pył i nagle buchnął żar ukryty. Był tak wielki, że musiałam się cofnąć. Przypomniałam sobie te słowa z „Dziadów”, których nauczyłam się na pamięć jako nastolatka i które czasem szepczę sobie dla podtrzymania wiary:

„Nasz naród jak lawa. Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa. Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi. Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”

 

Minęło 1050 lat, a mój naród kryje w swym łonie żarzące węgle. Czasem szarzyzna nasza nas przygniata jak popiół, ale nie wygaśliśmy.

Z tego żaru wyjdzie iskra, która przygotuje świat …

 

 

 

 

 

obleczona w słońce

 

Siedzę sobie na naszym nowym poddaszu przyszłego domu.

Stary zakurzony strych obory, oblepiony niegdyś pajęczynami, zbutwiałą słomą, siedlisko pająków, myszy i nietoperzy, mieszkanie niepokojącej ciemności stało się oto przytulnym poddaszem skąpanym w blaskach słońca. Potoki światła wlewają się już nie przez jedno, ale przez cztery okna i przez szerokie drzwi balkonowe. Razem ze światłem wchodzi do wnętrza widok koron drzew, obłoków, budek dla ptaków, jabłonek z sadu, pamiętających jeszcze mój szczenięcy szczebiot, gdym zbierała kosztele w trawie.

Siedzę na brzeżku łóżka, które kiedyś było piętrowym łóżkiem moich starszych dzieci. Jest mi tak dobrze w tym cieple i blasku, bezpiecznie w ramionach drewnianych belek podtrzymujących dach, ze stopami w plamie słońca rozlanej na betonowej posadzce.

A jeszcze niedawno był to mrok i jego brat niepokój. Z niechęcią tu przychodziłam.

 

To, co ostatnio wydarzyło się we mnie to zwycięstwo światła nad ciemnością.

Pisaliście mi czasem, że czytając słowa, które tu umieszczam, doświadczacie światła i pokoju. Jeśli tak było, ani światło ani pokój nie pochodziły ode mnie. Bo byłam samym mrokiem jak ten strych. Czasem przez szparę w deskach wnikała smuga światła i zabarwiła czerń w szarość, lecz światła nie było.

I nagle przyszła Matka i zalała wszystko morzem światła i pokoju.

Niepojęty cud.

Tak wielki, że błagam tylko, by się nie skończył, żeby nie był jak wszystko inne w moim życiu, przelotnym epizodem.

Nigdy już nie chcę wrócić do ciemnej nory, w jakiej mieszkałam tyle lat.

Dziś wysłuchałam bajki na dobranoc o. Szustaka. Bajki o jaskini. Ona jest o mnie.

Tylko to nie słońce pyta zdziwione, a ja sama: Gdzie jest moja ciemność? Gdzie się podziała? 

 

Matko, Niewiasto obleczona w Słońce, nosząca Słońce w swoim łonie, Zorzo polarna, Jutrzenko, Gwiazdo morza, mieszkaj z nami. Rozpraszaj moje ciemności.

 

 

 

 

 

 

dwa wilki

 

Mały Indianin zapytał dziadka:

– Dziadku, często czuję jakby we mnie coś walczyło. Co to jest?

Stary Indianin popatrzył na wnuka uważnie i odpowiedział:

– W każdym z nas są dwa wilki. Jeden wilk jest dobry, a drugi – zły. One będą w nas walczyły aż do śmierci.

– A dlaczego jeden jest dobry, a drugi-zły?

– Ten dobry to miłość, dobroć, współczucie, przyjaźń, troska, wybaczenie…- mówił starzec – A zły to złość, zemsta, nienawiść, pogarda, okrucieństwo, obojętność, kłamstwo…

Malec spuścił oczy i zamyślił się jakby wsłuchując się w walkę, która trwała w jego sercu. Po chwili spojrzał znowu na dziadka i zapytał cicho:

– A który wilk wygra?

– Ten, którego karmisz synu. – odpowiedział dziadek.

 

 

Co ja karmię w sobie? Czasem mój dobry wilk umiera z głodu i wycieńczenia.