przeoczenie

A wczoraj na działce  oprócz stukotu młotków, świstu szlifierek, nawoływań brygady: „Poooodaj!!! Nie, nie z tej stroony!!! Młotek? Gdzie młoootek!!!?” wiosna przechadzała się…

Wykluły się kurczęta na skalniaku

 

jaszczurka piekła boczki na słońcu

 

wytropiliśmy uciekinierów z ogródka. Już byli za płotem:)

 

różowe słońce przykucnęło na trawniku

 

 

Tyle sie działo oprócz zmiany dachu.

Ale większość przechodniów widziało tylko dach i słyszało stukanie młotków:)

Drobne przeoczenie.

 

Sztukmistrz

– Ala nie pomogła mi rozwiązać chustki – melduje Nusia po powrocie ze spaceru.

Chustka jest zielona w małpki i mama zawiązuje ją Nusi na szyi, bo wiosenne wiaterki lubią płatać figle.

– I sama rozwiązałaś? – pyta mama rozbierając Laurkę.

– Pociągnęłam o tak – prezentuje córeczka szybkim ruchem – i sama się rozwiązała. To po prostu czary mamo! – ekscytuje się – Pan Bóg mi pomógł zamiast Ali.

🙂 🙂 🙂

Jak się cieszę malutka, że umiesz Go dostrzec w takich drobiazgach.

To większa sztuka niż największe czary największych sztukmistrzów.


i to też czary…

 


 

przebić się przez twardą grudę w jedwabnych spódniczkach:)

 

grafika dnia

Rut usiłowała rozdwoić się na działce.

Jedną ręką woziła śpiącą Laurkę w wózku, drugą – prawą porządkowała mały ogródek przy budynku.

(Zupełnie jak Izraelici odbudowujący Jerozolimę: w jednej ręce – murarska kielnia, w drugiej – miecz dla obrony przed wrogiem.)

Laurka nie wożona, obudziłaby się „wtimiga” ( dla Zachodu Polski : „szybko”), a ogródek nie odgruzowany po remoncie dachu, mógłby już nigdy nie dojść do formy.

Ale  proces rozdwajania Rut ma opanowany do perfekcji. W tak pracowite soboty jak ta  musi się roztroić albo rozczworzyć.

„Dzięki Ci Boże, że uczyniłeś mnie mężczyzną” – modlili się pobożni Żydzi.

„I za co tu dziękować?” – myśli Rut – przekora – „Mężczyzna jak kopie to tylko kopie, jak grabi – to tylko grabi, jak śpi – to tylko śpi…”

Dziękuję, że raczyłeś Panie stworzyć mnie kobietą.

Gotując – zmywam podłogę, piorę i prasuję. Jedząc – karmię dziecko, podlewam kwiaty i robię herbatę. Śpiąc – czuwam, opatulam kołderką i patrzę księżycowi w twarz.

A na działce?

Mężulek co prawda obiecywał, że bobaskiem zajmie się sam osobiście, a ona będzie mogła oddać się szaleństwu z grabiami, pazurkami, łopatką i z czym tam jeszcze jej do twarzy. Na miejscu jednak zew pracy okazał się tak silny, że po pierwszym kwadransie przykładnego tatusiowania, Miś porzucił wózek na rzecz taczki i łopaty.

Na bolesny wyrzut Ruciny : „ale to ja miałam dziś pracować na działce” odparował krótko: „nie dasz rady wozić taczką i zgarniać łopatą”.

„Dam” – jęknęła cichutko.

Przecież prawie od roku o tym marzy, by się ciężko spracować na świeżym powietrzu, poczuć kłujące szpileczki w oskrzelach, szum krwi w skroniach, a następnego dnia obudzić się  z obolałymi mięśniami i odciskami na dłoniach.

O takich prostych rzeczach się marzy kiedy wiele miesięcy wegetujesz prawie w bezruchu.

Upraszcza się rysunek planów do kilku grubych kresek. Jak czarno-biała grafika.

Pobiec kawałek przez las.

Położyć się na trawie i poczuć jej ciepły wibrujący zapach wokół twarzy.

Zmęczyć się aż przed oczami zaczną fruwać czarne płatki.

Pchać ciężką taczkę.

Przesunąć kamień.

Nic więcej. Żadnych fanaberii. Esów – floresów. Plątaniny barw.

Żaden tam Monet z jego makami, nenufarami, wschodami słońca.

Kilka prostych kresek.

Grafika.


krasnale

Mimo skonania na dobre i pogrzebania systemu socjalistycznego ładnych parę latek temu, w naszym domu wciąż istnieją dobra deficytowe.

Należą doń:

1.Nożyczki – które wciąż dokupowane, bo jednak w sklepach oprócz octu i zapałek można je nabyć, giną jak kamfora zaraz po rozpakowaniu.

2.Taśma klejąca – która, wszystkim zawsze potrzebna w celu uprawiania radosnej twórczości, może być dosłownie wszędzie, ale zwykle jest „nigdzie”

3.Klej – podobnież

4.Długopisy –  nie mają szans „długo – się – popisać”, mają bowiem taką mysią naturę, że wściubiają nosy w najmniejsze zakamarki i … szukaj wiatru w polu

No i…

5.Krasnoludki – o których wiemy, że są, bo co roku przynoszą na Dzień Dziecka prezenty sprytnie je ukrywając na działce, ale od wiek wieków* nikt ich nie widział. A najbardziej nie widziała ich pewna pięcioletnia kobietka, co ją mocno frasuje i denerwuje po trosze.

– Mamo, a gdzie jest ten domek z zapałek, w którym mieszkały? – pyta ( Pamiętacie? Pisałam kiedyś, że mieszkały i że je widziałam tak dokładnie jak Was nie widzę. Nusia też pamięta:)

– Gdzieś u babci.

– To pójdę do niej i pożyczę.

– A co będziemy z nim robić?

– Postawimy na działce, nakruszymy ciasteczek i ZWABIMY krasnoludki. – wyłuszcza swój chytry plan.

– A po co ci krasnoludki?

– Bo ja ich nigdy nie widziałam, a to niesprawiedliwe, że jest takie dziecko, które nie widziało:)

Nie można zaprzeczyć – niesprawiedliwość to jest dziejowa!!!

Socjaliści by do tego nie dopuścili:)

– Ale mamo, ty naprawdę je widziałaś jak byłaś mała? – docieka Dusio, któremu sceptyczni koledzy zdążyli już namącić w głowie.

– Naprawdę.

– Ale przyrzeknij.

– Synku, naprawdę je widziałam.

Błogi uśmiech wykwita na twarzy dziecka. A jednak istnieje ten świat.

– Jak je zwabimy to je znów zobaczysz – obiecuje Nusia

– Chyba nie.

– Dlaczego?

– Bo krasnoludki mogą widzieć tylko dzieci, ja już mam za stare oczy.

– Nie mamusiu, nie masz starych oczu – zapewnia z całego serduszka dziewczynka – Zobaczymy je razem.

Rut już nic nie mówi. Nawet jeśli ma zbyt stare oczy to i tak je kiedyś widziała. Naprawdę.

I to jej wystarczy.


* czyt. od dzieciństwa Rutki

pożegnanie

Utopiliśmy w końcu zimę.

Malutka jak paluszek ( co by nie drażnić ekologów:) Marzanna osadzona na starej kredce miała spódniczkę z kolorowej krepiny i czerwoną czapeczkę. Uśmiechała się tajemniczo malowanym uśmiechem, gdy ją nieśliśmy na most. Jakby myślała: „ja tu jeszcze wrócę, zobaczycie”.

A potem fruuu…i już wartka fala rzeki porwała ją w podróż.

– Uciekaj zimo do morza!!! – krzyknęliśmy na odchodne.

I popłynęła, kręcąc zalotnie czerwoną spódniczką. Gdy była już tylko czerwoną kropelką na szaro-niebieskiej taśmie rzeki, stanęła na chwilę jakby się zawahała.

– Jeszcze tu wrócę, ale nie dziś…

Wróć , wróć, ale nie dziś i nie jutro. Po deszczowej wiośnie, upalnym lecie i złotej jesieni zatęsknimy za tobą.

Ostatni raz zamigotała na czerwono i znikła.

Rybitwa zakrzyczała nad mostem: „Morrrrdercy!!!”

– Pa pa – pomachała łapką Nusia.

Uroczyście ogłaszamy koniec zimy.

A dziś Prima Aprilis. Kawę soloną już piłam:) więc muszę Was oszukać.


Krasnoludki nie istnieją:)

ale o tym jutro ( jak czas i bobas pozwoli)

Pa pa.

z ramienia obrony

Rut zarządza wielkie wiosenne porządki szafowe. Właściciele poszczególnych półek mają się wypowiedzieć na temat:

co jest na nich za małe,

co zbyt zniszczone,

a w czym – z powodów czysto subiektywnych – chodzić nie zamierzają.

W tym celu wszystkie ubrania zostają wyrzucone i skrupulatnie przejrzane.

W trakcie operacji „Burza” mama-generał spostrzega – nie pierwszy raz zresztą – że niemal wszystkie koszulki Dusia ozdobione są tłustymi plamami z przodu, a dresy noszą ślady nacięć na kolanach. Ewidentne ślady!!! Nie trzeba być zbyt doświadczona mamą, by odróżnić przetarcia od przecięć, Rut więc pyta bez ogródek:

– Synu, dlaczego ty tniesz te spodnie?  (koszulki na razie pomińmy milczeniem)

Dusio stanowczo zaprzecza, choć z minką mocno zmieszaną.

Całą scenę obserwuje Nusia. Spogląda na marsową twarz mamy i na mieniące się oblicze oskarżonego.

– Nie mówmy tak! – wkracza do akcji  z ramienia obrony – przecież nie wiemy co się z tym dzieje!

Świetna mowa, pani mecenas.

Co z tego, że stwierdzono ślady zbrodni? Co z tego, że są jej dowody? Cóż z wyników ekspertzy sądowej jednoznacznie stwierdzających, że „nacięcia” skoro … ewidentnie brakuje sprawcy czynu? 🙂


Swoją drogą, kto ją tak nauczył roztrząsać sumienie?

Ja? 🙂


wisienka

 

– Mamo, przyjdziesz dziś do mnie? – pyta na ucho Ala.

– Tak, ale Dusio zarezerwował sobie pierwszy. – odpowiadam

– Kiedy?

– Przed chwilą.

Pierworodna ma nieszczęśliwą minę.

– Będziesz druga, albo trzecia – tłumaczę – bo jak Nusia zechce to ona musi być pierwsza.

– To nic jej nie mów, to nie zechce – konspiracyjnie znów na ucho:)

Sezon pielgrzymkowy uważa się za otwarty.

Co wieczór Rut wędruje od jednego do drugiego łóżka, by pobyć choć chwilę sam na sam z każdym i porozmawiać o rzeczach tajemnych, jedynych i niepowtarzalnych. Zwyczaj wprowadził Dusio, a dziewczynki szybko spostrzegły, że takie rozmówki przed snem są jak apetyczna wisienka wieńcząca torcik każdego dnia. Wisienki wczesną wiosną są nie do pogardzenia, a tym bardziej takie o smaku ciszy, słów szeptanych wprost do serca, chichotu tłumionego w poduszkę, bliskości, wyłączności.

Bo każde dziecko chce mieć rodziców choć odrobinkę na wyłączność.

Czasem tylko tata mruczy pod nosem: „to moja żona”, bo i tatusiowie chcieliby czasem zjeść wisienkę:)


odwet

 

– Złapmy koguta na działce – proponuje oblizując się Nusia

– Po co?

– Bo chcę taki pasztecik jak dziadek robi.

Dziadek to ten drugi dziadek. Ziemski, odległy o prawie 200 km. I rzeczywiście, w odróżnieniu od babci, dziadek świetnie gotuje. Tyle, że nie soli, bo „sól to biała śmierć”. Cukier zresztą też:)

– Ale to nie nasz kogut – przypomina mama w myślach dodając: „aczkolwiek by mu się należało w pasztecie zrobić karierę”.

– Ale po NASZEJ działce chodzi – niewzruszenie córeczka.

Chodzi, chodzi.

Przez siatkę przelatuje wraz ze swoim haremem i nasiona mi wygrzebuje.

Chyba go jednak złapiemy. Należy nam się drobna rekompensata za poniesione szkody:)

cuda

„Gdzie nie zdarzają się cuda,

tam nie ma ludzi szczęśliwych”.

Fryderyk Schiller

Ale gdzie nie zdarzają się cuda Fryderyku?

Stąpamy po cudach.

 

 

 

Cudem oddychamy.

 

 

Nasze ręce i oczy dotykają cudów.

 

 

 

 

Cuda napełniają nasze uszy.

Cuda mieszkają z nami pod jednym dachem.

 

 

Cudem jesteśmy sami.


 

 

 

 

Dlaczego więc czasami tacy jesteśmy nieszczęśliwi?


Niewidomi, głusi, zamknięci na trzy spusty szlochamy w swej mrocznej celi bez okien i z klamką od wewnątrz ?

Dlaczego?

 


Indiana Jones na tropie… harmonii

 

Faux pas ostatnio popełniliśmy na umówioną wizytę przychodząc, gdy nasza koleżanka „była w lesie” ze sprzątaniem. No, prawie w lesie. Las zaczyna się jakieś 200 metrów od jej domu:)

Dom jest świeżo postawiony, nowiutki.  Lśni, pachnie, błyszczy i zachwyca.

A tu niespodzianie…

– Taki u mnie bałagan – mówi  Iza-bella z rumieńcem wstydu na twarzy i ukradkiem wyciera trzy okruszki z kuchennego blatu.

– Chcesz zobaczyć bałagan ? – przyjedź do nas!!! – roześmiał się Miś.

Iza-bella nie ma dzieci, kotka jedynie i to bardzo ułożonego ( głównie na słonecznym parapecie), zielonego więc pojęcia mieć nie może Iza-bella o bałaganie.

A my?

No cóż.

Zaczynam zastanawiać się nad kupnem maczety co by łatwiej i szybciej torować sobie drogę przez dwa dziecięce pokoje kiedy usiłuję dotrzeć do komputera. Wyprawa taka jest niemal tak samo niebezpieczna jak wędrówka Indiany Jonesa przez dżunglę.

Co z tego, że nie ma jadowitych węży? – są za to metalowe części, śrubki oraz igły rozsypane po podłodze, które  w kontakcie ze stopą nieuzbrojoną w porządne obuwie traperskie dają efekt zaskakująco podobny do ukąszenia żmii.

Co z tego, że w krzakach nie czają się tygrysy, skoro znienacka na głowę może runąć sterta książek z półki?

A co do ogłuszających dźwięków pierwotnej puszczy, nasze dziatki ( szczególnie w stanie wykopania toporków wojennych) spokojnie mogą stawać w szranki z odgłosami nawet kilku dżungli.

Pewnie, że dyscyplinujemy. Pewnie, że zaganiamy. Pewnie, że kontrolujemy sytuację tak, by nas nie przerosła ( głównie chodzi o górę śmieci:) Pewnie, że regularnie musztrujemy:

– Zaściel łóżko!

– Sprzątnij na stole!

– Co to jest pod  łóżkiem?!

– Natychmiast ma to zniknąć!

– Ubraaania!

– Kto tu rozlał wodę?!

– Ogryzek? Czy uważacie, że ogryzek to ozdobna figurka na biurko?

– Dlaczego tu są rozsypane kredki?

ale – nieodmiennie od dłuższego już czasu – hymn Krainy Naszych Dzieci brzmi tak:

Przewróciło się, niech leży – cały luksus polega na tym,
że nie muszę go podnosić, będę się potykał czasem,
będę się czasem potykał, ale nie muszę sprzątać.

Zapuściłem się – to zdrowo, coraz wyżej piętrzą się graty,
kiedyś wszystko poukładam, teraz się położę na tym –
to mi się wreszcie należy, więc się położę na tym.

Coś wylało się – nie szkodzi, zanim stęchnie to długo jeszcze,
ja w tym czasie trochę pośpię, tym bezruchem się napieszczę,
napieszczę się tym bezruchem – potem otworzę okna.

W kątach miejsce dla odpadków, bo w te kąty nikt nie zagląda
łatwiej tak i całkiem znośnie, może czasem coś wyrośnie
może ktoś zwróci uwagę, ale kiedyś się wezmę.

zapuściłem się – to zdrowo, cały luksus polega na tym
łatwiej tak i całkiem słusznie, może czasem coś wybuchnie
będę się czasem potykał, ale kiedyś się wezmę.

Elektyczne gitary:) Uwielbiam:)

Na pociechę przeczytałam ostatnio , iż stwierdzono – na podstawie długoletnich badań – że z dzieci bałaganiarskich wyrastają ludzie bardzo twórczy i z wielką inwencją i polotem. Wierzę, że ten polot nie będzie dotyczył wyłącznie składowana śmieci:)

Ale – jak wyczytałam w równie krzepiącej lekturze – nie można przypinać ludziom etykietek.

Więc muszę się poprawić i stwierdzić, że… nasze dzieci nie są bałaganiarzami permanentnymi. Nie zawsze i nie wszędzie.

Są sfery i rewiry ich działalności, gdzie panuje idealny wręcz porządek.

Ład i harmonia jest na półkach, na których urządzili domki dla lalek. Jedna półka – kuchnia lśni czystością, druga półka – salon aż dech zapiera, trzecia – wypucowana łazienka, czwarta – sypialnia z idealnie posłanym łożem, w przedpokoju buciki lalek ustawione od linijki:) Podobnie rzecz ma się z restauracją przemyślnie stworzoną z pudełek i kartonów. Restauracja stoi w kącie pokoju i pięknym szyldem zachęca schludnie ubrane lalki, by wstąpiły choć na moment do wnętrz o wykwintnym wystroju i nieposzlakowanej czystości. A na parapecie – jeszcze jedna oaza pedantyzmu – miasteczko z klocków lego, gdzie prym wiodą kąty proste i linie równoległe. Także domek na drzewie został wyzamiatany, odkurzony i wypucowany u samego zarania wiosny. Piaskownica wygrabiona i podzielona na poletka, domki odbudowane, ogrodzenia z patyków posztukowane…

więc

kiedy Indiana Jones przedziera się przez niebezpieczne mokradła ( ktoś wylał płyn do robienia baniek ), toruje sobie drogę wśród gąszczu niebezpieczeństw ( ktoś szył i zostawił wszystko na progu), walczy z przeciwnościami losu ( taborety i stołki), ogłuszany co krok przez wycie dzikich plemion ( są na wojennej ścieżce) …

… spogląda od czasu do czasu na „oazy czystości”  i marzy, że kiedyś reszta ziemi przestanie być „bezładem i pustkowiem” z Księgi Rodzaju:)

 

A harmonia?

Jest. A jakże. Leży na strychu.

Dziadek na niej grał jako małe pacholę 🙂