wierne psisko

 

Siedzę i patrzę w płomień pierwszej zapalonej na wieńcu świecy.

W tym roku dziewczynki skomponowały go z pachnących gałązek sosny. Znowu ciężki śnieg złamał jedno z naszych drzew, więc przyciągnęłam dużą gałąź i ustawiłam ją na patio w donicy tak, by wyglądała jakby tam rosła od zawsze. A mniejsze gałązki wrzuciłam do domu.

Potem parę bombek, szyszek lukrowanych brokatem, drobne złote koraliki, gwiazdki, jeżyk z mandarynki i goździków i cztery czerwone świece. I wieniec gotowy, by odliczać nasze czekanie.

„Obyś rozdarł niebiosa i zstąpił” – odczytano dziś na mszy.

Zawsze, zawsze moje serce gwałtownie reaguje na to właśnie zdanie, nie jedyne w Biblii, ale jedno z wielu, które jest jak klucz otwierający we mnie złote wrota. Na ułamek sekundy, na mgnienie oka. Cienka szpara światła z uchylonych drzwi. I merdam ogonem.

Wołanie tak podobne do innego – „Marana tha!”

Tęsknota nieutulona nigdy. W żadnym puchu, w żadnych ramionach, w żadnej innej miłości.

Płonie pierwsza czerwona świeca, za oknem biało- błękitnie od śniegu i gasnącego zimowego dnia. Sikorki z brzuszkami jak szmaragdy kołyszą się na kawałkach słoniny. Nigdy niesyte koty łaszą się pod drzwiami.

Mruczy Sinatra i zmywarka, za mną pochrapuje syn. Sen go zmorzył, choć właściwie powinien już wyjeżdżać, jeśli chce zdążyć do wielkiego miasta przed zmrokiem, śnieżycą i korkami. Pewnie zaraz znowu zacznie sypać biały puch, bo i mąż śpi okryty kocem, który kupiłam latem w Zakopanem. Przykrył się wełną owczą do góry, więc wygląda jak obfity w kształtach baran leżący na pastwisku:)

Cisza.

Dziewczynki uczą się w swoich pokojach do kolejnych sprawdzianów i kartkówek.

Za chwilę pewnie zabrzmi pod bramą klakson. Czekamy na kolejnych gości. Pachną już dwie blachy świeżo upieczonych bułeczek.

Obyś rozdarł niebiosa…

Tak słodko tu żyć, tak dobrze, ciepło i przytulnie, uroczo, a jednak… serce skowycze z tęsknoty i błaga: Zstąp!!!

Głupie serce jest najmądrzejsze na świecie.

Nie oszukasz go niczym.

Możesz próbować je zaślepić mieszkiem złota, zamurować w pięknym pałacu, otulić w złotogłowie, nasycić najdroższymi potrawami, kupić za oklaski i podziw, ale ono będzie wracało jak pies pod drzwi, stale podnosząc głowę i przy najmniejszym skrzypnięciu, nastawiając uszy, wiernie czekając aż drzwi się uchylą i… przyjdziesz Ty.

Jedyny, Którego pragnie.

Rozedrzyj już niebiosa! Przyjdź!

 

film

 

Jakoś ponad miesiąc temu oglądałam z moimi córkami nowy film pt.”Chłopi”. Zapomniałam tu o tym napisać, ale na szczęście Ala MM. przypomniała mi o tym niedawno 🙂

A ten film naprawdę wart jest i przypominania i pamiętania.

Jest nadzwyczajny chyba na wszystkich możliwych poziomach i mistrzowski we wszystkich warstwach. Porywający muzycznie, genialny estetycznie, fabuła zwarta, akcja płynna i nie pozwalająca ani na chwilę znużenia.

Do tego kolory, ruch, taniec, pejzaże, refleksyjność, dobrze zarysowane postaci, pełne emocji i pasji. I ta malarskość. Chyba nie muszę Wam pisać jaka to była dla mnie uczta.

Po prostu przez cały seans nie możesz uwierzyć własnym oczom i uszom, że można stworzyć film tak piękny i drążący tak głęboko.

Ludzie po filmie niemal wszyscy wyglądają jak zaczarowani, jakby obudzili się z jakiegoś pięknego snu. Mrugają oczami i milczą zamyśleni, cicho wysuwają się z kina. Tak trudno wrócić po nim do zwyczajnego życia.

Katharsis.

Mogłabym oglądać ten film jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze. Nienasycenie.

Dla mnie jest on jeszcze pod jednym względem wyjątkowy.

Gdy patrzę na Jagnę i jej życiowy dramat, widzę Annę.

Była dokładnie jak bohaterka filmu. Młodziutka piękna dziewczyna, żyły bardzo skromnie z matką. Musiały uciekać z terenu dzisiejszej Białorusi i zamieszkały w tej okolicy. Były same. Nie miały prawie nic. Matka, by jakoś zarobić na utrzymanie, jeździła po okolicznych wioskach i sprzedawała cebulę. Pewnego dnia zajechała do wsi, w której my dzisiaj mieszkamy i wypytała ludzi, kto tu jest najbogatszym gospodarzem. Wszyscy wskazywali na Adama. Był podstarzały, niski, niezbyt przystojny, ale „pan całą gębą”. I wtedy matka wpadła na pomysł, by swą córkę wydać za niego za mąż. Bardzo szybko „przehandlowała” Annę za dostatniejszy los.

W dniu wesela, gdy młoda wyszła ze swej chałupy do przyszłego męża, wszystkim gościom dech zaparło na widok jej urody. Była wysoka, miała długie złote włosy, a w oczach łzy. Nie, nie była szczęśliwa ani tego dnia, ani potem.

Szybko wzięli ślub, urodziło im się czworo dzieci: dwie córki i dwóch synów. Jedna córka umarła jako dziecko. Potem umarł mąż. Została sama z trójką dzieci.

Jeden z jej synów to mój dziadek.

Gdy moja mama wychodziła za mąż, babcia Anna dała jej tylko jedną radę: „Żebyś się nie zmuszała”. Sama była nieszczęśliwa, ale chciała tego oszczędzić wnuczce.

Widzicie.

Na tej tragedii wyrosłam ja.

Anna była moją prababcią.

Często staje mi w oczach ten obraz młodej pięknej dziewczyny, która stoi w drzwiach chaty, a łzy płyną po jej policzkach. Patrzenie na Jagnę w filmie było więc dla mnie jak wstrząs psychiczny, reminiscencja.

Powstałam z takich łez.

I moje dzieci. Z łez Anny i jej tragedii powstaną kiedyś moje wnuki i prawnuki.

Nie byłoby nas ani naszych żyć, gdyby Anna wtedy podjęła inną decyzję. Nie byłoby tego miejsca, tego domu, całej naszej rodziny i tego wszystkiego, co jeszcze przyjdzie i się wydarzy.

To niesamowita tajemnica życia. Że nawet z naszego cierpienia i bólu, z naszych łez i szlochu, rodzą się potem zupełnie nowe i piękne rzeczy, nowe pokolenia, że nic nie zostaje zapomniane, zmarnowane, przeoczone, niedocenione.

Bo rzeźbimy przyszłość nie tylko naszą pracą, radością, talentami, słowem, lecz także naszym bólem i smutkiem.

Wszystko ma znaczenie.

Żadna łza się nie zmarnuje.

Gdzieś jest w Biblii taki piękny fragment, w którym autor mówi do Boga: „Przechowałeś Ty łzy moje w swoim bukłaku”.

Przechowałeś!!!

Gdy więc czasem szlochamy bezgłośnie nocą, gdy łzy wsiąkają nam w kołnierz kurtki lub gdy – zupełnie skrycie – spływają w głąb serca, musimy wiedzieć, że one są liczone i że są zasiewem czegoś, czego się nawet nie spodziewamy.

On nie pozwoli by zmarnowała się nawet jedna z naszych łez.

Ostatni kadr filmu pokazuje jak Jagna, wrzucona w błoto, naga i płacząca, nagle powstaje i daje się obmywać strugom deszczu. Deszcz jest rzęsisty. Szybko oczyszcza ciało dziewczyny z błota i łez.

Piękny, pełen znaczenia obraz. Aż chce się dośpiewać dalej jej los. Że znalazła w końcu to, czego szukała: prawdziwe szczęście, miłość, piękno.

Że jej dzieci, wnuki były szczęśliwe.

 

 

skala

 

– Idziesz już do domu? – pyta mnie Ewcia w szatni nauczycielskiej.

– Nie, lecę do przedszkola – śmieję się, zapinając kożuszek w pośpiechu. Spieszę się, bo mam pięć minut na przebiegnięcie, a na zewnątrz mróz i śnieg.

– A potem już koniec? – dopytuje ona.

– Nie. Później znowu wracam do szkoły na dwie lekcje, a potem znowu do przedszkola.

– Aaaa – kiwa ze współczuciem głową – To ten twój hardcorowy dzień?

– Nie – odpowiadam ubawiona – Wczoraj był mój hardcorowy dzień. Dziś jest zwyczajny:)

I uwierzcie mi, że to prawda.

Ten dzień nie jest hardcorowy w porównaniu z wczorajszym.

Wszystko zależy od miary, jaką przykładamy i od skali, w jakiej mierzymy😁

Może dlatego warto nasze życie przykładać czasem do wieczności, a naszą wielkość do potęgi Boga.

I od razu robi się lepiej.

 

światełka wróżki

 

No to teraz poszło już lawiną.

– Piękne – półgłosem rozmarzyła się Nusia siedząc na dywanie. Obok niej – rozciągnięty jak wąż – łańcuch nowych światełek na choinkę.

Dostałam je od Gosi na imieniny, bo – choć ja sama nigdy o tym nie pamiętam – wszyscy uparli się je obchodzić i od rana do nocy dostaję serdeczności, życzenia i prezenciki:)

Teraz Hania wpatruje się w małe drobinki o kolorze ciepłej bieli, jej szczupła twarz podświetlona od dołu wygląda jak liczko jakiejś wróżki. A drobinki jak krople rosy.

A potem zupełnie jak wróżka podrywa się i zaczyna przewieszać łańcuch na karniszu w wielkich drzwiach na taras.

– Żeby sąsiedzi zazdrościli – śmieje się pod nosem łobuzersko.

Najpierw bombki, potem kolędy, a teraz lampeczki.

„Niech jeszcze i to … niech jeszcze i to…” – jak mawiał Benedykt Koryczyński do cna zrezygnowany 🙂

 

 

 

dużo pracy

 

Dzisiaj bardzo pracowity dzień za mną. Szkoła i tym razem oprócz normalnych lekcji ( o ile mogą być normalne, gdy nauczyciel prawie nie mówi z powodu chrypki;), z jedną klasą zrobiliśmy sobie challenge świąteczny i produkowaliśmy w pocie czoła i konwulsjach śmiechu wieńce bożonarodzeniowe. Nie sobie a muzom bynajmniej, lecz na szczytny cel, czyli na kiermasz, który zasili skarbonkę Caritas, a docelowo będzie funduszem na zakup darów dla ubogich.

Poza tym Szlachetna Paczka się rozkręca❤️ Włączam się jako koordynator szkolny lub włączamy się jako rodzina od…

No właśnie nie pamiętam od ilu lat. Chyba od kiedy Paczka istnieje, bo gdy robiliśmy naszą pierwszą paczkę, Adaś miał ze 2 latka, a sama akcja była raczkująca. Teraz Adam jest chłopem z wąsem, a SzP to bujne dzieło niosące pomoc dziesiątkom tysięcy ludzi, a angażującym jeszcze więcej. To ogrom pracy, ale takiej niesamowitej, że serce rośnie ci do rozmiaru XXL, bo spotykasz tak wielu dobrych, wrażliwych ludzi, że masz wrażenie chwilami, że Królestwo Niebieskie już nastało:) Tych innych jest zdecydowanie tylko promil w społeczeństwie. Jeśli nigdy nie szykowaliście paczki, musicie mi wierzyć na słowo. Jeśli szykowaliście, to już o tym wiecie.

Tak więc paczka to numer dwa na mojej dzisiejszej liście.

A po powrocie do domu, chwila odpoczynku i szybko trzeba było wziąć się za pranie i sprzątanie. Bo jutro goście. Z noclegiem.

Teraz sobie tylko w spokoju zjadłam kubek kisielku żurawinowego. Nieco przekroczyłam z nim limit czasowy, bo powinnam jeść tylko do 20tej. Następny posiłek jutro o 14tej. Taka jest idea postu przerywanego 16/8. Bardzo dobra rzecz, choć gdy się o nim dowiedziałam, uśmiechnęłam się. W zasadzie żyję tak od lat:)

Zawsze ciężko jadło mi się śniadania, więc najczęściej pierwszy posiłek wychodził po pracy, czyli właśnie koło 14tej. Może to cała tajemnica dlaczego jestem taka szczupła;)

Tak więc przy tym kisielku pomyślałam, że napiszę na bloga, bo w weekend nie dam rady. Goście:)

Dobrze, że wszystko już posprzątane, Hania upiekła ciasto, jutro rano jeszcze przygotuję lekcje na poniedziałek. A na jutrzejszy obiad wjeżdża piec do pizzy Ferrari, więc goście będą sobie sami komponować obiad wedle uznania.

A Wam życzę dobrej soboty i niedzieli. Ostatniej w tym roku liturgicznym.

Czas splatać wieniec adwentowy🌲

Pierniki w połowie dojrzałe🫓🍯

Jak ten czas leci – zakończę mało odkrywczo😁

 

 

ciepły dzień

 

– Ale mieliście szczęście, że przyjechaliście – ekscytuję się – A tu spadło tyle śniegu!!!

Tak, Ala i Adaś przyjechali na weekend, a śnieg sypał przez cały piątek i sobotę. Jakby specjalnie dla nich.

W wielkim mieście, gdzie studiują taki śnieg szybko zmienia się w szare ciamkające błotko. Wiem, bo studiowałam w tym samym grodzie:)

Ale tu, na wsi śnieg utrzymuje się bardzo długo. Na polach, leśnych drożynach, zagajnikach, pod krzewami, w ogródku, na grubych konarach i cieniutkich gałązkach. Nawet na główkach ostu puszyste białe czapki.

– Wystarczy tylko go nie deptać i nie jeździć po nim – mówię, gdy lepimy we cztery bałwana.

Oczywiście, tam, gdzie toczyłyśmy kule, śniegu już nie ma, lecz zielenieje trawka. Ale dla tak szczytnego celu warto było zniszczyć nieco białej scenerii. Bo bałwan zaiste wyszedł nam przystojny.

– Zrobię mu jeszcze wydatne kości jarzmowe – oświadcza studentka kierunku medycznego, masując policzek bałwana:)

Potem jeszcze dostał w pakiecie grzywkę z tui, wąsiki z gałązek modrzewia, zgrabne uszka, srebrny szal i garnek na głowę.

Jeszcze trzeba go było oskubać ze złotych liści brzozy, które malowniczo wgniotły się podczas toczenia kul.

Wszak jeszcze dwa dni temu była tu złota polska jesień: świeciło słońce, a deszcz liści szeleścił zlatując jak motyle.

W końcu, ze zmarzniętymi rękami i pełne śmiechu po brzegi ust wracamy do domu.

Rzucamy mokre rękawiczki na grzejniki, podkładam do pieca, a Lalcia znowu wyszperuje płytę z kolędami. Bawimy się tak w chowanki już od kilku dni. Ja chowam, ona znajduję i włącza. A ja znowu chowam.

Może za słabo chowam?

Może nawet robię to specjalnie? 🙂 Kto wie jaki chochlik siedzi w mojej głowie;)

Więc kolędy już płyną, ale my – niesyte lepienia – przynosimy ze spiżarki mąkę, bierzemy drożdże i zagniatamy ciasto na bułeczki. Oraz drugie z gotowego proszku od Ksawerego. Przywiózł dziś na spróbowanie. To ma być włoski chlebek focaccia. Ozdabiamy go kawałeczkami szynki, a bułki – makiem i kminkiem. I siup do piekarnika.

Trzeba się spieszyć. Zmrok zapada, a nasi chłopcy za chwilę pewnie wrócą z montażu. Będą głodni jak lwy, a zapiekanki z obiadu zostało deczko.

I rzeczywiście – gdy dom wypelnia się zapachem świeżego chleba – drzwi otwierają się i w progu stają nasi sterani panowie.

Za oknem już nie sypie, w domu ciepło, kaloryfery, piekarnik, kolędy, lampki i świece dwoją się i troją, by było jeszcze cieplej.

Tylko biedny bałwan nieco przechylił się na boczek i trzeba było wybiec mu szybko na ratunek. Ostatecznie ocalał, podparty miotłą:)

Kończy się dzień, chrupią bułeczki, chleb rozrywany na kawałki jeszcze gorący. Dziewczynki oglądają bajkę, pijemy malinową herbatę i roiboos, malujemy jeszcze z Alusią obrazki akwarelami. Oczywiście kwiaty;)

Lampka rzuca nam krąg światła na stół.

*  *  *

Ktoś wokoło nas roztacza krąg światła. Ukrywa się za wszystkimi tymi cudami, zdarzeniami, rozmowami, za śniegiem, liśćmi brzóz, za zapachem chleba, bliskością bliskich, ogniem w piecu huczącym.

Ale ukrywa się równie nieporadnie jak ja ukrywam płytę z kolędami.

Może też chce być odnaleziony?

Kto wie jaki chochlik mieszka w Jego głowie?

🙂

 

radość z dziś

 

Wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam.

Następnego dnia po powieszeniu bombek na drzewkach Lalcia – wobec naszego braku reakcji i protestu – grzebała długą i grzechoczącą chwilę w naszych skrzyneczkach z płytami CD, a potem włączyła staroangielską muzykę bożonarodzeniową!!! Przepiękne anielskie śpiewy, dzwoneczki i wszystkie te cudności, od których serce roztapia się szybciej niż miód w garnuszku. Płytę tę kiedyś kupiłam za 50 groszy w szmateksie.

– O nie!!! – zakrzyknęłam z salonu.

Ta zasada „daj palec, a urwie rękę” bardziej nawet sprawdza się w przypadku dzieci niż rekinów:)

Ale uniosłam się znowu cierpliwością ( długo trenowaną w domu i poza nim),pozwoliłam muzyce dograć się do końca i płytę schowałam.

Mądrość polega także na tym, by żyć dniem dzisiejszym, a nie marzeniami o tym, co przyjdzie jutro.

A jeszcze nie ma nawet Adwentu.

O śniegu nie wspomnę. Choć zdarza mi się już rano skrobać szron z szyby auta:)

DZIŚ też domaga się afirmacji i celebrowania.

Dziś jest dobre na książkę Whartona, świecę przy bukiecie drobnych chryzantem, bursztynową herbatę z ostrokrzewu afrykańskiego i kojącą muzykę z filmu „Notting Hill”. Dziś jest dobry deszcz drobno stukający w przewody wentylancyjne i zbieranie liści spod leszczyny. A potem wspólne oglądanie bajek o Żwirku i Muchmorku. Jak jedli kaszę;)

Jeśli uda mi się polubić deszcz, szybko zapadający zmrok, wiatr, żółte liście i całe to „dziś” , na pewno spodobami się także „jutro”, śnieżne zawieje, zapach mrozu i podkładanie drewna do pieca.

Poczuć się w swoim życiu jak ryba w wodzie, jak stopa w wygodnym, bo roczłapanym już kapciu.

Niczego sztucznie nie przypieszać, niczego zbyt brutalnie nie skracać, przetrzymać oczekiwanie i oczekiwanie oczekiwań, nie wydłużać czasu jak gumy, nie płakać, że „wczoraj” minęło, że dzieciństwo było takie beztroskie, budzić się co rano gotowym na wszelkie dobro.

Zauważyć choćby świetlik w drzwiach lśniący jak kryształ od wschodzącego słońca. Nie minąć obojętnie tego cudu.

Żadnego cudu nie ominąć.

A jeśli patrzysz zbyt daleko przed siebie, wypatrując czegoś na horyzoncie, na pewno przeoczysz coś, co masz pod stopami.

Albo nawet podepczesz.

 

 

piernikowe refleksje

 

Listopadowe urodziny Lalci to taki nasz znak przypominający, że czas wyjąć chomikowane już od jakiegoś czasu ingrediencje i zająć się ciastem na pierniki.

Rozpuszczamy w garnuszku miód, smalec i cukier. W międzyczasie ktoś już wsypuje do wielkiej miski mąkę i wbija jajka, a ktoś jeszcze inny z mozołem miele goździki. Stary młynek po dziadku znaleziony podczas licznych porządków, chrzęści i zacina się. Trzeba mocno kręcić korbą, by pokonać opór goździków i starej maszynerii.

Młynek jest u nas poszanowanym staruszkiem na emeryturze i wyjmowany oraz zaprzęgany do pracy raz tylko w roku. Zresztą, zapach goździków tak się w niego wtopił, że cokolwiek innego próbowanoby weń zmielić, pachniałoby goździkami.

Zauważyliście? Są w naszych domach takie przemioty. Tylko na jedną okazję. Wyjmowane raz w roku. Z pietyzmem przechowywane. Pełne znaczeń. Obrastające tradycją pokoleń.

Bo to, że „tylko raz w roku” nie odbiera sensu ich istnieniu.

*  *  *

Zmielone goździki w małym metalowym kubku miesza się z innymi wonnymi przyprawami: cynamonem, gałką, kardamonem i imbirem.

Drobinki korzennego zapachu rozchodzą się po wszystkich kątach domu, sygnalizując mu, że powoli czas przeciągnąć się i zacząć myśleć o świętach.

Powoli, naprawdę powoli.

Nie tak jak nasze córki, które powiesiły już parę nowych bombek na drzewkach beniamina w rogu pokoju:) Pozwoliłam im tylko bombki nanizać na niteczki, a one zrobily taki figiel przy okazji.

– Zaraz zdejmę te bombki – odgrażam się, pijąc kawę z mężem.

– Nie zdejmuj im. Niech zostaną – wstawia się mężulek:)

No to niech zostaną. Razem z zapachem piernikowym, który zagnieździł się już w zasłonach salonu i między kurtkami w przedpokoju.

Pewnych rzeczy nie wypędzisz już, choć nastały przed czasem dla nich stosownym.

Nawet Jezus to wiedział, napełniając stągwie winem w Kanie.

I cóż, że nie nadeszła jeszcze pora:)

Tylko pierniki wiedzą, że dojrzewanie jest ważne i trwa nawet parę tygodni.

I co roku trzymają się tego skrupulatnie.