i nastał dzień siódmy

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4



Siódmy dzień jest bardzo ważny.

Wiedział to autor Księgi Rodzaju.

Ba, samemu Bogu dzień siódmy
najbardziej się spodobał.

A dziś jest właśnie dzień
siódmy!!!

Dokładnie liczyłam.

Pierwszy dzień uznaliśmy za
wyjątek od reguły.

Drugi nas już nieco zastanowił.

Trzeciego jeszcze powątpiewaliśmy.

Czwartego obudziła się nieśmiała
iskra myśli, że to JUŻ.

Piątego dnia zaczęliśmy oddychać z
ulgą, choć gdzieś tam jeszcze w zakamarkach czaiło się niedowierzanie.

Szósty dzień nas upewnił.

A dziś jest siódmy i wiemy już na
100%, że…

                                          

 

                                                           …  bunt dwulatka się
zakończył.

Równie nagle jak się zaczął kilka
miesięcy temu.

Rozpłynął się jak kamfora i znowu
mamy słodką małą córeczkę, która tuli się jak kotek i mówi: Kocham mame, i tate
teś kocham, i Ale, i Dusia i Nusie. Wsiśtkich kocham.

 

Kiedyś znowu przyjdzie dzień
sądny, bo człowiek rozwijając się, musi zbuntować się wielokrotnie. Wypaczyć
się, żeby się wyprostować.

 

Tymczasem jednak radujmy się Dniem
Siódmym:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

kot od strony ogona

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Kto to zrobił? – tata pokazuje
palcem jakoweś kolejne ślady łobuzerstwa.

Dowody niedwuznacznie wskazują, że
przestępcą był najmłodszy rzezimieszek.

Lecz jeszcze lepszą poszlaką są
natychmiastowe zeznania dwulatka.

– To nie ja!!! – wykrzykuje nim
jeszcze rozpłynęła się w powietrzu ostatnia sylaba tatusiowego pytania.

Uderz w stół, a nożyce…

 

🙂

 

Mama przywozi z pracy mały
kolorowy napój. Pyszny, pomarańczowy od razu znajduje nowego właściciela. Małe
rączki obłapiają smukłą butelkę, a małe usteczka z rozkoszą cmokają jej
zawartość.

– Dasz mi troszkę? – pyta brat
błagalnie robiąc przy tym minę psiaka wystawionego na deszcz w czasie dżdżu.

Taka mina to wielki materiał
wybuchowy i  mogłaby skruszyć cały
Stonehenge lub Koloseum rzymskie.

Nie skruszy jednak serduszka
dwulatki.

– To jeśt gośkie. – tłumaczy swą
odmowną decyzję.

Wszystko w trosce o jedynego
braciszka:)

 

– Podasz mi to córeczko – prosi
mama.

– Nie moge. Jeśtem malutka. –
uprzejmie odmawia pociecha.

 

Z coraz większym zainteresowaniem
śledzimy rozwój nowego Laurkowego talentu.

Odwracania kota ogonem…

 

 

                                                        …czyli politykowania?



/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

wykończone słoneczko

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Śpiewamy ulubioną piosenkę
Laurki.

 

Ta Dorotka, ta malusia tańcowała
dokolusia, dokolusia, tańcowała ranną rosą i tupała nóżką bosą…

 

– Tańcowała i z wieczora i z
wieczora… – zaczynam przedostatnią zwrotkę.

– Kieeeedy śłoncie wykońciło
się…- dośpiewuje Laurka.

 

Słońce wykończone wieczorem:)
Zupełnie jak ja ostatnio – myślę i mimo wszystko nie bez uśmiechu.

Dlatego mało piszę. Przez to
wykończenie.

 

Wychodzimy na podwórko i idziemy
do naszego nowego kącika wypoczynkowego w cieniu dwóch jabłoni. Drzewa właśnie
– skąpo, bo skąpo – ale kwitną. Na ławeczce przyścielonej przez babcię kolorową
kapą leżą bialutkie płatki – oznaka, że kwitnienie dobiega końca.

Wszystko pachnie, a wirujące
białe drobiny przywołują na myśl śnieg. Zamarzam się, lecz z tego stanu do
rzeczywistości przywołuje mnie znajomy głosik trzeźwo myślącej osóbki.

– Oooo!!! – ubolewa niunia
dotykając płatków na kapie – pobludziło się.

 

Trzeźwy ogląd rzeczy jest
zupełnie inny od mego nie-trzeźwego.

 

 ************************************

– Jak masz na imię? – pyta Ala

– Niunia.

– Nie. Jak masz na imię? – ponawia
pytanie najstarsza siostra.

– Łobuz.

 

Ostatnio dwa najczęstsze zawołania
naszej dwulatki.

I jednocześnie dwa bieguny jej
bujnego charakteru.

 **********************************

– Dusio, mam pomyśł!!! – krzyczy z
entuzjazmem Archimedesa dwuletnia siostrzyczka.

– Jaki? !!! – odkrzykuje brat
zawsze żądny nowych impulsów.

– Nie wiem!!! – rzeczowo udziela
odpowiedzi pomysłodawczyni:)

 Wystarczy, że ma ideę. Jaką? – to już kwestia do doprecyzowania:)

 

***************

Dużo się dzieje. Naprawdę. Może
ostatnio zbyt dużo, a ja zbyt mała by ogarnąć wszystko.

Liczę jednak, że podobnie jak
wykończone słoneczko z Laurkowej piosenki, wkrótce odpocznę sobie i wstanę o
świcie.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

co konik zrobił w piaskownicy

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


W piaskownicy.

-Udaj się babko na słodkie
jabłkooo. Jak się nie udasz, dam ci kwaśne jabłkooo. A jak się udasz, dam ci
słodkie jabłkoooo… – wyśpiewuje ktoś raz po raz uderzając łyżeczką w foremki.

Babki koniki morskie leżą
równiutko na deseczce .  Z zawiniętymi
ogonkami i rozwianą morska grzywą.

Nagle, w gorączce przygotowywania
nowych wypieków, ktoś zahacza jednego z nich i część konika ukrusza się i zsuwa
ze stołu.

– Oooo, jeden konik zwalił się!!!
– z  nutką żalu komentuje najmłodszy
kuchcik piaskowy.

Zwalił się, zwalił.

Tylko dlaczego starszy brat
prawie zatacza się ze śmiechu? 🙂


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

krokodyla daj mi luby

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

 

Wiosna to czas zalotów.

Każdy to wie.

Motyle baraszkują parami w
powietrzu. Samce ptaków stroszą skrzydełka i wyśpiewują oryginalne arie, znoszą
patyczki, kłaczki i smaczne kąski po to tylko by uwieść jakąś piękną.

Nawet zazielenione gałązki zdają
się tulić do siebie na drzewach. Wszystko grucha, ćwierka, adoruje, miłością
pała.

Przytulonych par nastolatków na
ulicy jakby nasiali, dziewcząt kolorowych chichoczących przechadzają się
tabuny, wyrostków dzikimi porykiwaniami odprowadzane.

 

Dlaczegóż więc byliśmy zdziwieni,
gdyśmy dnia pewnego usłyszeli Nusiowe wyznanie?

 

– Dziś Wiktor mi się oświadczył.
– powiedziała z uśmiechem sfinksa.

– Jak to się oświadczył? – nie
mogłam uwierzyć uszom.

– No, zapytał: „Zostaniesz moją
żoną?”

– A ty co na to?

– Powiedziałam, że ja mam już
chłopaka.

– A jakiego ty masz chłopaka? – nie dowierzam już drugi raz w ciągu minuty.

– No, Kacpra R.

– A co na to Wiktor?

–  Poszedł i rozpłakał się.


 No tak. Kacper R.

Jak na mój gust i na jego siedem lat – zabójczo przystojny, choć maniery… Ekhmm…

  Adorator Nusi 
jeszcze z czasów zerówki, lecz okrutny los rozdzielił ich w klasie pierwszej i
wydawało się, że uczucie wielbiciela wygaśnie szybciej niż brykiet na grilu.
Lecz uczucia bywają naprawdę żywotne i po wielu miesiącach potrafią jak pegaz z
popiołów wyskoczyć na nowo. To właśnie tak zrobiło i  tak koło półrocza Nusia zaczęła znosić do domu
prezenty od Kacpra. A to gumę kulkę, a to jej równowartość, czyli 20gr.

 

Strategia – jak widać –  się opłaciła, bo Nusia, choć początkowo
niechętna i kręcąca noskiem, że „łobuz i ja takiego męża nie chcę mieć”,
ostatecznie zaczęła przebąkiwać w gronie rodzinnym, że „wcale nie taki
niegrzeczny i może może się poprawi”.

A pewnego dnia na tablicy
magnetycznej wiszącej nad jej łóżkiem wyczytaliśmy napisane odręcznie wyznanie:
Kocham Kacperka.

 

🙂

 

Tylko szkoda Wiktora, który widać
jest początkujący w dziedzinie podboju serc niewieścich i nie wie jeszcze, że na
początku trzeba grunt dobrze przygotować…podarkami:)



 

Wiosna. Czas zalotów.

Każdy to wie.

Choć czasem rodzice bywają
zaskoczeni:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

plaster

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Nusia poniosła dziś do szkoły
niezwykły eksponat. Znaleźliśmy go na jednej z wypraw poszukiwawczych na naszej
działce. Stare szopy, daszki , stodoła i piwnice po moich dziadkach wciąż kryją
nieprzeliczone skarby.

Tym razem Nusię zachwycił
kawałek  pszczelego plastra. Leżał sobie
na dnie starej prowizorycznej szafy, w której za życia dziadek przechowywał swe
akcesoria pszczelarskie.

– To zrobiły pszczoły – wyjaśniłam
córce.

– Pszczoły – powtórzyła
zszokowana wpatrując się w równiutkie szeregi małych sześciokątów. – Z czego?

– Z wosku.

– A skąd miały wosk?

– Same go wytwarzają.

Małe brązowe oczy aż zalśniły, a
rączki delikatnie przesuwały się po plastrze.

Cud.

Nie do uwierzenia.

– Umiałabyś takie coś zrobić? –
zapytałam.

– Nie – odparła.

– A widzisz, takie małe pszczoły,
a robią takie rzeczy.

 

Nusia więc zafascynowana
odkryciem, postanowiła podzielić się nim z innymi.

Cuda są wszak dla wszystkich.

Zaniosła dziś ten cud do szkoły.

– I co? – pytam po jej powrocie –
Co dzieci powiedziały?

– Tylko trzy osoby mi uwierzyły,
że to zrobiły pszczoły – oznajmiła – Inni myśleli, że to z plastiku.

Kratka z plastiku made in China:)

Każdy cud można spłaszczyć jeśli
nie ma się dość szeroko otwartych oczu, uszu, umysłu.

 

Ktoś powiedział kiedyś: Dla
wierzącego wszystko jest cudem, dla niewierzącego – nic nim nie jest.

Ten ktoś to był chyba Einstein.

On na pewno nie miał ciasnego
umysłu.

 

A gdy mówię o cudach…

Przylaszczki przywiezione od
Amelki rok temu, pierwszy raz zakwitły na naszej działce. Cud natury w naszym
regionie.


 

 

A ja za przylaszczkami, za
plastrem miodu, za siateczką nerwów na liściu drzewa, za mrówczą pracą i
kwiatem jabłoni bladoróżowym widzę …Jego.

Wciąż jestem zdziwiona jak dziecko.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

uchwycone szczęście

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Mama Kurka nauczyła mnie parzyć
herbatkę z goździkami. Wsypuję do czajniczka trzy główki goździków i wkładam
torebkę czarnej herbaty. Czajniczek jest żółty w kremowe różyczki, z rodzaju
tych czajniczków, które podgrzewane od spodu małą świeczką długo utrzymują
ciepło w swym pękatym brzuszysku.

Piję herbatkę i myślę o tym, jakie
mamy szczęście, jedno z miliona różnych drobnych i niedocenianych szczęść,
które umykają nam dotąd, dopóki ktoś nam nie uzmysłowi, że je mamy.

Bo mama Kurka nauczyła mnie
jeszcze jednego…

Tego, że to olbrzymia radość móc
od świtu do zmierzchu buszować wraz z dziećmi po dworze. Wśród pylących na
potęgę drzew, szaleńczych aromatów kwietnych niesionych na falach wiatru nie
wiadomo nawet skąd i gdzie. Kłaść się na trawie, grzebać w ziemi pachnącej
wilgocią, zapuszczać się w dzikie zakątki i nie kichać, nie łzawić, nie
kaszleć, nie dusić się, nie puchnąć.

– Wyobraź sobie, że byłbyś
alergikiem – rozsnuwam przed mężulkiem nową perspektywę.

Siedzimy właśnie na niskim
betonowym schodku, słuchamy zalotów ptasich, a nad nami wdzięczą się kwitnące
gałązki wierzby, śmigają małe samoloty młodych pszczół robotnic.

– Albo gdyby jedno z naszych
dzieci miało alergię – dodaję usłyszawszy dzikie piski z podwórka.

– Nie umiem sobie tego wyobrazić –
wzdycha ciężko Miś.

Nikt z nas nie umie. Bycie wśród
przyrody to całe nasze życie. A gdyby nagle ta przyroda stała się naszym
wrogiem, czymś co nas uczula. Być uczulonym na to, co kochasz tak bardzo.

 

Kurki do nas nie przyjadą póki co.
Póki wszystko zbyt intensywnie kwitnie i pyli.

A my tarzamy się w tym całym
bogactwie i tylko czasami uprzytomniamy sobie jakie to szczęście.

Bo ze szczęściem jest tak, jak w
tym starym porzekadle – rozumiesz czym jest tylko wtedy, gdy o nim marzysz lub,
gdy je stracisz.

Gdy je posiadasz, jest
transparentne, niedostrzegalne.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

niegrzeczni

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Ostatnio dużo było o
nienajelegantszym zachowaniu Laurki, ale to nieco niesprawiedliwe, bo maluszek ma
przynajmniej alibi* , a innym też zdarzają się mniejsze lub większe wyskoki.

 

Oto więc Nusia wraca ze szkoły.

 

– Dziś na angielskim zdążyliśmy tylko zaprezentować zabawki
i wysłuchać jęków Michała – relacjonuje.

– Jak to jęków? – pytam nieco zdezorientowana, gdyż z
doświadczenia wiem, że – jeśli już czegoś słucha się na angielskim – to jest to
zwykle płyta CD z piosenkami.

– Tak. Bo kolega pokazał taką samą zabawkę wcześniej i on
jęczał, że już teraz nie ma co pokazać.

 

🙂 🙂 🙂

 

A język?

Za moich czasów w szkole
pokazywało się język w takiej sytuacji:)

 

Niedawno zaś przed drzwiami Nusiowego pokoju pojawiło się następujące obwieszczenie:

 

 

I zastanawiam się czy mogę
wchodzić, bo też mi się zdarza być niegrzeczną:)  I alibi nie mam.


* bunt dwulatka


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

przesilenie

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

Wraz z pojawieniem się wiosny,
życie intensywnieje, nabiera aromatu, tempa, barw.

Nagle zaczyna się dziać tyle na
raz, że trudno to ogarnąć myślą, cóż dopiero opowiedzieć czy opisać. W
kołowrotek spraw codziennych wplatają się jak winobluszcze sprawy zupełnie
niespodziane i od szarej zimowej codzienności zupełnie odmienne.

Dwa dni słońca i oto sidełka
dziecięcych rowerów odkurzone, rolki na nowo oswajane, olbrzymie okno na
letnisku wstawione i po brzegi wypełnione promieniami słońca.

Dwa dni ciepła i oto pierwsze
krokusy rozkwitły na skalniku, domek na drzewie wymieciony, a do budki dla
ptaków wprowadziła się ruda wiewiórka.

Dwa dni i ogródki wysprzątane,
głóg dwuszyjkowy posadzony, a na prawej dłoni trzy odciski od grabienia
trawników, a święty Franciszek po kąpieli wrócił się na swoje letnisko.


Okna pomyte, firanki poprane,  mężulkowe sadzonki pomidorów rozprostowują
pierwsze pomarszczone liście, na wszystkich drzewach ptasie zaloty, motyle
igrają na falach chłodnego jeszcze wiatru. Kurtki i buty zimowe pochowane, trwają
poszukiwania spódniczek i krótkich spodenek, doniczki na taras wystawione, a
plecak znów odbywa codzienne pielgrzymki na i z działki.


W pracy też coraz intensywniej.
Scenariusz ośmiostronicowy napisany, role rozdane, dzieciaki do konkursu
przygotowane, swoim własnym pomagam pisać wiersze – też na konkurs. Ala wybiera
się na biwak harcerski.

 

Od razu trzeba wejść na wyższe
obroty. Choć silnik – jeszcze zimny – trochę się dławi.

Raz po raz siadam, odkładam pracę
i odpoczywam. Brakuje tchu, drżą mięśnie, szumi w uszach. Gdzieś w środku
siedzi sobie jeszcze zimowe rozleniwienie, siedzi i zakłada stopy na ciepłe
kafle pieca. Jest jak rozespany kot, którego trudno zgonić z fotela. Powoli się
przeciąga i rozgląda wokół.

A potem pójdzie na długą włóczęgę.
Przez całą rozległą połać wiosny, lata i złotej jesieni.

Już wkrótce.

Tak jak lubi.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

dwie odsłony słodyczy

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Laurka – jak każdy rasowy dwulatek
jest dwubiegunowa.

Jak jest słodka to przesłodka, a
jak nie jest to… trudno to ująć słowami dostępnymi w słownikach:)

Ale jak już nawet jest przesłodka
to i tak z pewną nutką pikanterii.

 

I tak, gdy wracam ze szkoły
pewnego dnia , dowiaduję się, że córcia z tatusiem była na zakupach i kupiła
sobie wafelki.

– A mnie nie kupiłaś? – pytam
żałośnie.

– Nie.

– To ty mnie chyba wcale nie
kochasz. – skarżę się niemal łkając.

– Kocham. Kocham. Kupie ci. Taki
tlujący. – bez cienia emocji odpiera zarzut pociecha.

 

Trujący?

Czyżby to była ta słynna
„toksyczna miłość”? 🙂

 

Scenka druga pt. Pogróżki mafijne.

 

– Śtopy tobie obglizie – ni z tego
ni z owego zaczyna dwulatek

– Liby ciebie obglizią, obglizią ś
ciebie śwetelek – dodaje coraz drastyczniejsze szczegóły.

– Ziaba ciebie źje. Boiś ziaby? –
wobec braku mojej reakcji woli się upewnić.

– Boję. – odpowiadam.

– Nie boooj!!! – pociesza z
kresowym zacięciem Pawlaka – Ziaba jeśt miła.

 

Takie to miłe pogawędki czasami
sobie ucinamy:)

 

Tymczasem wiosna wybuchła
wszędzie.

Jest zupełnie jak Laurka: albo przesłodka, albo zupełnie nie.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}