Właśnie Ala zeszła na dół zapłakana.
Mama jej przyjaciółki Julki jest w bardzo ciężkim stanie.
Od lat choruje na raka mózgu, przeszła operację, wiele chemii, choroba się wyciszyła. Teraz guz odrósł i pojawił się drugi, który bardzo szybko rośnie. Nie ma już z nią kontaktu. Julia opiekuje się nią.
Proszę pomódlcie się o zdrowie dla mamy Julii, o siłę dla jej córki.
One już tyle wycierpiały.
Bardzo Was proszę kochani🙏
Ja szturmuję niebo za wstawiennictwem Wenantego i Charbela.
Kategoria: Bez kategorii
# znaczek 46
* * *

Księga rodzinna:)
Trochę mam mało czasu na pisanie, bo w każdej wolnej chwili…piszę:)
Czyli klasyczne masło maślane.
Przede mną wielkie dzieło, prawie życiowe, bo oto – ku aplauzowi calej rodzinki – postanowiłam zebrać wszystkie zeszyciki, notatniki, karteczki, karteluszki, przejrzeć wszystkie marginesy i notatki, rysunki, wytwory myśli i uczuć i spiąć to wszystko w jedno dzieło. Tytuł wciąż nieznany, ale księga już zapowiada się na grubą, bo udało mi się zapisać w Wordzie 300 stron, a z wyciąganych wciąż szpargałów wysypują się jak grzyby po deszczu kolejne opowiastki z bujnej historii naszej rodzinki.
Przewiduję kolejne co najmniej 100 stron:)
Oczywiście księga tylko w 2 egzemplarzach powstanie – dla nas i dla dziadków.
Zainspirowała mnie ostatnia książka Musierowiczowej – wielki buch pełen rodzinnych historyjek, dykteryjek, zdjęć i rysunków.
* * *

Tonę w kartkach i trwodze, ale wiem, że to będzie prawdziwy skarb dla przyszłych pokoleń, więc nie ustaję;)
Za każdym razem, gdy przepiszę parę hektarów księgi, Lalcia i Hania łaszą się żeby przeczytać. Zasiadają obok mnie, kładą się pokotem i czytam póki nie ochrypnę:)
– Dziękuję ci, że jesteś taka – szepcze po jednej z takich wieczornych czytanek mężulek – tyle lat to spisywałaś, zbierałaś. Jesteś niesamowita. – kadzi.
🙂

A ja myślę, że to nasze życia są niesamowite, moje, Wasze, nasze.
To historie rodzinne są najpiękniejszymi kartami historii świata. Niczym przy nich życiorysy sławnych wodzów, opisy podbojów świata, rewolucji i wynalazków wiekopomnych.
To rodzina jest największym wynalazkiem, zdobyczą cywilizacji i zwycięstwem nad chaosem usiłującym zawłanąć ziemią. Dlatego warto o niej pisać i dać w ręce potomnym.
I dlatego to robię, gubiąc resztki oczu:)
Jeśli będę tutaj mniej nieco, wybaczcie.
Spieszę się żeby zdążyć przed Bożym Narodzeniem. A to już tuż, tuż…
# znaczek 45
* * *

Jezus do Gabrieli Bossis 5 lat przed jej śmiercią🌺
płyn Pandemia
– Mamo, co to za płyn do płukania dodałaś? – pyta Alusia wciągając nosem atmosferę domu rodzinnego.
– A, do tego ostatniego prania to chyba ten z Biedronki – mówię i pokazuję butelkę.
– Ten zapach będzie mi się już zawsze kojarzył z tym długim lockdownem z początku epidemii – mówi z nutą nostalgii w głosie 🙂
Skojarzenia są tak samo nieśmiertelne jak wspomnienia.
# znaczek 44
* * *
# znaczek 43
* * *

# znaczek 42
* * *

wieczny pokój
Gdy Alicja napisała w komentarzu o nieznośnie statycznej wizji nieba, z jaką wielu z nas chodzi po tym świecie, pomyślałam: dlaczego tak jest? skąd się wziął ten obraz? czy jest prawdziwy? i dlaczego myślimy że jest nieprawdziwy?
Wtedy pierwszy obrazek jaki pojawił mi się przed oczami to dawne wspomnienie z dzieciństwa, z czasów, gdy rodzice przywozili nas na wakacje do Babci Niebieskiej. Pamiętam, że całymi dniami bawiłyśmy się albo same, albo z dziećmi z sąsiedztwa. Biegaliśmy jak szaleni, budowaliśmy domki ze skrzynek po jabłkach, tropiliśmy kreta w sadzie, brodziliśmy w kałużach, szukaliśmy skarbów po rozlicznych szopach i drewutniach, łapaliśmy koniki polne i żuliśmy gumę z wiśniowej żywicy. Milion aktywności i dzień wypełniony od srebrnego brzegu świtu aż po złoty brzeg zmierzchu. Jak kielich pełen przedniego wina.

W tej naszej dziecięcej bieganinie raz po raz napotykaliśmy babcię. Ona też miała swój kielich. Niosła koszyki z kartoflami, parowała w parniku, karmiła świnie, wyganiała krowy, potem je doiła, pieliła ogródek, gotowała obiad, szła w pole, była przy młóceniu, nosiła ciężkie snopy na plecach…
Śmiała się z nas, że tak biegamy cały dzień i raz po raz zachęcała: Idźcie, pośpijcie trochę.
– Babciu, ale jest dzień – mówiłyśmy.
A ona z tęsknotą odpowiadała:
– Gdybym miała wolny dzień, to bym tylko spała.
Do dziś to pamiętam.
Najbardziej to jej westchnienie pełne tęsknoty.
Wtedy, jako mała dziewczynka nie rozumiałam ani tych słów, ani uczuć za nimi stojących.
Nic dziwnego, że gdy życie ludzi było tak wypełnione codziennym znojem, udręką i wszechwładnym zmęczeniem, jedyne o czym marzyli to był „wieczny odpoczynek”.
Stąd pewnie te obrazki leżenia na rajskich niwach, snu wiekuistego lub śpiewania w krochmalonym na sztywno giezełku w rajskim chórze. Obrazki, które nam współczesnym wydają się dziwne i nudne.
Moja babcia chciała tylko odpocząć po znoju życia.

* * *
Drugie, co przychodzi mi do głowy, to pewnego rodzaju dojrzewanie do prawdy o tym, że niebo jednak jest i pokojem i odpocznieniem i wyciszeniem.
Dziecko nie bardzo rozumie te pojęcia i potrzebę wchodzenia w te trzy stany.
Wiemy to dokładnie jako rodzice. Ile czasu zajmuje, by wyciszyć dziecko przed snem, ile, by je nakłonić do odpoczynku i uspokoić. A bez tego życie byłoby bezładem i chaosem.
* * *
„Gdy byłem dzieckiem – pisze mój ulubiony święty z Tarsu – mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Gdy stałem się dorosły, wyzbyłem się tego, co dziecięce.”
Czasem jesteśmy jak dzieci i w codziennym życiu, i w pracy i w relacjach i w wierze i modlitwie. Jak dzieci chcemy, żeby się działo. I to najlepiej dużo, bujnie i równolegle wiele na raz. Żeby wszystkie zmysły buzowały od dostarczanych wrażeń. Myślimy nawet czasem, że to jest prawdziwe szczęście i spełnienie, tzw. udane życie.
Ciszę, stabilizację, pokój, uporządkowanie nazywamy stagnacją i nudą.
Zupełnie jak dzieci.
Gdy nie mamy doznań na modlitwie uważamy, że źle się modlimy i modlitwa nic nie daje. Jeśli nie ma wzlotów i fajerwerków w małżeństwie, zaczynamy myśleć o rozwodzie. Jeśli praca nie jest ekscytująca, twierdzimy, że jest bez sensu. Msza jest nudna, bo schola nie gra reggae, a ksiądz nie daje cukierków.
Podobnie myślimy o niebie.
To nasze dziecko w nas tak myśli:)
Z czasem jednak odkrywamy to, że modlitwa to nie tylko potok słów, lecz także cisza i zapatrzenie w Umiłowanego.
Że Eucharystia to nie rodzaj przedstawienia dobrze lub źle zagranego, lecz moje spotkanie z Nim.
Że relacja z drugim człowiekiem to pełne pokoju bycie dla.
Że cisza jest życiodajna, milczenie – wymowne, a pokój wewnętrzny to miejsce, gdzie stale możemy mieszkać.
Że śmiech i zabawa nie zawsze i – bywa – że niewiele ma wspólnego z prawdziwą radością.
I że nie musi się dziać, kręcić i wirować żeby moje życie miało sens i było wartościowe.
Uczymy się tego wszystkiego wraz z upływającym czasem. Bo czas to dobry nauczyciel.
Dojrzewamy.

Wtedy zmienia się też nasze myślenie o przyszłym życiu. Coraz rzadziej wyobrażamy sobie raj podobny do placu zabaw lub wesołego miasteczka albo budki z lodami i słodyczami i … niepostrzeżenie zaczynamy tęsknić za tym, co od wieków kryje się pod tajemniczymi słowami, które szeptały nasze babcie:
„Wieczny pokój, wieczne odpoczywanie”.
Bo może to, o czym mówią i piszą święci mistycy nie jest wcale literacką przenośnią.
” Dusza moja weszła w dziwne odpocznienie” – pisze Faustynka po jednym ze spotkań z Jezusem.
W ich wyznaniach jak echo powtarzają się te słowa, że zbliżenie się do Boga to wytchnienie, ukojenie, pokój, wyciszenie, utulenie. Żaden z nich nie pisał o nudzie, braku rozrywek, monotonii czy stagnacji.
Jeśli samo zbliżenie Boga na chwilę przynosi taki efekt, to czym będzie trwanie w Nim na zawsze, czyli niebo?
Często ktoś pyta mnie: Jak tam będzie?
– Nie wiem, jeszcze nie byłam. – śmieję się.
Mogę tylko powiedzieć jak nie będzie.
Nie będzie nudno:)
czarowanie
– Mamo, mogę zgasić świeczki?
– I co, znowu będziesz robić czapeczki na palcach? – domyślam się.
– Tak.
– No to zgaś.
I właśnie dlatego nasze zapachowe świeczki wyglądają jakby się do nich dorwało stado dzikich tygrysów.
🙂

– Co to tak pachnie świeżo pieczonymi ciasteczkami waniliowymi? – ciąga nosem mężulek zaraz po wejściu do domu.
Z nadzieją ciąga.
– To świeczki – odpowiadam rozbawiona.
– Aaaa – się rozczarował tak szybko jak chwilę wcześniej oczarował się.
🙂
Sezon świeczek zawsze zaczyna się u nas jesienią. Do tego Sting, Boccelli lub Sinatra. Ostatnio też Lasse Matthiessen cudem odkryty w szpargałach Kory.
Światło, zapach, muzyka.
I dom zaczarowany.
