Historynka

 

No i uwinęłam się przed Bożym Narodzeniem.
Parę intensywnych tygodni pisania na stole kuchennym między talerzami, pomiędzy obieraniem ziemniaków, a smażeniem kotletów i po nocach w świetle lampki. Poprawianie, wstawianie zdjęć i dziecięcych obrazeczków, szlifowanie, drukowanie… a potem znowu znajdowanie nowych materiałów źródłowych i od nowa…
Parę razy już myślałam, że praca skończona i nagle wyskakiwały jak królik z kapelusza zapomniane zapiski i karteczki z rysunkami dzieci:)
– Żarty sobie ze mnie stroisz? – zapytałam w końcu spoglądając znacząco w sufit;)

Ale teraz mogę odetchnąć. Oto pierwszy tom „Historynki rodzinnej” stoi oprawiony na półce, a pozostałe do odebrania jutro.



Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym jeszcze i dziś nie dopracowywała dzieła, dodając tu i ówdzie odręczne rysuneczki:)

Ale to już przysłowiowa „pestka”.
Tak więc historynka gotowa, by śmieszyć i rozbrajać serca dziadków i kolejnych pokoleń, które – mam cichą nadzieję – za parę lat zaczną się sypać jak wiśnie z koszyka.


Teraz mogę spokojnie zabrać się za szykowanie świąt.

Pierniki już dojrzewają piąty tydzień, dostaliśmy na prezent piękny obrus wigilijny, wymalowałam kartki bożonarodzeniowe, pomyłam cudem odnalezione bombki po Babci Niebieskiej, a choinka wdzięczy się za oknem obsypana białym brokatem śniegu. Aż się prosi o siekierkę;)


Ach!!!


Jeszcze chwila🌲

 

 

małe dzieci:)


Najpierw dostaję glośne plaśnięcie usteczkami w policzek, a potem zaświergolił głosik nad uchem:
– Mamo, przyszedł święty Mikołaj!!! Chodź!!! Taka wielka paka z suszonymi owocami jest!!! – zachęca głosik.
– A dla wszystkich przyniósł prezenty? – pytam zaspana.
– Tak, dla wszystkich – skwapliwie potwierdza głosik i wynosi się szybko z sypialni na plaskających stópkach, bo – jak postanawia naprędce – biegnie obudzić dzieciaki na górze.


Mroźny poranek czuć, gdy tylko uchyli się ciepłą kołderkę. Szybko naciągam jakiś włochaty sweterek. A w salonie już śpiewa Cohen, prezenty stoją w rządku, mężulek na fotelu w wielkim białym szlafroku jak polarny niedźwiedź siedzi.
Za oknem świat polukrowany na grubo śniegiem, a w środku ciepło, ciepluśko, gorąco.
– Nie chcą się obudzić – melduje znów głosik i zaczyna grzebać w kolorowych torebkach.
Ale po chwili już wszystkie niedźwiedzie ziewając przeciągle, suną po schodach na dół. Robi się gwarno, tłoczno, jeszcze cieplej.
Już czajnik w kropki zaczyna syczeć na kuchence, stukają kubeczki, łyżeczki, pachnie kawa.


Wszyscy na dywaniku się rozsiadają i fotelach. Jedni mierzą ciepłe rękawiczki, inni – różowe kapcioszki, syn – elegancki gruby golf, ja – rozkładam nowe farbki akwarele, szeleszczą torebki ze słodkimi owocami. Są suszone banany, ananasy, papaja, żurawina, morwa, morele i moje ulubione daktyle: słodko- gorzkie jak życie.
„Ochy” i „Achy” latają nad głowami jak tumany piórek z anielskich skrzydeł.
Jest niedziela.
Mikołaj przyszedł dzień wcześniej, bo Lalcia wystosowała do niego list błagalny o treści:
„Drogi święty Mikołaju, przyjdź jeden dzień wcześniej, bo potem Ala i Adaś jadą na studia i ich nie będzie, więc bardzo cię prosimy.”
🙂
I tak oto możemy wspólnie celebrować ten ranek, jedyny taki w roku, gdy każdy budzi się małym dzieckiem i oddycha samym zachwytem.

słowo jak meteoryt


I znowu – przez tak zwany „przypadek”- gdzieś przeczytałam o tym filmie, potem obejrzałam jego zwiastun, a w nim jak grom z nieba uderzyło mnie jedno zdanie:

„Nigdy nie wiemy czy w naszym życiu nie wydarzy się coś jeszcze większego i piękniejszego od tego, co się już zdarzyło.”

Jak meteoryt z nieba spadło i … rozbłysło nagłą jasnością, oświetlając wszystko na ułamek sekundy.
Ale takie ułamki sekund wystarczą, by wiedzieć co dalej.

* * *
Jest patronem od bierzmowania mojego mężulka i trochę o nim wiem, ale nigdy specjalnie się nim nie interesowałam.
Adam Chmielowski zwany bratem Albertem. O nim jest ten film.

Wyciągnęłam więc męża i znajomych do kina. To jedno zdanie było jak silny magnes. A ja bywam magnesem dla innych.

„Madame i nędzarz” ujął mnie jeszcze kilkoma innymi zdaniami wywracającymi człowieka podszewką do góry, wieloma pięknymi obrazami, ciekawymi ujęciami i przepiękną muzyką. Film ma parę wad, które możnaby wytknąć, ale po co.
Ja czułam się nasycona tym, po co przyszłam – istotą, sensem, zasmakowaniem żywiołu jaki drzemał w tym niezwykłym człowieku.

* * *
– To zdanie – powiedział potem mężulek – ono w filmie brzmiało inaczej… A ty usłyszałaś je inaczej – głębiej, piękniej.

I tak jest rzeczywiście.
To zdanie – magnes, które tak mnie pociągnęło, w filmie brzmiało inaczej.
A ja – nie wiem dlaczego – usłyszałam je właśnie tak:

„Nigdy nie wiemy czy w naszym życiu nie wydarzy się coś jeszcze większego i piękniejszego od tego, co się już zdarzyło.”

I właśnie takie rozbłysło w mojej duszy.

Nigdy nie masz pewności Rut, że przeżyłaś już wszystko co najważniejsze… Może cel, dla którego tu przywędrowałaś jest dopiero za zakrętem… Może to wszystko, co do tej pory – było tylko preludium…
Idź więc, nie zwalniaj…
Nie myśl, że to nic nie znacząca końcówka trasy.
Nie sądź, że pozostało ci już tylko odciąć nitki od robótki i wykończyć brzeg mereżką.



To wszystko kryło się w tym jednym zdaniu jak w maleńkim puzderku mieści się wiele drogocennych rzeczy.

Dlaczego je tak usłyszałam?

To jedna z wielkich tajemnic – droga, jaką Słowo dociera do naszego serca i jak się w nim kształtuje. W każdym sercu inaczej, lecz we wszystkich – równie pięknie.

* * *
A tu właśnie zaczął się Adwent. Słowo wyruszyło w drodzę do naszych serc i nabiera kształtu pod sercem Maryi.



Witaj Słowo.
Przemień nasze życia, olśniewając nas choć na ułamek sekundy.
To wystarczy, by żyć.


pobudki Chopina i Stacha konwenanse;)


Dzwoni młodszy pomocnik świętego Mikołaja.
– Mamuś, pokażę ci co kupiłam – mówi i prezentuje do okienka viber.
– Płyta z Chopinem dla ciebie, dwa krążki za 20 zł.
– Super – zachwycam się – Tyle słuchania za tak tanio!!!
– A tu dla Hani – Louis Timlinson. – pokazuje Ala – Niestety ta za 50 zł.

Wciąż są na świecie rzeczy, które nie śniły się filozofom;)
Dwadzieścia kilka szopenowskich utworów najwyższego lotu za 20zł i parę piosenek współczesnego idola młodzieży za dwa razy tyle.
Sztuka sięgnęła bruku:)
Jak sam fortepian Chopena:(

* * *
– A wiesz mamo, że moja klasa nie wie kto to jest Grechuta? – zagaja innym razem Nusia – Pani od polskiego puściła nam tę piosenkę : Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę…
a oni powiedzieli, że pierwszy raz słyszą;)

* * *
– A dziś pani mówiła o pobudkach naszych czynów, a ludzie z klasy nie rozumieli co to są „pobudki”:) – jeszcze innym razem przy niedzielnym obiedzie, też Nusia licealistka.


– Pamiętam – włącza się Ala wspomnieniowo – jak na próbnej maturze prawie nikt nie wybrał tematu o zwyczajach i konwenansach w Polsce, bo prawie nikt nie wiedział co to są te „konwenanse”:)


Tu zwyczajowo przypominamy najświeższą historyjkę maturalną, gdy kolega Adasia sądził, że Stach i Wokulski to dwie różne postaci i to przekonanie wielokrotnie zamieścił na łamach swej rozprawki;)
No i kardynał:) z papieżem nawet;)



… czyli współczesna kultura i sztuka.


Ale nie przeraża mnie to. Po 17 latach uczenia już w zasadzie jestem uodporniona i patrzę na wiele rzeczy ze zdrowym dystansem. 

Nie powtórzę też zdania wyrytego pismem klinowym 4 tysiące lat temu:

Młodzież się stoczyła na dno i bliski jest koniec świata. 🙂

Ale skrzypiąca rzeczywistość śmieszyć będzie mnie zawsze:)

 

 

przyjdź…

 

Wieniec już gotowy, cztery świece stoją na baczność, brokat lśni jak śnieg, pachnie gałązkami…



Oczekiwanie narasta.
Oczekiwanie, że przyjdzie wraz ze wszystkim, co prawdziwe, dobre i piękne. Że noc struchleje pod Jego stopami i odejdzie jak czarny pies podkulając ogon. Świat skrzypi jak stary wóz, gotowy wykoleić się się na skutej lodem drodze. 


Przyjdź.
Maranatha.
Oczekujemy Ciebie bardziej niż strażnicy poranka, o wiele bardziej niż oni. (Psalm 130)