eksperyment na żywym organizmie:)

– Emilka dała mi dziś czekoladę z okazji moich urodzin – opowiada jubilatka po powrocie ze szkoły.
– I gdzie jest ta czekolada? – pyta Nusia.
– Oddałam jej. Powiedziałam, że mam detoks cukrowy.
– A Emilka wiedziała co to jest? – śmieję się.
– Powiedziałam jej, że nie jem cukru. – wyjaśnia Laurka.



Tak, tak nasze dziewczynki młodsze postanowiły dołączyć do rodziców i zaraz po przełknięciu ostatniego skrawka tortu urodzinowego, przeszły na dietę bezcukrową.
Dla nich to rodzaj modnego chellengu, dla nas poniekąd konieczność życiowa:)
Usłyszałam o detoksie u pewnego dr. Bartka na Yt i pomyślałam: czemu nie.
Tym bardziej, że obiecywał, że każdemu jakoś pomoże.
Jak tylko zakomunikowalam to mężulkowi wieczorową porą, już w łóżku, powiedział: To ja też.
No i tak spędziliśmy całe cztery tygodnie na diecie ( z dwudniową dyspensą na urodzinowy torcik Laurki, bo co to za urodziny jak goście torta nie spróbują;).
Już po 3-4 dniach widziałam wyraźną różnicę, skończyło się notoryczne zmęczenie, które spowalniało moje życie od miesięcy. Mam mnóstwo energii, dobry humor i taką niesamowitą jasność umysłu. Tak ” jasność” i przejrzystość. Inaczej trudno to określić. Jakbym się obudziła z jakiegoś ciężkiego snu i wyjrzała na świat przez kryształowo czyste okno.
A mężulek dodatkowo schudł bez wysiłku parę kilo.



Po miesiącu uznaliśmy więc oboje, że nie chcemy rezygnować z tych cudnych doznań i dietę kontynuujemy. Wyjątki stanowi niedzielne ciasto;) No bo niedziela musi być niedzielą:)

W związku z powyższym list do św. Mikołaja ws prezentów rozszerzył się o jeden dodatkowy punkt:

🙂

„Zdrowy duch, zdrowe ciele” – jak to kiedyś wykrzykiwała nasza mała Nusia biegając po pokoju jak struś pędziwiatr:)

 

 

głaskanie po policzku

 

Moczę delikatnie malutki pędzelek w farbie. Brąz wymieszany z grafitem cienką smugą nanoszę na obrys tęczówki.
– Matko – mówię cichutko – niech Twoje powieki nigdy się nie zamykają, niech Twoje oczy dzień i noc czuwają nad moim narodem.
Pochylam się jeszcze mocniej nad jasną twarzą o ciemnych oczach.
Modlę się, a mój smutek i troskę zatapiam w Jej spojrzeniu. Modlę się za chorych, za rozbite rodziny, zagubionych, umierających, uchodźców, ocean ludzi i spraw, które wezbraną falą zalewają moje serce …
Spod pędzla wyłaniają się źrenice, rzęsy, krople światła w oczach. Powoli, w rytmie mojej modlitwy. Słowo po słowie, kreska po kresce.
– Namaluj Rut dla mojej córeczki obrazek Maryi do jej nowego pokoju – poprosiła mnie siostra Amelia.
Więc maluję.
Długo szukałam tego oblicza czystego i jasnego. Tkliwego i słodkiego. Takiego dla kilkuletniej niewinnej dziewczynki.
I znalazłam.
Zarysy w innych obrazach, głębię w modlitwie.



Mieszam na palecie czerwień, żółć, odrobinę brązu i bieli. Nawet w tym geście jest coś z modlitwy. Kontemplacji.
– Matko – szepczę znowu, dotykając obrazu – proszę, niech Twoje usta nie milkną, dzień i noc niech płynie twoja modlitwa za mój naród, ubłagaj Twego Syna o ratunek dla swych dzieci.

Spod pędzelka wyłaniają się płatki ust. Jak płatki róży.

Kiedy malujesz kogoś, kogo kochasz to jakbyś głaskał go po policzku. Z czułością.


Niepokalana delikatnie się uśmiecha.
A do mojego serca spływa strużka pocieszenia.
– Przecież jestem – zdaje się mówić młodziutka Maryja w białym welonie.
Jasna twarz lśni jak gwiazda na grafitowo – niebieskim tle.
Tak, jest noc. Coraz ciemniej.
Ale Niepokalana też jest.
Żadna noc nie zniweczy Jej blasku.
Żadna moc nie zniweczy Jej czystości.
Żadna siła nie odwróci Jej serca od nas.
– Przecież jestem – mówi z głębi naszych nocy.


 

opiekun Polski



Jeszcze trochę o świętych:)


Bardzo martwiłam się ostatnimi czasy o pokój w naszej ojczyźnie. Nie pisałam o tym, lecz praktycznie spędzało mi to sen z powiek. Bo nie dość, że Polska jest atakowana z każdej strony, nawet przez tych, którzy rzekomo robią to dla naszego dobra, to jeszcze coraz bardziej napięta sytuacja na granicy. Mieszkamy blisko tego punktu zapalnego. Nie musimy więc słuchać ani radia ani telewizji, by zrozumieć, że zagrożenie jest realne.
Wojna nerwów udziela się każdemu.
Ja wprost nie mogłam sobie znaleźć miejsca choć wciąż się modliłam.
I nagle…pewnego wieczoru wyświetlił mi się na Yt ten filmik.


Słuchałam, nie wierząc własnym uszom, potem pokazałam go mężulkowi i dzieciom.
Wszyscy byliśmy zdumieni – Andrzej Bobola od lat objawia się różnym. ludziom i mówi, że Polska została przez Boga powierzona jego opiece.
– Musisz go namalować – powiedział mężulek.
– Tak, muszę – odparłam.

Jak głodny wyszukiwałam w necie kolejne filmy i treści, a pokój jak rzeka rozlewał się w moim sercu z każdym.uslyszanym słowem.

*  *  *
Mówiłam wam, że święci właśnie w taki sposób sami zgłaszają się do nas, wcześniej dając subtelne znaki swej obecności.
Święty Andrzej Bobola przyszedł z wielką otuchą i pocieszeniem.
Bo – jeśli mamy takiego głównego patrona Polski – to wystarczy, że jak dzieci będziemy wołać o jego pomoc.
I to też nie przypadek, że Andrzej głównie apostołował za życia na terenach dzisiejszej Białorusi, bo też i tymi ziemiami się opiekuje. A – wierzcie mi – ludzie tam także cierpią z powodu tego, co się dzieje na naszej wspólnej granicy. Do tej pory żyliśmy wszak tutaj w przyjaźni, są małżeństwa mieszane, wielu z nas ma białoruskie korzenie. Moja prababcia też przyszła tu z Białorusi wygnana przez komunistów.
Więc to, co się dzieje jest raną dla wielu serc i rodzin.

*  *  *
Ale Andrzej dawał nam znaki już wcześniej.
Kiedy się tu przenieśliśmy trzy lata temu, zawsze zastanawiało nas co to za kaplica stoi na skrzyżowaniu dróg. Przejeżdżamy obok niej kilka lub kilkanaście razy dziennie, w drodze z i do domu. Pamiętam ją z dzieciństwa, zawsze tu była. Ale zupełnie nic o niej nie wiedziałam.

Pewnego dnia drzwi kapliczki były otwarte i poczuliśmy się zaproszeni, by wejść do środka.
Jakież było nasze zdumienie, gdy okazało się, że w środku wisi obraz świętego zakonnika stąpającego po cierniach, a za nim na horyzoncie cwałują na koniach kozacy. Wiedzieliśmy, że to Andrzej Bobola, ale też zdawaliśmy sobie sprawę, że kaplica pod jego wezwaniem i to na wsi jest ewenementem na skalę kraju.
To taki niszowy święty, o którym rzadko się dotąd pamiętało.

Teraz pamiętam o nim w każdej chwili dnia. Codziennie zawierzam ojczyznę jego wstawiennictwu. Wszak sam powiedział objawiając się, że wszystko może dla nas wybłagać, tylko musimy go prosić.
Niedługo – 30 listopada – jego imieniny.
A przed nimi 9-dniowa narodowa nowenna, by się za nami wstawił i obronił nasz kraj przed wojną i innymi zagrożeniami. A jest ich tak wiele.
To wielka inicjatywa całego narodu. Zobaczcie jak mówi o tym ojciec Dominik Chmielewski.





Święty Andrzeju Bobolo, główny patronie naszego kraju, módl się za nami.
Maryjo, Królowo Polski, otocz nas swoim niebieskim płaszczem.


 

niezwykłe roczniki

 

– A będzie w tym roku studniówka? – dopytuje nasz syn student.
– Może będzie – odpowiada mu ktoś z rodzinnego chórku polegującego i posiadującego w zaciszu wieczornego salonu.
– I będziesz jedynym rocznikiem w historii ludzkości, który nie miał studniówki – mówię mrugając do niego okiem.
– A nie!!! – przypominam sobie – Jeszcze w stanie wojennym nie było.
– I w czasie wojny – dorzuca Ala dla ścisłości faktów.
– Będziesz w gronie trzech wyjątkowych roczników bez – studniówkowych. – podsumowujemy.

A Miś uśmiecha się pod nosem. On też jest bez-studniówkowcem. Pozbawił się tej przyjemności z własnej, nie przymuszonej żadnym kataklizmem dziejowym, woli;)

 

rozmówki rodzinne

 

– Wracam do wagi – stwierdza Adam, po zważeniu się.
– Do powagi? Ty nigdy nie wrócisz. – celnie kwituje brata starsza siostra.
– Jakbym chciał, to bym zrzucił. – dalej w temacie tuszowym Adaś.
– Szybko byś zrzucil, momentalnie – potwierdza tata.
– Mentalnie? – odzywa się z kanapy przysypiająca Hania.
Takie tematy po niedzielnym obiadku poruszamy.
– Ooo, sikorka – krzyczy Ala pokazując ptaszka za oknem – Jaka gruba. Zagląda tu.
– Tak, kupiłam sadełko, trzeba wywiesić im, bo Max kiedyś mówił, że one na jesieni podejmują decyzję: zostać czy lecieć dalej. – mówię, wyjmując sikorkowe jedzenie z lodówki.
– Trzeba im ułatwić tę decyzję – śmieję się.
A mężulek już nawleka sadełko na sznurki i wychodzi przed taras zawiesić przysmak na drzewach.
Koty łaszą mu się do nóg, przymilnie patrzą w oczy:)
Zimą pachnie już, śniegiem…

*  *  *

– Czy to nie będzie rodzaj morderstwa w białych rękawiczkach? – zastanawiam się głośno – Bo jak damy dziadkom tę Księgę, to dziadek ze śmiechu skona na zawał, a babcia dostanie znów wylewu.
Niebezpieczne jest w tym wieku i tym stanie zdrowia czytać TAKIE rzeczy:)

*  *  *

– Idź obudź Adasia – mówi tata do Ali.
– Ale on mnie posłucha? – córka.
– A kto prośby nie posłucha… – intonuję natychmiast.
– W imię Ojca, Syna, Ducha, czy widzisz Pański krzyż, nie bierzesz jadła napoju, zostawże nas w spokoju – chóralnie i tubalnie kończymy kwestię rodem z „Dziadów”.
A kysz, a kysz, a kysz
🙂
Życie w rodzinie bibliofilów.

*  *  *

– Widziałaś maki Moneta? – pytam Alusię przy śniadanku i wskazuję w kierunku szczytu kredensu.
Córka patrzy zaspanymi jeszcze oczyma we wskazane miejsce i nieco zszokowana widokiem zauważa jakże trzeźwo:
– Chyba słoneczniki Van Gogha:)

Śniadania w gronie znawców sztuki;)

 

 

 

budowanie

Zabraliśmy się za remont domku po Babci Niebieskiej, choć – gdy tak piszę – brzmi to jak ten kawał o mrówce i słoniu, którzy razem szli przez mostek.
– Ale tupiemy – zauważyła mrówka:)
Więc moje zasługi w w/w remoncie są takie jak to tuptanie mrówki:)
Główny ciężar ( i to nie w przenośni) spoczywa na barkach mego męża i syna, gdy zjeżdża do domu na weekendy.
Mam jednak nieoceniony wkład jako doradca;) W tym jestem mistrzem, choć nie wiem dlaczego, gdy czasami przedstawiam moje świetlane wizje, chłopaki wybuchają śmiechem:)
*  *  *
W ramach remontu nastąpiło – jak to zwykle bywa na początku takich akcji –  „trzęsienie ziemi” , czyli wyburzanie, zrywanie podłóg, skuwanie, wywożenie gruzu, młoty, piły, szpadle, dłuta…
Zauważyliście, że by przywrócić ład, trzeba najpierw wywrócić wszystko do góry nogami?
Bóg chyba ma tę samą wiedzę, jak tak patrzę na dzisiejszy świat:)
*  *  *
Dziś mój mąż zaprowadził mnie na strych nad domem babci i pokazał dziurę w stropie. Zrobił ją, by zamotować podciąg i w ten sposób umocować olbrzymią dębową belkę, która ma podpierać sufit.

Dziura odsłoniła wszystkie pokłady i ukazała jak i z czego zostało wykonane sklepienie. Deski, paździerze, słoma, solidne belki…
Przy całym tym remoncie raz po raz zadziwiamy się doborem materiałów, przemyślnością budowniczych i metodami ich pracy. Wszystko widać jak na dłoni.
Całe pokłady mądrości i przezorności, ale też każdą fuszerkę i nieroztropność w planowaniu, każdą źle pojętą oszczędność.

Ja też – przy okazji pisania Księgi rodzinnej – przekopałam ostatnio tony notatek, liścików, bruliony, zwitki papieru.
I tak dokładnie widać wszystkie warstwy mego życia, wszystkie solidne belki i kamienie węgielne, ale też to, co utykało i solidne nie było.

Rachunek sumienia dla domku babci jest też moim rachunkiem.
Rut, czy budujesz tak, by strop nigdy nikomu nie runął na głowę?
Czy budujesz tak, by twój dom był wieczny?
Ktoś patrzy przez małą dziurkę w stropie moich dni, widzi wszystkie warstwy.
Nie, nie patrzy jak ten, który szuka dziury w całym po to tylko, by z satysfakcją wycedzić na końcu : „a nie mówiłem?”

Nie wierzę w takiego Boga. Nie takiego Go znam.
Patrzy z miłością i troską, gotów w każdej chwili, by – jeśli źle zamocowana belka zacznie pękać – znowu ponieść mnie na własnych plecach jak to już nieraz robił.

– Gdyby trzeba było, bym jeszcze raz dał się zmiażdżyć, by uratować ciebie, zrobię to. I jeszcze raz, i jeszcze… – mówi.

I wiem, że to prawda.