Wielki Tydzień


Ja i mój mąż co roku o tej porze oczekujemy na niego. Domyślamy się, że przyjdzie. Mniejszy lub większy, lżejszy lub cięższy. Przypominam sobie wtedy Jezusa, który szedł ostatni raz do Jerozolimy. Był świadomy, że każdy krok zbliża Go do krzyża.
Tak i my z niepokojem serca, które jak dzika spłoszona gołębica łopocze skrzydłami, przemierzamy dni, godziny i minuty dzielące nas od krzyża. Po ludzku niespokojni jaki będzie i czy damy radę go ponieść.



I przyszedł.
Wczoraj najmłodsza córeczka zagorączkowała, dziś nie poszła do szkoły, a wieczorem cała już była w kropki. Ospa. Tylko ona z całej naszej rodziny nie przechodziła ospy.
Uśmiechnęliśmy się z Michałem do sobie porozumiewawczo.
– Wielki Tydzień – powiedzial on.
– Tak, wczoraj znowu pojawiła mi się 21:37 – potwierdziłam – Jan Paweł już jest.

* * *


Krzyż to ogromna tajemnica. Przemierzyłam już niemal pół wieku, a ona wciąż jest przede mną zakryta. Zbliżam się czasem i wydaje się, że już znam odpowiedź, lecz potem okazuje się, że jestem jeszcze tak daleko od prawdy.

Wiem jednak napewno to jedno:
to, że nam Bóg błogosławi, to nie znaczy, że nie daje nam krzyży.


Wręcz przeciwnie: wydaje się, że On najobficiej, najszybciej, najskuteczniej błogosławi nam przez krzyż.
To wymowne, że gdy ojciec czy matka błogosławi swoje dziecko, kreśli mu znak krzyża na czole. Nie kwiatek, nie gwiazdkę i nie serduszko, lecz krzyż. Podobnie, gdy jesteśmy błogosławieni przez kapłana, on kreśli w powietrzu dwie belki krzyża. Jakby krzyż był dobrym życzeniem, darem na drogę, zabezpieczeniem, źródłem zwycięstwa.


Nie rozumiemy tego, lecz niejasne przeczucie kołacze mi się w sercu, że krzyż jest darem większym niż wszystkie inne tu na ziemi.
I bez niego nie potrafilibyśmy ani żyć, ani umrzeć.


 

zamiast

 

Pierwszego kwietnia, gdy odsłaniam lniane zasłony w sypialni, nie wierzę własnym oczom.
Jakby ktoś wykrzyknął śmiejąc się:
– Prima Aprilis!!!

Cały świat niespodziewanie ubrany w puchową pierzynę, spod której tylko tu i tam nieśmiało wychylają się pierwsze oznaki wiosny. Ta już zdążyła ukazać się nam tu w całej swej krasie świergotem ptaków, swawolami wiewiórek, powrotem niezliczonych kluczy, wierzbami płonącymi na czubkach na żółto, krokusami, pączkami liści, zapachem ornej ziemi.
A tu … Prima Aprilis!!!

Wieczorem zgasło światło i do białej scenerii pełnej tańczących płatków śniegu dołączyły nastrojowe chybotliwe płomienie świec. A jakże : adwentowych, bo takie właśnie podarował nam ostatnio Ksawery.
– Szkoda, że jednak zdjęłam te girlandy z domu – westchnęłam – ale trochę mi już było wstyd przy prawie 20 stopniach zostawiać stroiki z jedliny i kaliny.

Drugiego kwietnia rano po raz drugi nie uwierzyłam swoim zmysłom, gdy odsłoniłam zasłony:) Śniegu dosypało dwa razy tyle, a większość naszych przydomowych brzózek pokłoniło się aż do ziemi pod jego ciężarem. Wskoczyłam więc czym prędzej w ciepłe ubrania i uzbrojona w brzozową miotełkę, pobiegłam ratować drzewa. Omiotłam je z ciężkiego brzemienia tyle, ile zdołałam i próbowam je podźwignąć do góry.
Unieść ramiona brzóz, ich wiotkie ciała podźwignąć dłońmi palącymi od mrozu. Nigdy nie sądziłam, że będę to robiła.

Resztę dobytku roślinnego otrzepałyśmy już razem z dziewczynkami kilka godzin później. Nad nami strzelały drzewa, urywały się potężne konary w lesie obok domu, śnieg całymi łachami spadał w dół ze zduszonym hukiem, a na dach domu runął urwany czubek sosny.
Żywioł robił co mógł żeby nas przestraszyć.
Ale rudzik – jakby nigdy nic – zagadywał do nas na gałęzi, krokusy wystawiały żółte i fioletowe nosy ze śniegu, koty chodziły po naszych głębokich śladach zaaferowane tym, co robimy.

Cały dzień bez prądu, bez połączeń telefonicznych, radia, Internetu, pralki, odkurzacza, kuchenki, zmywarki, z piecem, który bez elektrycznej pompki swawoli jak pięcioletnie dziecko.
Ale przecież nie jest nam źle. Śmiejemy się, podgrzewamy herbatkę w czajniczku z lightem, wozimy drewno do pieca na sankach, gramy w grzybki, ścieramy kurze, sprzątamy, malujemy akwarelami ( ja – żółtego motylka oczywiście:), czekamy na naszych chłopców, którzy wracają z montażu… Zamiast obiadu są kanapki z pasztetem i ogórkiem, zamiast wiosny – śnieżna zima, zamiast słońca – adwentowa świeca, zamiast…


Zawsze jest coś w zamian.

I gdzieś ponad całym dniem unosi się ciepły obłoczek myśli, że ” wszystko jest łaską” i „wszystko dla naszego dobra”.
I wszystko jest adwentowym czekaniem. Całe nasze życie, czy grudniowe, czy kwietniowe, czy w skwarze lipca, czy szarugach listopada jest oczekiwaniem.

na coś, na kogoś, na Kogoś…

 

 

żółty motyl

 

– O, żółty motylek!!! – wykrzykuję.
Wychodzimy właśnie w słoneczne popołudnie z niedzielnej mszy. Obok mnie moje dzieci, mąż, Andriej – przyjaciel z Ukrainy i jego troje dzieci.
– Wiesz – mówię do Sofijki, najstarszej z trojga – że jeśli jako pierwszego na wiosnę zobaczysz żółtego motylka, to będzie dobry rok.
Uśmiecha się.
– Butterfly? – pyta, bo słabo rozumie po polsku.
– Tak, yellow butterfly – potwierdzam – Będzie dobrze, wojna się skończy – mówię dziecku.

Przyjechali do nas w poprzedni weekend, odpocząć, zapomnieć, porozmawiać, pobawić się. Jeszcze nie wiedzą co dalej, czekają na wizę do Stanów, ale najchętniej wróciliby do Lwowa.
– Dzieci mówią, że nawet dziś mogą wracać – mówi Andriej – Bardzo tęsknią.
Andrzej zna polski, razem studiowaliśmy, był w Polsce 10 lat. Marko – średni syn też umie porozumieć się w naszym języku, więc skwapliwie tłumaczy co mówi rodzeństwo. Sofija zna dobrze angielski, a najmłodszy Romek – tylko ukraiński.
Ale dobrze im u nas, bawią się, grają z Laurą w gry, robimy wspólnie pizzę, dużo śmiechu, przekrzykiwania, nieustanne biesiady przy stole kuchennym. Sofija na brzegu stołu maluje akwarelami, zgadałyśmy się, że obie mamy artystyczne dusze, więc farby i pędzle szybko wjechały na stół. Chłopcy leżą na podłodze i rysują kredkami Laury. Wciąż proszą o nowe kartki i malują… Czołgi, rakiety, ludzi strzelających do siebie, samoloty, wozy bojowe i … ulubiony temat: śmierć i grób Putina.


Na każdym rysunku flaga Ukrainy, niebiesko – żółte serca, nawet kwiaty na grobie wroga są niebieskie i żółte.
– Andrzej, jakich czasów my dożyliśmy? – powtarzam, siedząc za stołem z dawno niewidzianym przyjacielem.
Ale to pytanie retoryczne. Nikt nie odpowiada.

– Może jutro zamiast obiadu zrobimy ognisko w sadzie! – wpadam na pomysł – Z kiełbaskami.
– O, dzieci będą zachwycone. One nigdy nie były na ognisku – rozpromienia się Andrzej – U nas nie ma takiego zwyczaju.

I robimy.
Kije, kiełbaski syczące nad ogniem, pieczone jabłka, nawet tradycyjna polska pieśń biesiadna „Hej sokoły omijajcie…”
– To pieśń o Ukrainie – tłumaczę dzieciom Andrzeja – U nas śpiewa się ją na każdym weselu i spotkaniu.
Chłopcy biorą kije i znów zaczynają walczyć nad dogasającym ogniskiem. Późne słońce krzesze nad nimi strumień purpurowego światła.
– Jak na obrazie Jezusa Miłosiernego – pokazuję mężowi zdjęcie, które wtedy zrobiłam.


– Jezu, ufam Tobie – zamyślam się w sercu – że te dzieci… że Andrzej… że Ukraina… świat… Ufam Tobie.

* * *

Od tamtego dnia widziałam już wiele żółtych motyli. Dziś jeden siadł na kępce bratków. Bratki też są dwukolorowe: żółto- niebieskie.
– Co oznaczają kolory na waszej fladze? – zapytałam przyjaciela.
– Niebieski to niebo, a żółty to … – usiłuje sobie przypomnieć słowo, którego już dawno nie mówił po polsku.
– Zboże? – pytam.
– Tak, pszenica.

Niemal od dnia rozpoczęcia wojny maluję obraz.

To Maryja – Królowa Ukrainy. Blada dziewczyna w żółtej szacie, z niebieskim welonem na głowie trzyma na szczupłej dłoni białego gołębia.
Kiedy to wszystko się skończy i gdy skończę obraz, chciałabym by trafił do tego kraju, zdruzgotanego i odartego jak Jezus na krzyżu.

Wierzę, że tak będzie. Wierzę, że niedługo.
Niebo znów będzie niebieskie, a pola zafalują złotym łanem pszenicy. Powróci śmiech i życie i pieśń.

Maryjo, Królowo Ukrainy módl się za nimi💙

 

 

 

smak róży

Wczorajszy dzień…

Musiałam ochłonąć, by Wam o nim napisać. Bo takie dni, gdy ręką dotykasz nieba, nie zdarzają się codziennie.
I – gdy w końcu zrozumiesz co się stało – jesteś tak oszołomiony, że tracisz orientację czy żyjesz jeszcze tu, na ziemi, czy już poza nią.
Dwa dni temu pisałam, że wierzę w Paschę. Dziś mogę powiedzieć: widzę ją, stała się naszym udziałem!!!

*  *  *

Tyle modlitwy, tylu ludzi, którzy podnieśli ręce do Boga, by błagać o ratunek dla mojego męża. Tylu świętych szturmowanych prośbami w ciągu ostatnich dni, tyle rozmów z Nim, tyle pociechy w Bożym Słowie, tyle bezsennych nocy, ludzkich gestów dobroci, pamięci, ukrytych zrywów serc…
Ogromnie Wam dziękuję ❤️

Wczorajszy dzień to 22 marca. Każdy 22 dzień miesiąca jest szczególnym dniem Jana Pawła II – ukochanego opiekuna naszej rodziny i św. Rity – ulubionej świętej Ksawerego.

Święty papież zawsze daje nam subtelne znaki swej obecności, zwłaszcza, gdy nadchodzi w naszym życiu kolejny krzyż.
Wtedy w nieprawdopodobny sposób co dzień powtarza się znak godziny 21:37, godziny śmierci Jana Pawła. Nie da się tego po ludzku wytłumaczyć, lecz codziennie, jakby kierowani jakimś implusem, gdy wieczorem spojrzymy na zegar, budzik lub ekran telefonu – jest dokładnie godzina 21:37.
Pokazujemy to sobie jak się pokazuje klucz żurawi na niebie, uśmiechamy się i znowu wracamy do czytania książki, oglądania filmu, modlitwy, rozmowy.


Tak jest od lat. To jest jak jego podpis : ” Jestem z wami, pamiętajcie. Zawsze jestem z wami.”
Jest jeszcze jeden znak – białego gołębia. Pojawia się zdecydowanie rzadziej, ale jest bardzo ważny.

*  *  *

Wczorajszego ranka właśnie o tym rozmawialiśmy. O znakach obecności nieba w naszym życiu.
Ksawery postanowił odprawić specjalnie dla nas mszę o ocalenie Michała od choroby nowotworowej. Taką cichą, wcześnie rano, tylko kilka osób. Za wstawiennictwem świętej od spraw beznadziejnych – Rity.
Kilka dni wcześniej dał nam relikwie świętej żeby stale były przy łóżku Michała, żeby się przed nimi modlić. Co miesiąc ( właśnie 22 każdego miesiąca) w jego parafii jest nabożeństwo do tej świętej, na którym ludzie proszą ją o łaski i są błogosławione róże – symbol i znak rozpoznawczy świętej z Cascii.

– Jakoś Rita nie jest mi tak bliska jak Jan Paweł – wyznał mój mąż tego ranka, pijąc kawę.
– Jan Paweł daje konkretne znaki, po których poznajemy jego opiekę – powiedziałam.
– A Rita nie – stwierdził mąż.
I tak, pijąc kawę przed wyjazdem na mszę, porównywaliśmy oboje świętych, niepomni, że „niebo ma uszy”.

*  *  *
„Czy myłeś dziś ręce różnym mydłem?” – wysłałam sms do Ksawerego. Wracaliśmy już ze mszy świętej do domu, a mnie jedna rzecz nie dawała spokoju.
„Nie, antybakteryjnym” – odpisał.
” Bo hostia smakowała jak róża. Wiem jak smakują róże, bo jako dziecko jadłam ich płatki” – napisałam znowu.
„Rita” – następny sms był bardzo krótki.

– A twój kawałek jak smakował? – zapytałam męża.
– Normalnie, jak opłatek.
– Przecież wszyscy pięcioro jedliśmy tę samą hostię połamaną na kawałki. – myślałam na głos. – Więc to rzeczywiście Rita.
– A my narzekaliśmy przed mszą, że nie daje znaków – zaśmiał się mąż.

Ten smak.
Nie czekałam na coś takiego. Nie wiedziałam, że coś takiego jest możliwe.
Więc wprawiło mnie w zdumienie, gdy po przyjęciu Komunii wróciłam do ławki, uklękłam i …wtedy w moich ustach rozlał się intensywny smak pachnącej róży. Tak, ten smak miał zapach. Nie było smaku chleba, ani opłatka. Był smak i zapach różany.
Rita zrobiła dokładnie to samo, co zwykle robił Jan Paweł : złożyła swój osobisty podpis na naszym życiu, na naszym krzyżu.

Gdy więc mąż wyjeżdżał na wizytę do onkologa, wziął do kieszeni jej relikwie żeby była z nim w tej ważnej chwili, gdy zapadnie decyzja.
A ja błagałam w domu, leżąc krzyżem przed ikoną Rity: „Uratuj mojego męża”.

*  *  *

– To dziwne – powiedział lekarz, analizując wyniki ( sama w domu zrobiłam mu tabelę porównującą wszystkie badania z ostatnich lat) – te guzki prawie wcale nie rosną. Gdyby były złośliwe, rosłyby szybko. Może to jakieś zwykłe zmiany. Może pan tak po prostu ma. – zastanawiał się, zdziwiony.

– No cóż, jest taka ścieżka leczenia, że się nic nie robi – powiedział – tylko stała kontrola, bez żadnego leczenia. – Niech pan tak dalej trzyma, a kiedyś przestaniemy się spotykać – dodał, wyraźnie zadowolony.

Nie zlecił chemii, wyznaczył kolejne badanie i kontrolę za trzy miesiące żeby na pewno niczego nie przeoczyć. Tyle.

Krzyż został zdjęty z nas, a my z niego.
Ciemność rozpłynęła się w blasku łaski.
Pozostał w ustach smak róż, a w sercu wyryte słowa: „Jestem z wami”.
I poświęcona róża, którą Ksawery przywiózł wieczorem, po nabożeństwie.
– Ja już dziś dostałam różę od Rity – przypomniałam mu.
– Ta będzie dla Michała – powiedział.

*  *  *

Parę dni temu mąż przyznał mi się, że od 2 tygodni odmawia pompejankę o pokój na Ukrainie. Wtedy zrozumiałam skąd ten krzyż. Jeśli więc Bóg przyjął nasze cierpienie ostatnich dni, wysłucha także modlitwy.
Jeszcze wszyscy ujrzymy Paschę jakiej nie widziały tysiąclecia. Stanie się naszym udziałem.

I nie będziemy już mówić: „wierzę w zmartwychwstanie” , lecz powiemy: „widzę je, dotykam, czuję jego smak”.

Smak zwycięstwa Chrystusa🌹