* * *

Kolejna witryna sieci „blog.deon.pl”
* * *

Mój różaniec kiedyś był czerwony jak korale kaliny. Teraz, po wielu latach farba starła się na każdym koraliku.
Modlę się na nim wszędzie, i w domu, i w ogrodzie, lesie, w podróży, kościele, noszę w kieszeniach wielu kurtek, sweterków i płaszczy, więc jego niegdyś białe nici są już szare. Próbowałam go ostatnio nieco uprać, szorowałam szczoteczką i mydłem. Oczywiście starając się nie zetrzeć resztek farby z paciorków. Bo ten jego czerwony kolor ma dla mnie ogromne znaczenie – łatwiej go znaleźć czy w torebce czy gdziekolwiek bądź, gdzie go odłożę:) A jestem jak wiewiórka: odkładam w najbardziej nieoczywiste miejsca, jakie istnieją na ziemi. I potem, ku uciesze calej rodziny, biegam po domu wykrzykując:
– Gdzie jest mój różaniec? Nie widział nikt mojego różańca?
🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹
Dziś rano sięgnęłam po różaniec mojego męża. Nie zwykłam modlić się na innym różańcu, ale nie chciało mi się dreptać po mój do sypialni.
Ale i tak podreptać musiałam, bo różaniec mego lubego okazał się wisieć na ostatnim włosku i trochę obawiałam się, że rozpadnie mi się w rękach. Sznureczki są już tak przetarte, że wszystko trzyma się na słowo honoru.
Różańce mojej mamy też rozpadają jej się w rękach, bo ona ma takie łączone drucikami. Więc stale je reperuje i zagina pęknięte oczka.
No i stale gubi ( to chyba u nas rodzinne), więc ma ich większy zapas.
My też mamy różanców wiele. Większość otrzymaliśmy jako prezenty. Są wśród nich małe dziesiąteczki, bransoletki, pierścionki, różańce z drzewa różnego, z nasionek, nawet ciężki z kamieni, świecące i zwykłe drewniane, własnoręcznie robione i te zakupione w tzw. miejscach świętych.
🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹
Ile odmawiam różanców dziennie. Bywało, że cztery lub pięć całych części różańca ( czasem podejmuję się odmówienia nowenny pompejańskiej). Ostatnio tylko siedem dziesiątek. Każda w innej, bardzo ważnej intencji. W tym dwie w różach różańcowych, które działają już półtora roku. Jednej za męża, a drugiej za dzieci.
Ostatnio znowu pojawiła się potrzeba stworzenia kolejnej róży rodziców za dzieci.
Ogłaszam więc wszem i wobec nabór do naszej szóstej już róży różańcowej!!!
Potrzebujemy 20 osób chcących wypraszać łaski dla swoich dzieci. Jedna dziesiątka dziennie:)
Jeśli sami jeszcze nie jesteście lub macie kogoś chętnego wśród bliskich i znajomych, zgłaszajcie w komentarzach. Odezwę się mailowo do każdego z Was🌹
Lubię dalekie pohukiwania burzy. Nie wiem dlaczego, ale budzi się we mnie oczekiwanie. Na co czekam? Nie wiem. Może na jej potęgę, szaleństwo, siłę. Odczuwam nadzieję, nie strach.
Lubię ten gorzki zapach, gdy zrywam przekwitłe kwiaty aksamitek. Ręce potem długo pachną czymś dzikim, nieokiełznanym, tajemniczym, tak niepodobnym do zapachu innych kwiatów, a jednak uwodzącym.

Albo woń piołunu rosnącego tuż przy polnej drodze. Jakaś nieprzejednana gorycz, która pociąga i kusi, by potrzeć liść i przyłożyć do nosa.
Jest też pewien rodzaj rozkoszy w dłoniach poparzonych pokrzywą. Nie, nie do końca to jest ból tylko. Jest coś jeszcze zamkniętego na dnie tego cierpienia. Nienazwane coś. Sekret.
❔❔❔❔❔❔
W tym wszystkim jest jakieś nad…, ponad…, poza… niezrozumiałe a pociągające, inne a swojskie.
Jakieś wołanie tajemnicy większej niż można zrozumieć, lecz zaprzeczyć jej istnieniu nie sposób.
Jakieś przeczucie, że niekoniecznie wszystko wiemy i że tyle jest spraw, których nie zrozumiemy nigdy.
Nigdy, bo nas przekraczają nieskończenie. Transcendentalnie. Zawsze poza.
Uciekają nam, rozpływają się zanim spojrzymy, przeciekają przez palce zanim chwycimy, uciekną zanim się obudzimy, nie pozwolą nadać sobie nazwy.
Wołanie czegoś spoza tego świata.
Słyszycie je czasem?
Nie nauczono nas tak patrzeć i tak myśleć: że małżeństwo i rodzina to ważne i wielkie powołanie. To – od kiedy pamiętam – było traktowane jak ta gorsza droga do nieba lub wręcz do nieba przeszkoda. Takie tam coś dla tych pospolitych i niewyróżniających się z tłumu, którzy owczym pędem idą za resztą. Wygodniejsza droga dla słabeuszy.
„Powołanie” przez duże „P”, lub nawet „powołanie” pisane złotymi zgłoskami to oczywiście była tylko uprzywilejowana droga księży, zakonnic i mnichów. Nad rodziną takiego „powołanego” od razu rozbłyskał świetlisty nimb wyjątkowości, bo oto w jej łonie począł się i wychował ktoś tak wyjątkowy.
Cała wieś się cieszyła, gdy „wyszedł” z niej ksiądz. Nikt nie poczytywał sobie za zaszczyt, gdy w wiosce mieszkały dobre rodziny.
A przecież małżeństwo i rodzina to kolebka nas wszystkich i naprawdę trzeba być kimś, by tą drogą dać radę iść.

Nocne czuwania przez wiele lat z rzędu to dla karmiącej matki chleb powszedni, wygłaszanie kazań i słuchanie wyznań to dla ojca praca 24 godziny na dobę:), ofiara z krwi, potu i łez? ależ tak, po wielokroć i na różne sposoby, gotowość do tytanicznej pracy i poświęceń? pocieszanie strapionych? karmienie głodnych? opieka nad chorymi? codzienna służba? odejmowanie sobie od ust? niedosypianie?
W żadnym klasztorze nie znajdziecie tego więcej niż w rodzinie.
A do tego oczywiście modlitwa stała i wytrwała i to nie za siebie. I uczenie tej modlitwy, odpowiadanie po wielokroć na pytania: A skąd się wziął Pan Bóg? A czy wszystko może?, tryskanie wiedzą teologiczną, gdy przychodzą trudniejsze kwestie: A dlaczego pozwala na cierpienie? Po co jest zło? Ale ja nie mam grzechów.
Ćwiczenie się nieustanne w nieziemskiej cierpliwości, nadludzkiej heroiczności, zaradności, niezłomnej wytrwałości, zaufaniu, mądrości i wszelkich odblaskach miłości. Pokonywanie siebie na wszystkich możliwych i niemożliwych płaszczyznach. Nikt cię tu nie pyta czy umiesz szyć, gotować, murować, leczyć, prać, uczyć, rysować, śpiewać i czy masz na to ochotę. Po prostu to robisz.

Sprawdzasz na własnej skórze, po kilku z rzędu nieprzespanych nocach słuszność słów Izajasza: „ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły, biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą”.
I tyle musisz porzucić i opuścić, by wejść na tę drogę. Tylu ludzi, tyle spraw, własnych celów, pragnień, siebie samego po trosze. Tyle sobie odmówić, tyle stracić.
I wtedy już wiesz co znaczyły słowa Jezusa o tym, że by zachować życie, trzeba je oddać. Niekoniecznie przelać krew, lecz życie oddać na milion innych sposobów, kawałek po kawałku rozdając je innym. Czy na innej drodze jest to aż tak oczywiste i wpisane w każdy dzień, noc, godzinę?
Znam paru takich księży, może dwie zakonnice, którzy żyją oddaniem Bogu i ludziom.
O wiele więcej znam żon, mężów, ojców, matek, babć, dziadków, cioć, wujków, synów, córek, którzy wiernie idą za ewangelicznym: pójdź za Mną!
O wiele więcej widzę świętych wśród rodzin. Wykluwają się jeden po drugim nowi błogosławieni na tej „gorszej”, pelnej ostów i cierni światowej drodze.

Może to jest nowy znak naszych czasów, że to, co uznawano za gorsze, stało się lepsze. Jak woda z Kany stała się winem, bo w winie wina zabrakło.
Może beatyfikacja rodziny Ulmów otworzy nam oczy, że nie tylko zakonnicy podobni do św. Maksymiliana Kolbe godni są wynoszenia na ołtarze. I że świętych i błogosławionych mamy we własnych rodzinach i po sąsiedzku.
* * *

Nie zliczę tych wszystkich razów, gdy błogosławiłam dar poczucia humoru, którym obdarzył nas Bóg bardzo obficie.
Nie wyobrażam sobie nawet jak przeszlibyśmy to, co przeszliśmy bez tej bezcennej, choć niedocenianej przez wielu cechy.
I znowu nadarzyła się okazja do trenowania się w cnocie, bo oto, gdy wróciłam „zmachana” z przejażdżki rowerowej z Lalcią ( to nasz ostatnio niemal cowieczorny rytuał, o roboczym tytule: „przejażdżka drogą za brzozami”, który wieńczymy robieniem zdjęć niebu o zachodzie słońca), na patio z miną Sfinksa i uśmiechem Mony Lisy siedział syn z komórką w ręku.

– Wody z kranu nie można pić – oświadczył krótko i pokazał odpowiedni komunikat inspektoratu sanitarnego.
Ba, jak się okazało – po wgłębieniu w zawiłości tekstu – nie tylko pić, ale również myć się w niej, prać i zmywać naczyń, owoców, warzyw itd.itp.
Dalszy wywiad u sąsiada wniósł do danych informację, że w wodociągu naszej wioski i kilku sąsiednich wykryto bakterię coli, a kryzys ma potrwać „do odwołania”, czyli nie wiadomo ile:)
🦠🦠🦠🦠🦠🦠🦠🦠🦠
– Oj, od razu zaczął mnie boleć brzuch – jęknęłam.
– Ala, Ala!!! – pobiegła do starszej siostry Lalcia – Nie ma wody! – zakomunikowała wracającej też z rowerowej wycieczki, tyle, że kilkunastokilometrowej i z Julcią.
Zaczęła się szeroko zakrojona akcja planowania gdzie by się umyć, gotowania wody, bo cola ginie – jak doczytaliśmy – w 60 stopniach, wyjazd do miasta, by zakupić duże bukłaki z wodą pitną.
– A może mamy jakąś beczkę, to pojedziemy do babci i nabierzemy wody – proponowałam.
– Mamy – mrugnąl filuternie mężulek – Po kiszonej kapuście:)
– A, to nie – zrezygnowałam prędko.
– Będzie mycie w miednicy, jak za starych czasów – zakomunikowałam.
– Spoko, jak na obozie harcerskim – niewruszenie odparła Ala i odpisała tymi samymi słowy Nusia, wracająca właśnie ze zdobywania Śnieżki w Karkonoszach.
– A ja tam wcale nie muszę się myć – zadeklarował heroicznie syn (spocony jak sto nieszczęść po całym dniu fizycznej pracy:) – W sumie to fajnie mieć coca colę w kranie – dodał.
– Możemy się umyć jak kiedyś, gdy nocowaliśmy u babci: ręce, buzia i nogi – wpada na pomysł Lalcia – I pod paszkami.
– No co? – żachnęła się, gdy wszyscyśmy na nią dziwnie spojrzeli – Tak powiedziała babcia. Bo jej się palić na wodę nie chciało:)
– Jeszcze niech nam światło wyłączą – wygłasza tonem wieszcza syn ( imię wieszcza do czegoś zobowiązuje)
– Wtedy to już będzie jak za króla Ćwieczka – miska wody i świeczka. – śmieję się.
🦠🦠🦠🦠🦠🦠🦠🦠🦠
I tak oto, w ogólnej uciesze żyjemy już czwarty dzień z coca colą w kranie. A że akurat popadł weekend – jak nam wyjaśniono w gminie – sanepid ponowne badania po nachlorowaniu powtórzy może we wtorek. Z akcentem na „może” 😉
Pewnie byśmy się załamali tą wieścią, ale poczucie humoru nam na to nie pozwala 😁
– To ja się myję pod prysznicem jak już nachlorowali – buntuje się Adam.
– Nie synu! – przestrzegam – Poczekaj do badań, bo jak nachlorowali, to teraz chlorelli możesz się nabawić;)
I tak dalej, i tak dalej… obżartowujemy biedę ile wlezie:)
Może się obrazi i sobie pójdzie.
Czasem mama próbuje zwieść przeciwnika.
Twaróg w zamrażalniku? Nie warto zaglądać. Pewnie znowu zamrożona natka pietruszki, fuj.

Nawet Sherlock Holmes nie domyśliłby się, co się kryje w środku.
– Mamo, to lody?!!!
– Prawdziwe domowe lody. Takie kiedyś robiłam, gdy byłam dziewczynką. – opowiadam – Z prawdziwych żółtek i mleka. Tylko wtedy nie było śmietany kremówki, a bez niej lody miały w sobie takie jakby igiełki lodu.

– Wiem jakie – kiwa głową ze znawstwem Lalcia – jak robiłam lody ze śmietany i capuccino też takie igielki były.
– Mmmm. Są lepsze, lepsze niż, niż… – dziecię się zapowietrza, bo jej wyobraźnia wzbija się wysoko w niebo jak balonik – Takich jeszcze nie jadłam – kończy nagle lot balonika:)
Prawdziwe domowe lody. Parę żółtek, trochę mleka, cukier, cukier waniliowy, śmietanka 30tka.
Nie są tanie, to fakt, lecz zważywszy, że żółtka i tak nam zostały w kubeczku bezpańskie po upieczeniu placka kokosowego do malinowej chmurki, to jedynym kosztem była śmietanka;)
I tak mamy dwa desery w cenie jednego.

„Psim swędem” – jakby powiedziała moja mama, czyli najchętniej cytowana babcia naszych dzieci;)
Takiego dnia doczekać.
Usiąść niezobowiązujaco i jak gdyby nigdy nic na środku podwórka, oprzeć plecy o leżak. Małymi łyczkami sączyć nieco cierpki napój, zimny grzaniec z rumem. I w gasnącym upale wieczora patrzeć jak bawi się najmłodsza córka. Zakręca długi, niebieski sznur, na którym wisi huśtawka i powoli wprowadza się w ruch wirowy. Powiewają długie włosy, lśnią w słońcu.

– Zaraz nagram i wyślę babci! – krzyczę – Zobaczysz, umrze z przerażenia.
– Nagraj, nagraj – zachęca mnie przechodzący obok mężulek – Niech babcia zobaczy co wnuczka robi.
Taka podobna do mnie, choć nie w tym wirowaniu i huśtaniu, którego nie znoszę.
Coś mruczy do kota, który zainteresowany podchodzi jej pod nogi.
Doczekać tego dnia i wielu jeszcze innych, równie pięknych.
Wypić toast na cześć życia. Warte jest by je świętować.
Na sznurze tańczy obrus: biały, wyszywany w kwiaty. Musiałam go uprać, plamę ręcznie szorować, bo koszyk z grzybami nieopatrznie zostawiliśmy przed wyjazdem i grzyby pociekły. Nieładna brązowa sztywna plama upsyrzyła obrus. Nie dało się jej wywabić. Jeszcze spróbuję odplamiaczem, ale … nie rozrywam szat.

Cóż, takie jest życie. Bywa, że coś jest nieodwołalne i bezpowrotne. Uczy cię tego na poplamionych obrusach, sprutych swetrach i rozlanym mleku. Na takich drobiazgach. Żebyś później łatwiej zniósł większe straty. Żebyś ostatecznie podniósł się nawet po śmierci przyjaciela, żył po diagnozie ciężkiej choroby i śmiał się, gdy stracisz pracę i odbudował dom po burzy.
Małymi słodko – cierpkimi kroczkami uczy cię życie życia.
Wtedy dostrzeżesz każdy taki dzień jak dziś, każdą taką godzinę, chwilę, oddech.
I szepniesz: „jak dobrze było tego doczekać, dojść aż tutaj. Szmat trudnej drogi za mną, ale jestem.”

Zauważyliście jak wiele o nas mówią nasze stoliki i ławy w salonach? Miejsca, gdzie zwykle „kokosimy się” całą rodziną. Podręczne „cosie”, na które odkładamy wszystko.
I jakbyś nie próbował okiełznać taki stolik i doprowadzić go do porządku, zawsze od nowa obrośnie jak futrem pasjami całej rodziny.
Ja już, po pięciu latach mieszkania tu, przestałam z tym walczyć. Układam tylko od czasu do czasu wszystkie te skarby w jako- takim porządku, choć i to wydaje się być walką z wiatrakami:)

Kredki do kredek, książki i krzyżówki na jeden stosik, najlepiej na laptopie, motki, igły, nitki, nożyczki, szydełka i hafty w różnym stanie wykończenia do koszyczka, gazetki reklamowe i inne do gazetnika, podkładki pod kubki naprzeciw foteli…
Jeszcze jakieś czas temu środek stolika był zarezerwowany dla wazonika z kwiatami, ale niestety z czasem został on stąd wyeksmitowany.
I kiedy spojrzy się na taki stolik, to w zasadzie już nie trzeba zadawać pytania: „co porabiacie?”czy „jak spędzacie czas?”
Odpowiedź sama rzuca się w oczy:)
Pasja krzyżówkowa kolejną falą ogarnęła dom. Manii tej szczególnie namiętnie oddaje się Hania. Lecz oto nocuje u koleżanki, więc Lalcia skwapliwie chwyta okazję i zabiera się za rozwiązywanie.
– Znikają w praniu – czyta hasło krzyżówkowe.
– Nie pasuje mi ani skarpetki, ani majtki – ma dylemat.
– Plamy – śmieje się tata:)
Bo u nas plamy – a i owszem – znikają, lecz znikanie garderoby jest zdecydowanie bardziej uciążliwe:)
I wciąż nie wiemy gdzie jest Kraina Zagubionych Skarpetek.
A w naszym domu – gdybyście zapomnieli – nawet stary stolik ma skarpetki na nogach:) I ostatnio dochrapał się drugiej pary na zmianę.

Jakby ta pierwsza zniknęła w praniu😁