# znaczek 178

*  *  *

nie parzę się przy tym:)

Malutka Hiacynta uwielbiała powtarzać, że kocha Serce Jezusa i Serce Maryi❤️🩵

Gdy była już bardzo chora, Łucja przyniosła jej obrazek Pana Jezusa. Nie spodobał jej się, bo twierdziła, że Jezus jest o wiele piękniejszy. Lecz obrazek wzięła. „Bo jednak zawsze to On” – stwierdziła. Włożyła go pod poduszkę i po wielokroć  wyjmowała, by ucałować, aż obrazek był  prawie zupełnie zniszczony.

– Całuję Go w serce – powiedziała – bo tak bardzo kocham Jego serce.

A potem dopytywała Łucji czy nie mogłaby jej też przynieść obrazeczka z Maryją:)

 

 

jesienność w nas

 

I znowu dni jak podświetlona od środka lampa o bursztynowym abażurze. Pełne blasku, igrających na deszczowych kroplach świateł, przeplatane na zmianę sznurami ulew i nićmi slonecznych promieni.

Jesień.

Spoglądam na nią, stojąc w oknie.

Raz się stroi w korale, purpury, świecące organdyny, innym razem snuje się jak ktoś chory w szarym szlafroku lub dama w żałobie z woalką mgły na strapionej twarzy. Jednego dnia śpiewa ptasimi trelami, krzyczy kluczami żurawi i przeciaga się jak zadowolony kot na ciepłym parapecie okna, innego dnia łka i szlocha w rynnach i rurach wentylacyjnych, wścieka się szarpiąc drzewa za ramiona.

Raz pogodna, raz pochmurna. Raz złota aż do oślepienia oczu, innym razem zszarzała i spopielała. Jednego dnia ożywiona i pełna mnogiego ruchu, drugiego – smętnie nieruchoma jak płyta grobowca. Raz lodowalata, innym razem jak piec rozgrzana i aromatyczna jak pierniki.

Nie można się nudzić z naszą jesienią. I nie można rozwikłać jej tajemnicy.

Ranek nie daje żadnej podpowiedzi, jaki nastanie wieczór. Noce nie wróżą nic o dniach, które po nich nastąpią.

Lecz czy nie podpowiada nam ona coś o naszym życiu? Przecież nie jest tak różna od nas samych, byśmy nie mogli w niej jak w lustrze siebie rozpoznać.

Nasze wewnętrzne zmagania i zewnętrzne burze. Nasze pogody i niepogody. Nieustanne napięcie między tym, co dziś i tym, co jutro. Nasza szalona dwubiegunowość, za którą sami nie nadążamy. Uporczywe przebijanie się światła przez zwaliska chmur. Odzyskiwanie równowagi po każdym zachwianiu. Łkania i nagłe w nich wyciszenia. Gniewy i pokoje. Zrywy i upadki. Nagłe przypływy sił wśród morza bezsilności. Nadzieja rozbłyskująca w ciemnych czeluściach. Śmiech przez łzy i płacz ze śmiechu.

Złoto i pajęczyny. Pajęczyny i wrzos.

 

Jest tylko jedna tajemnica większa od człowieka.

Bóg.

 

rekolekcje na L4

 

Walka była długa i zacięta, ale ostatecznie pokonały mnie. Zmutowane po wielokroć, w milionach sztuk siedzące na klamkach drzwi, ławkach, fruwające w powietrzu i zostawiane na policzku wraz z mokrymi całuskami przedszkolaków. Armia szkolnych wirusów i zarazków:)

Jestem z siebie jednak dumna, że wytrwałam tak długo i skapitulowałam dopiero wczoraj.

Zazwyczaj mysiałam się poddać już pod koniec września. A w tym roku taka niespodzianka!

Tym bardziej wielkie to zwycięstwo, że – jak wyszło w badaniach krwi – mam dość obniżoną odporność. Chyba więc trzymałam się dotąd samą siłą woli:) Lub – co uważam za bardziej prawdopodobne – łaską Bożą byłam podtrzymywana.

Lecz to nie znaczy, że wraz z chorobą owa łaska została mi odjęta. O nie! Traktuję to po prostu jak inny, nie mniej ważny rodzaj łaski.

Bo choroba i parę dni przymusowego pobytu w domu to nie jest dla mnie bynajmniej dopust Boży, lecz czas darowany na zatrzymanie się, refleksję, modlitwę, ratunek dla duszy.

Ciało więc dostaje pastylki, czosnek, herbatki, syropy, ciepły koc i sen. A dusza w tym czasie karmi się różańcem, książkami religijnymi, muzyką i spoglądaniem przez okno na złotą, znów dziś pogodną jesień.

Lektur o głębokiej treści mam cały stosik, bo chyba mój Anioł Stróż przewidział zawczasu co się święci i natchnął mnie a to do kupna książki o Małej Tereni, a to do przewertowania biblioteczki w domu rodzinnym mego męża i wypożyczeniu zeń kilku nieczytanych jeszcze pozycji.

Tak więc siedzę w ciepełku, okładam się plasterkami cebuli i dobrymi słowami tchnącymi wiarą, nadzieją i miłością.

I – żeby nie być samolubem – podzielę się z Wami choć paroma okruszkami.

*  *  *

Chrystus jest Bogiem „przetłumaczonym” na język ludzki.

(o. Leon Knabit)

*  *  *

Za to, co we mnie siedzi, ja najczęściej nie ponoszę odpowiedzialności. Ale to, co ja z tym zrobię – zależy ode mnie.

(Karol Wojtyła)

*  *  *

O tajemnicy Trójcy św:

Nieskończoność plus nieskończonośc plus nieskończoność pozostaje nieskończonością.

(prof. matematyki Bernard Turowicz)

*  *  *

Można mówić o czymś w rodzaju „duchowego estetyzmu” … : Bóg jest piękny, więc i ja staram się być możliwie piękny we wszystkim, co robię.

(o. Leon Knabit)

 

 

powracanie

 

Powrócić do domu.

Rozpakować walizkę, szybko nastawić pranie. Włączyć Armstronga i zabrać się za krojenie warzyw.

I już za chwilę dom ożywa, przeciąga się, budzi.  I coś głęboko w tobie robi dokładnie to samo.

Twoje córki parzą herbatkę Rooibos z goździkami i miodem.

Szumi pralka, Louis wtóruje schrypniętym głosem, pachnie bulgocząca zupa. Mąż stuka piecem. Karmisz koty, odsłaniasz zasłony, zapalasz świecę, bierzesz różaniec.

Wracają do ciebie twoje własne oswojone myśli, wyglądasz przez swoje własne okno na coraz bardziej złocisty twój świat, przykrywasz się swoim ulubionym ciepłym kocem. Córki oglądają jedną ze swych ulubionych bajek.

Wszystko, co znane i swojskie znów wypełnia przestrzeń i serce.

Mościsz się w tym jak najwygodniej, dopasowujesz na nowo.

Bo nie wystarczy tylko przejść przez próg.

Powracanie jest długim i pełnym znaczących gestów procesem.

Każde powracanie.

 

 

Słowo na dziś🌸

Z dzisiejszej Ewangelii:

Czyż nie sprzedają pięciu wróbli za dwa asy? A przecież żaden z nich nie jest zapomniany w oczach Bożych. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone.

Nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli».

🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛❤️

 

 

 

siedź cicho…

 

Siedzimy i rozmawiamy.

Imieniny naszej koleżanki Eli.

Opowiada o swoim dorosłym synu, o tym jak się męczy w pracy w urzędzie, bo nie może patrzeć na to, co się tam dzieje.

– Mamo, co innego się mówi, co innego się robi, kłamstwo i obłuda. Ja się chyba zwolnię. Nie wytrzymam. Nie mogę na to patrzeć. Jedni pracują jak woły i aby tylko na chwilę odeszli od stanowiska pracy, już dostają po głowie. Inni cały dzień grają na komputerze, albo surfują po Internecie, nic nie robią i patrzy się na to „przez palce”. Ja chyba pójdę do burmistrza i zwrócę mu uwagę. – cytuje wypowiedź syna.

– Wychowałaś go na uczciwego człowieka, który reaguje na dobro i zło – mówię wyraźnie zmartwionej koleżance.

– A ja mu mówię – kontyuuje Ela – ” Synu, siedź cicho i rób swoje. Nie wychylaj się, bo stracisz pracę.”

*  *  *

Co my robimy?

Najpierw uczymy ich co dobro, a co zło, co jest uczciwe, a co nie i żeby reagować na ludzką krzywdę i niesprawiedliwość. A gdy już mają ukształtowane, wrażliwe sumienie, mówimy: „siedź cicho, bo stracisz pracę”, „siedź cicho, bo ludzie cię nie będą lubić”.

To najgorszy rodzaj kalectwa: człowiek, który kiedyś miał wrażliwe sumienie, ale świat, życie i ludzie przekonali go, że nie warto. Złamany kręgosłup.

* * *

A może w końcu przestańmy siedzieć cicho, nawet gdyby to miało drogo nas kosztować.

Nie o to zapewne Jezusowi chodziło, gdy mówił:

„błogosławieni cisi”.

On nie bał się narazić i powiedzieć „plemię żmijowe”, nie bał się krzyczeć, gdy trzeba było bronić wartości, nie chował głowy w piasek, żeby uważano go za grzecznego i nie wyrzucono z synagogi.

 

I – żebyście nie poczuli się oskarżeni tym postem – piszę to przede wszystkim do samej siebie.

Nie do Eli, lecz do siebie mam pretensje.

Że zbyt często milczę.

 

 

sypać iskry

 

Od jakiegoś czasu prowadzę dwa konta na Instagramie. Jedno z moimi obrazami i drugie, na którym próbuję uchwycić chwilki i małe rzeczy, jakimi żyjemy na co dzień jako rodzina.

Wśród obserwujących znalazło się parę koleżanek Ali ze studiów, młodych dziewcząt.

– Wiesz – śmieje się moja córka – Ania powiedziała mi, że jak jest jej smutno albo źle, to wchodzi sobie na twojego Instagrama i ogląda wszystkie filmiki i zdjęcia i wtedy się uspokaja:)

 

To najwspanialsze co mogłabym usłyszeć.

Po to, właśnie po to poświęcam te okruchy czasu, by pisać, fotografować, nagrywać, malować. Żeby komuś, może zupełnie nieznanemu, zrobiło się troszkę jaśniej i cieplej, gdy tego potrzebuje.

Tym właśnie jesteśmy dla siebie nawzajem. Małymi światełkami, które dają nadzieję na wielkie światło.

„Bądź źródłem światła w świecie” – przyczytałam kiedyś. Chyba to są słowa św. Charbela.

Ujęły mnie bardzo. Pociągnęły.

I ten obraz z filmu „Władca pierścieni”, gdzie kolejne królestwa zapalają na wyżynach i górach swoje ogniska – znak jedności i wsparcia w walce z ciemnością. I nagle wszystko, jak okiem sięgnąć usiane kroplami światła. Jak noc usiana jest gwiazdami.

Nie jest sztuką zarażać się nawzajem ciemnością. To, w czym musimy być mistrzami, to przekazywanie innym iskier światła.

Tylko tyle?

Tylko iskry?

Tak.

Iskra wystarczy, by zapłonęło wszystko wokół. By wszystko pojaśniało. By uratować życie komuś, dla kogo już wszystkie światła pogasły.

 

 

biedronki

 

Wszędzie biedronki. Siadają mi na włosach, rękach, na cegłach mojego domu, zielonych deskach okiennic, stoliku. Biegają jedna za drugą.

Powietrze wibruje od ich małego nakrapianego życia.

Ciepły październikowy wiatr przekłada mi pasma włosów, pogania biedronki, droczy się z nimi i bawi liśćmi.

Wciąż jest tak pięknie mimo połowy października.

Rozwieszam pasiaste dywaniki na sznurku biegnącym w poprzek podwórka, wdycham cudny zapach prania, zmieszany z zapachem zamierających liści, przekwitających kwiatów. Ciepło.

Mam na sobie top na ramiączkach, a słońce głaszcze mnie po ramionach. Opadają złote liście brzóz i długie igły sosny. Zawsze ich potem pełno w koszu z praniem, a później mamy je w domu, pod łóżkiem, na schodach, wszędzie.

Nie przeszkadza mi to. Schylam się czasem, podnoszę listek z podłogi. Lecz bywa, że nie wyrzucam go wcale, lecz kładę na stoliku, by nadal się nim cieszyć.

W domu pachnie umytymi oknami i cynamonowymi ślimaczkami. Tu też wszędzie biedronki, raz po raz zabłąkana osa lub pszczoła. Nic dziwnego. Wszystkie okna i drzwi są otwarte. Może dziś ostatni raz można tak zatrzeć granicę między wnętrzem domu, a jego zieloną otoczką.

Może za dzień, dwa przyjdą siarczyste mrozy, może śnieg, lodowe stepy.

Lecz na razie firanki, poruszane ręką jesiennego wiatru, falują jak żagle.

Nagle przypominają mi się wersy z wiersza Baczyńskiego:

„Znów wędrujemy ciepłą ziemią

Znów wędrujemy ciepłym krajem”

 

Chodzę więc po tym wszystkim, pomiędzy, dotykam, głaszczę, patrzę, chłonę mając w głowie tylko jedno słowo:

„Dziękuję”.

 

przed ciszą

 

Wiecie, że raczej nie wypowiadam się na tego typu tematy, zostawiając dla siebie ten rąbek tajemnicy we własnym sercu. Pomyślałam jednak, że czasem moje milczenie odnośnie pewnych kwestii możecie odebrać jako tchórzostwo.

Nie chcę więc tym razem chować się za opowieści o kwiatach, cytaty z Gabrieli czy ładne zdjęcia.

Wszyscy wokół piszą o wyborach, zachęcając w mniej lub bardziej elegancki sposób do wzięcia w nich udziału. Więc i ja z całego serca popieram te apele. I wypowiem się tutaj jako wierzący katolik.

Uważam i zawsze uważałam, że nie pójście do urny wyborczej, bo „mi się nie chce” lub „nie zależy mi”, jest grzechem zaniedbania. Zawsze więc biorę udział we wszystkich wyborach i referendach. Nigdy się nie uchylam. Nie szukam wymówek, ani luk prawnych, by tego nie zrobić. Ojczyzna jest dla mnie czymś niezmiernie drogim i jeśli mogę tak małym gestem przyczynić się do jej dobra, lub uratować ją od jakiegoś zła, to czymże to jest w porównianiu z falami krwi wylanymi przez poprzednie pokolenia.

I tak wychowuję moje dzieci. By zawsze głosowały i by kochały ten kawałek ziemi o imieniu Polska.

Drugą kwestią jest na kogo jako osoba wierząca nie mogę i nie chcę zagłosować.

Spotkałam się w Internecie z ankietą pt. jakie kwestie są kluczowe przy twoim wyborze partii, na którą będziesz głosować? Sugerowane odpowiedzi to: sprawy godpodarcze, kwestie międzynarodowe, polityka społeczna, kultura, kwestie obronne, ochrona zdrowia.

I … nie mogłam zaznaczyć żadnej z proponowanych odpowiedzi.

Tak, zgadzam się, wszystkie ww są ważne, ALE dla mnie nie są kluczowe.

Na każdą z nich możemy się różnie zapatrywać: przedsiębiorca będzie chciał przejrzystego systemu podatkowego, pacjenci i personel szpitali – większych kwot przeznaczonych na ochronę zdrowia, nauczyciele – odbiurokratyzowania szkoły i lepszych pensji, artyści – lepszego finansowania sztuki, naukowcy czegoś innego, wojskowi, policjanci, rolnicy itd.itp.

Ale ja nie jestem przede wszystkim pacjentem, nauczycielem, matką, przedsiębiorcą. Ponad tym wszystkim jestem osobą wierzącą.

Dlatego dla mnie kwestią kluczową będzie:

– czy dana partia popiera aborcję czy broni życia nienarodzonych

– czy popiera eutanazję, czy broni i chroni życie aż do naturalnej śmierci

– czy nie deklaruje wprost, że popiera związki homoseksualne i jest za ich zrównaniem z rodziną

– jak wypowiada się w kwestii wolności religijnej

– czy zamierza chronić rodziny i prawa rodziców do wychowania dzieci

– czy nie zamierza budować świata i jego przyszłości tak jakby Boga nie było.

Dlatego z mojej listy wyborczej wykreślam te opcje polityczne, które składają obietnice legalizacji związków homoseksualnych, te, których członkowie brali udział w czarnych marszach i dewastowaniu świątyń, te, których liderzy zapowiadają wyrzucenie religii ze szkół, a wprowadzenie do nich obowiązkowych zajęć bez zgody i akceptacji rodziców… Nie jest tajemnicą które partie opowiadają się za takim stanem rzeczy. Chętnie się tym chwalą we wszystkich mediach.

Życie, wolność wyznawania wiary, rodzina, prawda, etyka chrześcijańska to są dla katolika wartości nienegocjowalne i one są jako pierwsze w szeregu innych mniej ważnych kwestii.

 

Niesamowitą tajemnicą jest dla mnie jak człowiek wierzący może jednocześnie głosować na opcję w żaden sposób nie przystającą do moralności chrześcijańskiej. Jakieś rozdwojenie jaźni?

Swoim głosem przyczyniać się do wygranej i rządów kogoś, kto podważa podstawowe zasady wiary i moralności? A po odejściu od urny pójść na mszę i wyznać wiarę w Jezusa Chrystusa?

Można aż tak rozjechać się w życiu z własnymi przekonaniami?

Pamiętam rozmowę z Ewą, gdy jeszcze żyła. Pewnego dnia temat zszedł właśnie na wybory.

– Wiesz, ja się nie przyznaję znajomym, nawet tym najbliższym, że głosuję na prawicę. Zjedli by mnie – powiedziała.

– Wiem – odrzekłam – Wiesz ile słów nienawiści słyszę co dzień, nawet podczas wigilii, od mojego rodzeństwa, w pracy, na spotkaniach towarzyskich.

 

Może prześladowania mają dziś taką formę?

Nie przypominają żywych pochodni Nerona, a jednak…

To jednak nie spowoduje, że zmienię zdanie.

 

 

Ps. Dla zainteresowanych, fragment z wypowiedzi Episkopatu, inspirowanej Katolicką Nauką Społeczną:

„Właściwie ukształtowane sumienie chrześcijańskie nie pozwala nikomu przyczyniać się przez oddanie głosu do realizacji programu politycznego lub konkretnej ustawy, które podważają podstawowe zasady wiary i moralności”.

Za chwilę cisza wyborcza. Niech w tej ciszy słychać będzie tchnienie Ducha Świętego. Oby zstąpił i –  jak prosił Jan Paweł II – odnowił oblicze naszej ziemi.

Ona tak bardzo tego potrzebuje.

 

 

 

dżem:)

 

Każdy ma swoje upodobania, miłości, antypatie i uprzedzenia.

Ja np. nie lubię koloru pomarańczowego i fioletowego, ale uwielbiam lawendowy i lazurowy. Znałam jednak osobę, a nawet z nią mieszkałam parę lat, która ubierała się tylko na fioletowo i to w tym odcieniu, którego nie znoszę najbardziej, a który nazywam fioletem pogrzebowym:)

Podobnie ze smakami. Jestem z domu, w którym na porządku dziennym było jedzenie cebuli i to na surowo. Jako dzieci jedliśmy cebulę jak jabłka, chrupiąc z lubością. Czosnek też lubiliśmy. Niestety mój mąż nie znosi tych dwóch rzeczy i gdy nawet obiorę ząbek czosnku, a on poczuje zapach, wykrzykuje teatralnie:

– Znowu chciałaś mnie uśmiercić!

😁

 

Ostatnio pisałam wam, że przyczepił się do mnie jakis wirus i wyraźnie czułam, że zaczyna mnie „rozkładać na łopatki”. Ksawery polecił mi więc cudowny środek: miód lipowy wymieszać z mielonymi ziarnami kopru włoskiego i zmiażdżonym czosnkiem. Zrobiłam więc sobie specyfik, włożyłam go w słoik i do lodówki.

– Mamo, mamo!!! – krzyczy Laurka któregoś wieczoru – Wiesz co się stało? Tata znalazł dżem brzoskwiniowy w lodówce, odkręcił go i prawie zemdlał:)

– Chciałaś mnie podstępnie uśmiercić – grobowym głosem odezwał się mężulek.

Tym razem nie:)

Tym razem moim zamiarem było uniknięcie mojej własnej śmierci. A specyfik działa, bo chyba nawet wirus nie lubi zapachu czosnku z koprem i miodem.

Ja lubię😁