przejście

Tak cicho.

Umarła.

Dostałam sms-a dziś rano od Julii.

„Mama umarła”

Tak cicho.

Ulga.

Nareszcie.

Po znoju dnia zasnęła zmęczona.

A jeszcze wczoraj wieczorem, jadąc na mszę śpiewałam cichutko jak kołysankę: Dla Jego bolesnej męki...

Dla niej śpiewałam, licząc, że usłyszy podłączona pod aparaturę na szpitalnym łóżku, gasnąca.

Całą Komunię jej oddałam. Spływała szybko jak roztopiony miód. Prosiłam Go: Arteriami konarów i gałęzi drzewa Kościoła spłyń do jej serca ode mnie. Cały. Mnie nic nie zostaw.

Wierzę, że została nakarmiona na tę swoją ostatnią podróż.

 

* * *

 

Mama Julii umarła dziś rano, po wieloletniej ciężkiej chorobie i życiu twardym jak suchy chleb.

Ma na imię Beata.

Pamiętajcie o niej proszę.

I o Julii.

 

 

 

lustrzane odbicie

*  *  *

Czy trzeba mieć dużo czasu, by zauważyć takie miłe szczegóły?

Czy trzeba mieć sokoli wzrok, by spostrzec takie cuda?

Czy potrzebna jest wielka wrażliwość, znajomość botaniki, spryt, zręczność, pieniądze, władza …?

Wystarczy zatrzymać się na chwilę, spojrzeć, dać się zauroczyć drobiazgom, jakimi wyhaftowane są nasze dni.

Zapach kawy, dzikie bratki.

 

Uśmiech pojawi się sam.

 

Dziś, właśnie dziś jest świętem.

niebieski komplement

 

– Od kiedy malujesz, zwracam uwagę na niebo, na kształty chmur, kolory – mówi mój mąż, gdy suniemy autem wśród roztoczańskich krajobrazów. Wracamy właśnie od św. Antoniego, z Radecznicy. To jedno z naszych ukochanych miejsc i jeden z ulubionych świętych.
– O, zobacz!!! – wykrzykuje mąż – Jakie chmury!
Zza ciemnego, prawie grafitowego pasa wyglądają tuż nad horyzontem obłoczki podobne do bąbelków z piany. Ze względu na gwałtowne zmiany pogodowe, niebo aż wiruje od zmian i zaskakujących kombinacji układów i barw.


– Gdybym coś takiego namalowała, ludzie powiedzieliby… – zaczynam
– Że to niemożliwe – szybko dodaje mąż ze śmiechem w głosie. – Tak, to wydaje się niemożliwe.
– A prawda jest taka, że jakkolwiek bym nie machnęła pędzlem, malując niebo, to wszystko jest możliwe.
– I jakiekolwiek byś użyła kolory.
Tu zaczynamy wymieniać wszystkie barwy, jakie mieści w sobie niebo: niebieski, biały, różowy, perłowy, ecru, żółty, pomarańczowy, fiolet, lila, fuksja, czerwony, morski, czarny, granat, grafit, brąz…

– Nawet zielony – myślę sobie już po cichu – Bo trzeba go dodać, by uzyskać ten odcień błękitu pomiędzy niebieskim a morskim, zgaszony nieco, zamszowy…

– Od kiedy malujesz – jeszcze raz powtarza mąż – częściej patrzę na niebo.
I brzmi to jak komplement.
Uroczy, choć zupełnie niezasłużony. Bo żadna w tym moja zasługa, że niebo jest tak piękne i zaskakujące, że pociąga oczy i serce.

* * *

Oby ktoś kiedyś mógł powiedzieć o nas:

Dzięki temu, że żyła na ziemi, często patrzyłem w kierunku nieba.

Oby.

 

Ps. Mój mąż czuje się świetnie, wszystkie wyniki badań- książkowe, żadnych skutków ubocznych chemii. Żyjemy więc normalnie, pijemy kawę co rano, pracujemy, odpoczywamy, śmiejemy się, planujemy, marzymy i ufamy, że będzie dobrze, bo Bóg czuwa nad nami.

 

biały szum

 

– O, czuję już ozon – Lalcia pociąga nosem w kierunku uchylonego okna. Za nim – od rana wyczekiwana- burza.
Huczenie przypomina mi nieodmiennie wozy wyładowane beczkami, podskakujące na brukowanej drodze. Ten obraz towarzyszy mi chyba od dziecka i oswaja każdą nawałnicę.
– Anioły wożą w niebie wodę w beczkach – mówiłam moim dzieciom przy pierwszych pomrukach burzy.
Zadzierały główki i nasłuchiwały ciekawie, bez strachu, zafascynowane.
To może dlatego dziś nie uciekają panicznie, nie chowają się w domu, wyczekują.

To pewnie dlatego Ala spaceruje po podwórku póki nie rozpada się na dobre. Potem stajemy na tarasiku pod balkonem i patrzymy na srebrne sznury wody opadające z szumem na ziemię.
A dopiero potem wchodzimy do domu i zamykamy drzwi.
Ale nie okna. Nie wszystkie w każdym bądź razie.

– Mogliby zrobić takie perfumy – Lalcia jeszcze raz wraca do tematu, wciąż wdychając głęboko zapach deszczu – Wiem! – wykrzykuje nagle – Zostanę perfumologiem i stworzę takie perfumy o zapachu ozonu.
– A to musisz studiować chemię – podpowiada tata.
– A, to jednak nie – rezygnuje szybko niedoszły perfumolog.
– Dlaczego? A może będziesz dobra z chemii. – mówi Ala.
– Tak, może masz wrodzony talent do chemii, a jeszcze go nie odkryłaś – mruczę zwinięta na łóżku jak kot.

Prawie zasypiam, bo moje wrodzone niskie ciśnienie spadło na skutek załamania pogody chyba do zera.
Szumi deszcz, szumi rozmowa, ostatnie myśli w głowie. O tym, że warto by jeszcze stworzyć perfumy o zapachu letnich pól, wiejskiej drogi, z nutą macierzanki, dzwonienia skowronka, odrobiną sosnowej żywicy.

Ale oto zasłona zakrywa wszystko.
Delikatnie opadam w dół.
Biały szum zalewa uszy.

 

łaska krzyża

Parę miesięcy temu ktoś chciał zrobić ze mną wywiad. Spodobało się mu jak piszę oraz zafascynowało to, że maluję obrazy.

Wywiad ukazał się w gazecie, a ostatnie słowa, jakie w nim wypowiedziałam to:

„Wszystko jest łaską”.

* * *

To zdanie wciąż powraca do mnie. Jakby było czymś więcej niż literkami wydrukowanymi na papierze, i czymś głębiej niż tylko zwykłą ludzką refleksją czy truizmem rzuconym naprędce.

 

Dziś, gdy mój mąż bierze kolejny dzień chemię, gdy kolejny bardzo realny i obiektywnie ciężki krzyż stanął na naszej drodze, wciąż myślę właśnie tak:

” Wszystko jest łaską”.

Są tylko łaski łatwiejsze i trudniejsze do przyjęcia, lecz to nie umniejsza faktu, że wszystkie są darem i bogactwem.

* * *

Nie wiemy co przyniosą kolejne dni, tygodnie, miesiące czy lata, ale dziś świeci słońce, pachnie kwitnąca lipa, Inka ociera się przymilnie o nogi, jeździmy na rowerach, zbieramy kwiaty, przenieśliśmy do ogrodu dziko rosnący ślaz piżmowy, podlewamy trawnik i cieszymy się każdym nowokiełkującym zielonym ździebełkiem. Jemy ostatnie czereśnie z drzewa, zbiorowo mierzymy ciśnienie ( bo mój mąż ma takie zalecenie), odmawiam różaniec w sadzie, zbieramy jagody, pieczemy tort miętowy na urodziny Nusi i jagodzianki zupełnie bez okazji. Znowu maluję obrazy, biegam z konewką ratując więdnące pelargonie…

Śpiew dudka, grube trzmiele wciskające się pociesznie w drobne kwiatki milionbells, swawole młodych rudzików, pisk Lalci ganianej po basenie przez tatę lub brata, miłe pogawędki z dziećmi na naszym patio, szycie poduszki wypchanej świeżym sianem, suszenie lubczyku …

 

To wszystko są łaski łatwe do przyjęcia i nauczyliśmy się je brać garściami, jak się rwie polne bukiety.

Między nimi jest choroba mojego męża.

Łaska, po którą sięgasz drżącą dłonią.

Lecz, gdy już weźmiesz ją i przytulisz, szorstki krzyż zaczyna cię przemieniać, lśnić dziwnym światłem, dodawać sił, przywracać życie i radość, nadawać rzeczom i sprawom ich właściwe miary.

I wiesz: „Wszystko jest łaską”.

 

– Jak wy to robicie, że jesteście tacy radośni, śmiejecie się, żartujecie? – pyta przez telefon Gosia. Wczoraj dowiedziała się o przerzutach i leczeniu Michała i nie mogła spać całą noc.

– Nie wiem – mówię – Tego nie da się po ludzku wyjaśnić. Na początku jest naprawdę ciężko, parę dni nie masz ochoty nawet wstać z łóżka, a potem… Skądś przychodzi siła i niezwykły pokój… Wiesz, tyle ludzi się modli. To stąd.

Więc jeszcze raz Wam dziękuję.

 

Wasza modlitwa podniosłaby upadłe drzewa, przeniosła górskie masywy, wzniosła na nowo budowle z ruin, zatrzymała rzeki, nawodniła pustynię…

Tymczasem niesie nas, jest olbrzymią siłą, która przywraca nam życie.

*  *  *

To pieśń, która ostatnio mi się wyświetliła na Yt.

Święty Krzyż jest moim światłem.

 

Dedykuję ją Wam wszystkim, którzy nas wspieracie.