A jeszcze wczoraj wieczorem, jadąc na mszę śpiewałam cichutko jak kołysankę: Dla Jego bolesnej męki...
Dla niej śpiewałam, licząc, że usłyszy podłączona pod aparaturę na szpitalnym łóżku, gasnąca.
Całą Komunię jej oddałam. Spływała szybko jak roztopiony miód. Prosiłam Go: Arteriami konarów i gałęzi drzewa Kościoła spłyń do jej serca ode mnie. Cały. Mnie nic nie zostaw.
Wierzę, że została nakarmiona na tę swoją ostatnią podróż.
* * *
Mama Julii umarła dziś rano, po wieloletniej ciężkiej chorobie i życiu twardym jak suchy chleb.
– Od kiedy malujesz, zwracam uwagę na niebo, na kształty chmur, kolory – mówi mój mąż, gdy suniemy autem wśród roztoczańskich krajobrazów. Wracamy właśnie od św. Antoniego, z Radecznicy. To jedno z naszych ukochanych miejsc i jeden z ulubionych świętych.
– O, zobacz!!! – wykrzykuje mąż – Jakie chmury!
Zza ciemnego, prawie grafitowego pasa wyglądają tuż nad horyzontem obłoczki podobne do bąbelków z piany. Ze względu na gwałtowne zmiany pogodowe, niebo aż wiruje od zmian i zaskakujących kombinacji układów i barw.
– Gdybym coś takiego namalowała, ludzie powiedzieliby… – zaczynam
– Że to niemożliwe – szybko dodaje mąż ze śmiechem w głosie. – Tak, to wydaje się niemożliwe.
– A prawda jest taka, że jakkolwiek bym nie machnęła pędzlem, malując niebo, to wszystko jest możliwe.
– I jakiekolwiek byś użyła kolory.
Tu zaczynamy wymieniać wszystkie barwy, jakie mieści w sobie niebo: niebieski, biały, różowy, perłowy, ecru, żółty, pomarańczowy, fiolet, lila, fuksja, czerwony, morski, czarny, granat, grafit, brąz…
– Nawet zielony – myślę sobie już po cichu – Bo trzeba go dodać, by uzyskać ten odcień błękitu pomiędzy niebieskim a morskim, zgaszony nieco, zamszowy…
– Od kiedy malujesz – jeszcze raz powtarza mąż – częściej patrzę na niebo.
I brzmi to jak komplement.
Uroczy, choć zupełnie niezasłużony. Bo żadna w tym moja zasługa, że niebo jest tak piękne i zaskakujące, że pociąga oczy i serce.
* * *
Oby ktoś kiedyś mógł powiedzieć o nas:
Dzięki temu, że żyła na ziemi, często patrzyłem w kierunku nieba.
Oby.
Ps. Mój mąż czuje się świetnie, wszystkie wyniki badań- książkowe, żadnych skutków ubocznych chemii. Żyjemy więc normalnie, pijemy kawę co rano, pracujemy, odpoczywamy, śmiejemy się, planujemy, marzymy i ufamy, że będzie dobrze, bo Bóg czuwa nad nami.
– O, czuję już ozon – Lalcia pociąga nosem w kierunku uchylonego okna. Za nim – od rana wyczekiwana- burza.
Huczenie przypomina mi nieodmiennie wozy wyładowane beczkami, podskakujące na brukowanej drodze. Ten obraz towarzyszy mi chyba od dziecka i oswaja każdą nawałnicę.
– Anioły wożą w niebie wodę w beczkach – mówiłam moim dzieciom przy pierwszych pomrukach burzy.
Zadzierały główki i nasłuchiwały ciekawie, bez strachu, zafascynowane.
To może dlatego dziś nie uciekają panicznie, nie chowają się w domu, wyczekują.
To pewnie dlatego Ala spaceruje po podwórku póki nie rozpada się na dobre. Potem stajemy na tarasiku pod balkonem i patrzymy na srebrne sznury wody opadające z szumem na ziemię.
A dopiero potem wchodzimy do domu i zamykamy drzwi.
Ale nie okna. Nie wszystkie w każdym bądź razie.
– Mogliby zrobić takie perfumy – Lalcia jeszcze raz wraca do tematu, wciąż wdychając głęboko zapach deszczu – Wiem! – wykrzykuje nagle – Zostanę perfumologiem i stworzę takie perfumy o zapachu ozonu.
– A to musisz studiować chemię – podpowiada tata.
– A, to jednak nie – rezygnuje szybko niedoszły perfumolog.
– Dlaczego? A może będziesz dobra z chemii. – mówi Ala.
– Tak, może masz wrodzony talent do chemii, a jeszcze go nie odkryłaś – mruczę zwinięta na łóżku jak kot.
Prawie zasypiam, bo moje wrodzone niskie ciśnienie spadło na skutek załamania pogody chyba do zera.
Szumi deszcz, szumi rozmowa, ostatnie myśli w głowie. O tym, że warto by jeszcze stworzyć perfumy o zapachu letnich pól, wiejskiej drogi, z nutą macierzanki, dzwonienia skowronka, odrobiną sosnowej żywicy.
Ale oto zasłona zakrywa wszystko.
Delikatnie opadam w dół.
Biały szum zalewa uszy.
Parę miesięcy temu ktoś chciał zrobić ze mną wywiad. Spodobało się mu jak piszę oraz zafascynowało to, że maluję obrazy.
Wywiad ukazał się w gazecie, a ostatnie słowa, jakie w nim wypowiedziałam to:
„Wszystko jest łaską”.
* * *
To zdanie wciąż powraca do mnie. Jakby było czymś więcej niż literkami wydrukowanymi na papierze, i czymś głębiej niż tylko zwykłą ludzką refleksją czy truizmem rzuconym naprędce.
Dziś, gdy mój mąż bierze kolejny dzień chemię, gdy kolejny bardzo realny i obiektywnie ciężki krzyż stanął na naszej drodze, wciąż myślę właśnie tak:
” Wszystko jest łaską”.
Są tylko łaski łatwiejsze i trudniejsze do przyjęcia, lecz to nie umniejsza faktu, że wszystkie są darem i bogactwem.
* * *
Nie wiemy co przyniosą kolejne dni, tygodnie, miesiące czy lata, ale dziś świeci słońce, pachnie kwitnąca lipa, Inka ociera się przymilnie o nogi, jeździmy na rowerach, zbieramy kwiaty, przenieśliśmy do ogrodu dziko rosnący ślaz piżmowy, podlewamy trawnik i cieszymy się każdym nowokiełkującym zielonym ździebełkiem. Jemy ostatnie czereśnie z drzewa, zbiorowo mierzymy ciśnienie ( bo mój mąż ma takie zalecenie), odmawiam różaniec w sadzie, zbieramy jagody, pieczemy tort miętowy na urodziny Nusi i jagodzianki zupełnie bez okazji. Znowu maluję obrazy, biegam z konewką ratując więdnące pelargonie…
Śpiew dudka, grube trzmiele wciskające się pociesznie w drobne kwiatki milionbells, swawole młodych rudzików, pisk Lalci ganianej po basenie przez tatę lub brata, miłe pogawędki z dziećmi na naszym patio, szycie poduszki wypchanej świeżym sianem, suszenie lubczyku …
To wszystko są łaski łatwe do przyjęcia i nauczyliśmy się je brać garściami, jak się rwie polne bukiety.
Między nimi jest choroba mojego męża.
Łaska, po którą sięgasz drżącą dłonią.
Lecz, gdy już weźmiesz ją i przytulisz, szorstki krzyż zaczyna cię przemieniać, lśnić dziwnym światłem, dodawać sił, przywracać życie i radość, nadawać rzeczom i sprawom ich właściwe miary.
I wiesz: „Wszystko jest łaską”.
– Jak wy to robicie, że jesteście tacy radośni, śmiejecie się, żartujecie? – pyta przez telefon Gosia. Wczoraj dowiedziała się o przerzutach i leczeniu Michała i nie mogła spać całą noc.
– Nie wiem – mówię – Tego nie da się po ludzku wyjaśnić. Na początku jest naprawdę ciężko, parę dni nie masz ochoty nawet wstać z łóżka, a potem… Skądś przychodzi siła i niezwykły pokój… Wiesz, tyle ludzi się modli. To stąd.
Więc jeszcze raz Wam dziękuję.
Wasza modlitwa podniosłaby upadłe drzewa, przeniosła górskie masywy, wzniosła na nowo budowle z ruin, zatrzymała rzeki, nawodniła pustynię…
Tymczasem niesie nas, jest olbrzymią siłą, która przywraca nam życie.
* * *
To pieśń, która ostatnio mi się wyświetliła na Yt.