* * *

Kolejna witryna sieci „blog.deon.pl”
* * *

* * *

Ludzie kiedyś wiedzieli co się dzieje w ich rodzinnej wsi, może czasem we wsi lub miasteczku obok, ale to już pobieżnie i nieszczegółowo.
Nie przeżywali wojen „nie swoich”,
snu z powiek nie spędzały im zamorskie epidemie, nie docierały do nich odgłosy wybuchu wulkanów nieznanych, nie rachowali ofiar zabójstw całego globu, nie nieśli na barkach krzyży całego świata, tylko swoje własne.
Własne zadrapania piekły, własne siniaki goiły się tęczowo, własne dzieci chorowały, matka zaniemogła, sąsiad nabruździł, nie obrodziło w polu, piorun stodołę spalił, babka umarła… Wszystko trudne, lecz bliskie i swoje, pojedyncze, więc na miarę jednych pleców pochylonych, jednego kompletu włosów siwiejących, jednego skołatanego serca, jednego ludzkiego życia.

Dziś żyjemy jakby tysiącem istnień, cierpimy nie tylko swoje rany, umieramy nie swoim głodem, martwimy się o nie swoje dzieci, przechodzimy żałobę po nie swoich zmarłych, nasz własny jęk znika w requiem krzyku boleści całego świata.

Wiemy tak wiele, czujemy tak dużo, a jesteśmy tak samo bezbronni i bezradni jak ci, co nic nie wiedzieli, nic nie słyszeli, żyli ze wzrokiem ogarniającym własne podwórko.
– Mamo, nie słuchaj tego, nie oglądaj – strofuję jak małe dziecko, gdy znowu mi opowiada z przerażeniem w oczach co usłyszała, przeczytała i wyoglądała.
– Nic mi się nie chce – mówi. Sama chora, ledwie chodząca, po tygodniu spędzonym w szpitalu, martwi się o cały świat i to, co się na nim dzieje.
* * *
I znowu staje przede mną Chrystus w Ogrójcu. Jego wiedza przytłaczająca, ogromna, nie na miarę człowieka. To, co czuł, miażdżyło jak tłocznia wina.
Krwawy pot bezradności wobec ogromu tej nocy. Szloch ludzkiej drobiny zgniecionej wszechwiedzą o całym złu świata.

Czy nie upodabniamy się coraz bardziej do Niego?
Zanurzeni w ciemności, w niej drżący. Z wieku na wiek, z roku na rok, z dnia na dzień coraz bardziej.
Jeśli tak, jeśli powtarzamy Jego los, to już tylko krzyż i zmartwychwstanie. Dwa ostatnie przystanki historii.
Potem.
Ach, potem…
Ludzkie serce może tylko przeczuwać ogrom tego światła.
Prze – czuwać, bo czuć w pełni byłoby zbyt wiele.
Za mali jesteśmy, by unieść całą ciemność, za mali, by pomieścić całe światło.

Drobne okruszki na stole Boga.
* * *

Oczywiście nie obyło się bez tzw.
„przeciwności losu”, bo jechać na nasze krótkie wakacje mieliśmy już tydzień wcześniej. Lecz nagle, w ostatniej chwili duże auto rodzinne zaczęło szwankować, domagając się interwencji mechanika.
– To może pojedziemy mniejszym, a Adasia zostawimy w domu – zaproponował tata.
– Nie – obruszyła się na to najmłodsza siostra – Co to za wyjazd bez Adama?
No i miała rację.
Więc wyjechaliśmy z tygodniowym opóźnieniem i z prognozami załamania pogody.
I jak zwykle okazało się, że „przeciwności losu” były „opatrznościowym zrządzeniem”, a załamanie pogody – hiperbolą literacką:)
Deszcz padał tylko raz i to w nocy, gdyśmy słodko spali, a aura była wprost wymarzona: we wszystkich odcieniach ciepła, bez niewygód upału.

Naprawdę odpoczęliśmy.
Oczywiście psychicznie, bo mięśnie nóg wciąż mi pulsują od nadmiaru chodzenia:) A Lalcia – prawie zbuntowana prawie nastolatka raz po raz wygłaszała niemal poetyckie strofy o daremności człowieczego chodzenia po brukowanych uliczkach, wzgórzach i górkach, tudzież ruinach czy też dobrze zachowanych pałacykach.
Marność nad marnościami i wszystko marność:)


Jeszcze parę lat temu ucinało się te jej wywody, biorąc ją po prostu na ręce. Dziś, z racji jej wagi i wzrostu, to niewykonalne.
Więc po prostu wszyscy klasycznie trenowaliśmy cierpliwość i poczucie humoru.
– Okres dojrzewania po raz czwarty – szeptałam raz po raz mężowi na ucho, śmiejąc się cicho.
Naprawdę, nie jest to takie straszne. Przynajmniej w wykonaniu naszych dzieci.
* * *

Trzy dni minęły pięknie i szybko i oto znowu nastały te zwyczajne, domowe, pachnące praniem, floksami, koszoną trawą, rosołem, ciastem całorocznym z porzeczkami. Amelia przyjechała z rodziną, Kora. Koty stęsknione ocierają się o nogi, na budowie znowu świsty, zgrzyty i pokrzykiwania męża i syna. Gdzieś daleko klęgor żurawi, niestygnące wciąż żniwa.

Dobrze jest wyjechać, by znowu wrócić do domu, przytulić, poczuć bicie jego serca. Czasem o tym zapominamy, że domy też mają serca.
Nasz ma.
Najbardziej to widzę, kiedy wracam.
* * *

Koniec lipca.
Czas żniw, co jak młyn huczą od rana do zmierzchu, czas dziewanny, wrotyczu i uśmiechu wczesnych jarzębin, czas wylotu młodych ptaków z gniazd.

Dla nas to także czas budowy warsztatu, która zagarnia powoli całe podwórko i większość myśli mojego męża i syna; czas wysiewania rumianów i goździków brodatych; czas letnich kolorowych sukienek; czas jeżdżenia po lekarzach w sprawie chorej mamy i przekonywania ich, że leczenie to nie znieczulanie.
* * *
Oprócz mamy usiłuję uratować bukszpan, który lata temu dostaliśmy od teściów. Idąc za radą kogoś z Internetu, obsypałam pogryziony krzak kilogramem mąki. Teraz, gdy obok niego przechodzę, pachnie jak z młyna albo spichrza dziadków – stare wspomnienia z dzieciństwa budzi. Wakacyjne.

Piękne upalne dni przeplatają się z pięknymi dniami ulewnymi. To piękno mniej oczywiste, ale jednak piękno. Śpiewają o nim zroszone liście drzew i nabrzmiewające po deszczu jabłka, śliwki i dwie brzoskwinie. Tylko tyle udało się uratować, walcząc z kędzierzawością liści.

Raz po raz burza, która zrywa mnie w środku nocy, bym posprzątała leżaki i poduszki z patio. I nieustanny dylemat: wywieszać pranie na podwórko czy w domu? 🙂 Szekspir mógł się silić na filozoficzne: „być albo nie być”, bo nie prał majtek dzieciom:)

Koniec lipca. Połowa wakacji, a ja nie czuję żebym odpoczęła.
W gazetkach reklamowych już pojawiły się oferty pt. Witaj szkoło!!!
– O nie!!! – krzyczy oburzona Lalcia, wertując strony z ilustracjami zeszytów i przyborów szkolnych – Jeszcze są wakacje!
Racja.
Dlatego zostawiamy to wszystko, całe to morze spraw i wyjeżdżamy.
– Choć na trzy dni – proszę mężulka.
Prognostycy prognozują deszcze i ochłodzenie, ale co tam. Jedziemy. Nie jesteśmy z cukru. Zresztą, prognostycy równie często się mylą jak mają rację.
Są wakacje. Czas odpocząć.
Oby i nieodmiennie wszystkie nasze kroki prowadziły do Ciebie…
* * *

Wybrać miejsce zupełnie przypadkowe, kierując się tylko kompasem serca.
Za zwichrowaną szopą, tuż przy stodole, przy jej słonecznym boku.

Usiąść na byle czym, jakaś resztka deski, płyty z rozbiórki starego budynku po dziadkach.
Tu się modlić w ukryciu.
Zbiec mężowi i dzieciom, wszystkim sprawom dużym i małym, nieważkim i naglącym, nawet własnym myślom i troskom.
Zachodzące słońce kolebie się w kołysce między wierzchołkami drzew, każdą nitkę trawy podświetla seledynowo, gra na strunach moich rzęs.

Szeptać tu „Zdrowaś…” polecając wszystko i wszystkich. Stopić się z tymi drobiazgami „nic nie znaczenia”: wiórkami po cięciu drewna, kilkoma baldachami krwawnika, mrówkami wędrującymi tam i spowrotem, resztkami ramy okna, przez które ktoś kiedyś wyglądał…
Wszystko przemija, ja również.
Wszystko jest okruszkiem, ja też.
Wszystko jest przypadkowe.
Wszystko jest ważne.
Każdy mój oddech, każdy mrówczy krok, każdy czerwony koralik mojego różańca, każdy włos na głowie.
Słyszę zamglone głosy.
Odległość sprawia, że się rozmazują. Mąż i syn stoją na szczycie budynku, na jego resztkach jak na szczycie góry, omawiają jak ukończyć rozbiórkę, jak zbudować nowe, lepsze, większe. Domyślam się bardziej niż wiem o czym mówią. Obok czarne drobiny niepomne, że to niedziela znoszą źdźbła na budowę mrowiska.

Siedzieć tak nieruchomo wśród tego wszystkiego, nie biec nigdzie, patrzeć i słuchać, przepuszczając dźwięki i i obrazy jak wodę. Na wszystko się zgodzić, o nic nie troszczyć. Własne myśli puścić na stumień jak się kładzie łódeczki z liści.
Trwać, choć jestem nietrwała.