Wracam późnym popołudniem do domu z pracy. Wrześniowy las wita mnie bramą połączonych koron.
Tu jest takie umowne miejsce, gdzie zostawiam za sobą świat, jego zawirowania, jego szaleństwo i wjeżdżam do krainy łagodności i sensu głębszego niż pogoń za coś- znaczeniem i paroma papierkami z podobiznami królów.
Słońce toczy się już po horyzoncie jak dojrzałe złote jabłko, subtelna muzyka osnuwa wnętrze auta jak delikatna pajęczyna.
Uśmiecham się sama do siebie przypominając sobie awanturę o nagrody z właśnie zakończonego zebrania w pracy. Jak zawsze: każdy miał rację i jednocześnie każdy jej nie miał. Jak zawsze pozostał niesmak.

„Boże, dziękuję Ci, że mnie ustrzegłeś od takich pożądań, że dałeś mi cichą przystań mojego serca, które nie pragnie blasku ni bogactwa” – modlę się mijając polny krzyż z rozpostartymi ramionami.
A w domu: dzieci, obiad, kochający mąż, koty wchodzące pod stopy, sad w coraz bardziej sepi kolorach, łepki hortensji zaglądające do okien, św. Antoni na patio uśmiechający się tajemniczo, olbrzymie liście paulowni z szelestem żeglują w dół.

Uśmiecham się jeszcze szerzej.
– Dziękuję.
Zaraz założę kalosze, wezmę koszyk, przyniosę drewna, rozpalę.
To są rzeczy ważne naprawdę.




















