cicho…

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Sobota.

 Siedzę na działce na
naszym ulubionym patio ( tak nazywamy tarasik przylegający do budynku i
otoczony z dwóch stron starym murkiem z czerwonej cegły, malowniczo obrośniętym
dzikim winem). Siedzę na zielonym leżaku, który mężulek kupił mi rok temu na
czas mojej trudnej ciąży. Na moich kolanach siedzi Laurka i obgryza piąstki
usiłując zmotywować tym szósty ząbek do wyklucia. Dzieci z drugiej strony
budynku taplają się w baseniku. Mąż robi porządki w budynku szykując grunt pod
wstawienie przeszklonych drzwi na patio. Jest gorąco, ale od żaru osłania nas
najnowsze dzieło w/w majstra – balkon na poddaszu.

Wiatr szalony, porywisty szarpie główkami „czarnych oczu
Zuzi”, które ciekawie zaglądają na taras. Gałęzie olbrzymich brzóz jak rozwiane
włosy dziewcząt wdzięczą się do wiatru. Białe motyle tańczą w nasyconym
zapachami powietrzu. A w aromat sierpniowego dnia wkrada się gorzka nuta
jesieni.

I wśród całego morza szumów, szelestów, stukania,
gaworzenia, ujadania psów, dalekiego szumu kombajnów, popiskiwania dzieci
nagle… zalega cisza.

Serce przestaje drżeć, niczego się nie obawia, za niczym nie
tęskni, niczego nie żałuje, niczego nie pożąda. Milknie, bo wszystko jest tak
jak być powinno. Cicho. Cicho. Cicho.

Już dawno nie było tak cicho.

 

Tymczasem jego serce jest już na samej krawędzi. Sztorm bólu
nie do zniesienia szarpie ciałem jak kruchą łódeczką. Wzywają pogotowie. Nie
mają silniejszych leków na uśmierzenie. Szpital. Ordynator chirurgii lituje się
i przyjmuje na oddział. Kroplówka z silnym lekiem powoli wycisza wyjący żywioł.
Ale on już jest na krawędzi. Nie wróci na pokład, nie ma siły dotknąć steru.
Gaśnie blask oczu. Ciało bezwładnie osuwa się w błękit.

Zakończył swój rejs po tutejszych wodach. Cicho. Cicho.
Cicho.

Już dawno nie było tak cicho.


„Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie”

 

Nasze zwyczajne dni są dla kogoś ostatnie.

stoik i choleryk

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Ciemno.

Wszyscy śpią. Laucia śpi i posapuje. Dzieci śpią i
posapują.  Miś śpi i…

 

Nagle słychać wredne bzykanie tuż nad głową.

Nalot!!!

Miś rozpoczyna dziwaczny taniec z użyciem obu rąk. Młóci
nimi powietrze wyraźnie zdenerwowany .

– Nie ośmieszaj się przed komarami. Trochę godności
osobistej – żartuje Rutka.

Ale mężulek kontynuuje dziarskie manewry wyznając – zdaje
się – filozofię, że „jak już zginąć, to w walce” 🙂

– Co za ch…!!! – brzydko wyraża się wojownik.

– Komary nie przenoszą tej choroby na „ch”, przenoszą
malarię – uświadamia żonka ze spokojem godnym Marka Aureliusza.

 

Ktoś musi zachować zimną krew.

Jest szansa, że komary nie lubią zimnych przekąsek 🙂

alternatywa

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Malowanie pokoju dziewczynek przeobraża się nagle w drobny
remoncik i olbrzymie sprzątanie.

– Wszędzie tylko te domki i domki – psioczy mężulek
przewracając się na szafkach zrobionych z pudełeczek, stolikach, flakonikach,
talerzykach z korków od butelek, całych rodzinach lalek, ich pościelach,
ubrankach, pierogach z plasteliny, spaghetti z nitek, dywanikach, materacykach,
ściankach z tektury, plastikowych choinkach.

Wszędzie, gdzie zapuścić
ciekawskie oko, widać radosne ślady działalności twórczej naszych dziatek,
zafascynowanych zabawą w dom i rodzinę. Lalkowe rodzinki mają po kilkoro
dzieci, auta, ogródki, kuchnie, pokoje, łazienki i …nawet obrączki z cienkiego
druciku na palcach, bo „przecież są małżeństwem”. Ostatnio przybył jeszcze
jeden eksponat, bo Dusio całe wakacje spędzone u dziadków majsterkował w
dziadkowym garażu. Stukał, pukał, piłował i zbijał w pocie czoła i tak oto
powstał… domek letniskowy dla lalek. Żaden stolarz nie powstydził by się
takiego dzieła.

Niestety zajmuje ono sporo miejsca w malutkim pokoiku Ali i
Nusi.

– Trzeba to ukrócić!!! – odgraża się mężulek patrząc na te
barwną scenerię.

– Co ? – pyta Rut

– Te zabawy w domki.

Rut uśmiecha się i pyta niewinnie:

– A wolałbyś żeby bawili się w sprzedaż narkotyków?

Sroga mina mężulka więdnie w oka mgnieniu.

Chyba by nie wolał.

 Znowu się dzieciakom
upiecze:)

ekspertyza hydrauliczna

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 Rut i Nusia jedzą
razem kolację. Kanapki z majonezem, szynką i pomidorem.

– Mamo, możesz wypić moją wodę – proponuje córka podsuwając
kubek po stole – bo inaczej się zapycha.

– Co się zapycha? Zęby? – pyta mamusia pogryzając kanapkę.

– Nie. O tu się zapycha – mówi Nusia wskazując palcem –
Szyja.

– I co wtedy trzeba zrobić ? – dopytuje ciekawska Rut.

– Popić, bo inaczej nie ma poślizgu:)


 W fachowym języku: "Udrażnianie odpływu wodą" 🙂

 

paciorkujemy

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

„Dziękujemy Panie Boże, że nie jesteśmy chorzy i…

dziękujemy Ci jeszcze za to, że jesteśmy zdrowi.” – modlitwa
dziękczynna w wykonaniu Nusi .

 

Nigdy dość podziękowań:)

 

„Prosimy Cię Panie Boże żeby tatuś kupił jutro lody i…

żeby kupił też pojutrze” 
– modlitwa błagalna tej samej solistki.

 

Lodów naszych powszednich daj nam dzisiaj:)

 

„Chwalimy Cię Panie Boże za to, że tatuś zrobił taki śliczny
balkon” – teraz modlitwa pochwalna na cześć…

 

                                           
tatusia ??? 🙂

" Maciorek, siusiu i spać" – podśpiewuje sobie Nusia niegdysiejsze dobranocne powiedzonko dziadka. W pierwotnej wersji brzmiało: "paciorek, siusiu i spać", ale Nusia wciąż nie wie co to jest "paciorek", bo u nas mówi się po prostu "modlitwa".

Paciorek jest jak sądzę wykwitem łacińskiego"Pater noster…"

A modlitwa?

Modlitwa to myślenie o Bogu z miłością – jak napisał mój profesor.


tabletki na wszystko

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Część druga wakacji.

Teraz przyjmujemy przyjaciół.

Najpierw tych z bliska, z drugiego końca miasteczka, od roku
nie widziani, bo „ jak nie urok to przemarsz wojsk, jak nie przemarsz wojsk to
zaraza”. Z tą ostatnią jednak w roli głównej. Kiedy dwie rodziny mają po
gromadce dzieci, trudno wśród 365 dni w roku znaleźć choć tydzień bez epidemii.

Potem Ksawery zajeżdża ze swego zaścianka. Uroczego bądź co
bądź – ze starym kościółkiem pachnącym minionymi wiekami i rozłożystymi lipami
rozpostartymi jak baldachim.

W końcu przybywają ze stolicy Kurki Trzy z wieścią, że jest
ich cztery!!!

Siedzimy na działce w cieniu osik. Małe kurczaki bawią się w
domku na drzewie. Dwa Koguty dumnie spacerują po obejściu oglądając jego
potencjały. Dwie Kokoszki pilnują najmłodszego kurczaczka.

– Teraz już wiem – zwierza się Kokoszka Rut – że człowiek
potrzebuje choćby kawałka własnej ziemi, by ją pielęgnować.

– A wiesz, że w Ikei kupiłam zestaw małego ogrodnika –
opowiada Kokoszka Marta – Były tam pojemniczki, ziarnka słoneczników i takie
tabletki. Nie wiedziałam w co wysiać te nasiona, ale w instrukcji napisali,
żeby tabletkę włożyć do pojemnika i zalać wodą.

– I co? – dopytuje zdziwiona Kokoszka Rut.

– I kiedy zalałam, te tabletki zaczęły pęcznieć i zrobiła
się z nich ziemia.

 

Kawałek własnej ziemi dla każdego:)

 

Szczęście w prozacu

Potencja w viagrze

Sen w melatoninie

Uroda w botoksie.

Relacje w Internecie.

Spokój w tabletkach

Miłość w tabletkach

Wolność w tabletkach

 

Ziemia w tabletkach!!!

Nie brudzi, nie wymaga pracy, nie trzeba z nią o nią
walczyć, nie trzeba jej chronić, głaskać po brunatnym policzku. Niewiele kosztuje.

 

 

Dzisiejszy świat.

Wszystkie nasze potrzeby zaspokojone jednym machnięciem
czarodziejskiej różdżki.

 

Namiastki i atrapy, a za ich parawanem coraz większy głód i
ból rośnie. Jak pokrzywa za płotem.

marynowanie lata

Lato zbliża się ku końcowi. Czas przesmażyć wspomnienia, zawekować słoiki, więc…

byli u nas piraci

łowili ryby chochlą…

przerobili szafę na statek i odbywali tam długie narady

gołymi rękami łapali rekiny…

czytali kamrackie pisma…

szukali złota…

potem remontowali szkuner

również w pozycji horyzontalnej:)

dwoma pędzlami i… nosem:)

antidotum na alergię

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

– Trzeba by kupić drugą firankę do łazienki, bo nie mam na
zmianę – zaczynam podchody pod mężulka.

„Niepodobna prowadzić gospodarstwa domowego bez drugiej
firanki do łazienki” – rzekłaby Ania z Zielonego Wzgórza.

No, ale Ania to kobieta i rozumie takie niuanse życia jak
firanki, obrusiki, doniczki i obrazki. Mężulek, sądząc po jego minie, nie
koniecznie.

– Ciągle tylko „kupić i kupić” – mamrocze pod nosem.

– On ma alergię na słowo ”kupić” – opowiadam Mamucicy.

– To samo, to samo – przytakuje śmiejąc się rozmówczyni i
wskazuje na małżonka – Mamuta .

 

Mamut nieco się słania pod dzidami oskarżeń, w końcu jednak
odwija się trąbą i odpiera atak:

– Bo widzisz Rut, słowo „kupić” najpiękniej brzmi w związku
frazeologicznym z wyrazem „NIE”.

I dlaczego te mamuty wyginęły, skoro są takie sprytne?

Trzeba by NIE KUPIĆ tej firanki:)


brokat

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Laurka śpi, małe ramionko kołysane oddechem Morfeusza
podnosi się i opada, a na zaróżowionym wzgórzu policzka lśni kropla brokatu.

Nieustannie ten brokat.

 Na twarzach, włosach,
policzkach, ubraniach.

Od czasu tego malowania szyszek na choinkę. Rok temu.
Pamiętacie?

Nie możemy się pozbyć tego nalotu pokruszonego światła. I
nie próbujemy nawet.

Jest jak pieczęć, przypomnienie, wykrzyknik na szarych drogach
codzienności.

Nikt nie jest
zwyczajny
– wyhaftowałam wtedy na makatce z głębi przeświadczenia matki
trojga oczekującej kolejnego cudu.

 

Cudem jesteś w moich
oczach.

Cudem jest to, co cię otacza.

 

Jak Ty na mnie patrzysz, że tak mnie widzisz? – pytałam
kiedyś z dna kałuży.

Perspektywa lotu anioła. – powiedziałeś.

Najciemniejszy mrok podszyty podszewką światła.

Wszędobylski brokat.

 

Modlę się nocą, by
mnie Bóg zachował od ślepoty na cuda i piękno.  

(J. Szymik)

Ja też.

złote ramy

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Wróciliśmy.

Prawie definitywnie.

 Syci wrażeń,
rozwinięci, mądrzejsi o przemierzone kilometry, wypowiedziane i
niewypowiedziane słowa, z głowami pełnymi wspomnień.

Laurka bryka jak mały źrebaczek, przemierzając niedostępne
dotąd rewiry mieszkania.

 Ach wolność!!!

Idziesz gdzie chcesz, dotykasz czego pragniesz. Oglądasz się
tylko czy nikt cię nie śledzi. Wolność rozlewa się błogim blaskiem na małej
buzi i figliki w oczach płoną nowym ogniem. Bo taka wolność daje wiele
możliwości.

Ale też czasem rozpłaszczasz się boleśnie na zbyt śliskiej
podłodze. I płaczesz, bo myślałeś , że wolność to sama rozkosz, a tymczasem…
często kończy się guzem:)

I myślicie, że opisuję tylko Laurkę?

Co dzień sama rozpłaszczam się na śliskiej nawierzchni
wolności.

 

Na naszej czerwonej ścianie wiszą trzy obrazy.

Jeden to Ojciec
miłosierny
w złotych ramach, drugi – Matka
Bożej Opatrzności
w złotych ramach, a trzeci – sama złota rama.

Czasem ktoś się dziwi widząc ten szokujący tryptyk. Sama się
zdziwiłam, gdy tak skomponowałam tę ścianę. Teraz już się domyślam dlaczego tak.

Ten trzeci obraz to ja, to ty, to każdy z nas.

Arcydzieło oprawione w złote ramy. Takie jest nasze
przeznaczenie. Złota rama ma nam o tym wybraniu przypominać.

Ale to my decydujemy co ostatecznie znajdzie się w środku.

Arcydzieło czy bohomaz.

Piękno czy kicz.

Prawda czy udawanie.

Ach wolność!!!

Laurka raczkująca pod czerwoną ścianą stawia pierwsze
nieporadne linie na rysunku swego życia.

A pół godziny drogi stąd umiera w szpitalu teść Leny. Rak
płuc toczy się przez ciało jak ciężkie bojowe działo.  Lekarze nie pozostawiają wątpliwości – to
ostatnie dni. Ostatnie godziny, ostatni uśmiech, słowa, spojrzenia. Ostatnie
kreski na płótnie. Nieporadne zupełnie jak te Laurkowe, nieco chaotycznie
nanoszone ręką ciężko omdlewającą od morfiny.

 

Ale on o tym nie wie.

O tej ostateczności wszystkiego co się dzieje z nim, w nim,
przez niego.

– Oni mu nic nie powiedzieli – mówi mi Lena przez słuchawkę
nieco przerażona – Teściowa powiedziała mu, że lekarze szukają metody leczenia
go. A oni niczego nie szukają, podają morfinę żeby nie cierpiał, a on się
cieszy jak dziecko kiedy robią mu kolejne badania i mówi o tym, co zrobi na
jesieni.

Dlaczego dreszcz przebiega po plecach jak wtedy, kiedy
słyszysz o strasznym mordzie?

Bo jakaś niegodziwość jest w tym milczeniu wszystkich,
którzy patrzą jak śmierć skrada się do człowieka.

Ale nie wiem w tym wypadku gdzie jest granica dobra i zła i
czy na pewno są ściśle zbieżne z granicami prawdy i kłamstwa.

Nie wiem.

Sama wolałabym wiedzieć, że zostało kilka dni, mieć czas na
pożegnanie, przygotowanie, bunt nawet. Ale kiedy niedługo przed śmiercią taty
przełamałam ciążenie milczenia i porozmawiałam z nim o niebie, Amelia skarciła
mnie za to, że odebrałam nadzieję.

Może.

Nie wiem.

Nie chciałam nikomu niczego odbierać. Zrobiłam to co  wydawało mi się wtedy najsłuszniejsze i
najgodniejsze człowieka, choć łatwiej byłoby milczeć, choć nie ma słów dość
odpowiednich, by powiedzieć: Odchodzisz.

Może milczenie nie jest zostawianiem człowiekowi nadziei.
Może to nie dawanie mu szansy, by sam zmierzył się z sobą, ze swoim życiem, sam
zadecydował o kształcie ostatnich chwil, kresek, barw. Może to odebranie mu
wolności do ukończenia swego arcydzieła.

 

A może jest inaczej.

Nie wiem wszak wiele.

Może jestem jeszcze zbyt młoda, by docenić smak oliwek i
zrozumieć barwy tuż przed zachodem słońca.

Bo cóż ja mogę wiedzieć, brodząc po kolana w porannym
szczebiocie moich dzieci.

 

A o nim, który odchodzi w zmierzch, pamiętajcie jak
najlepiej umiecie.  Jego złote ramy
wypełniły się po brzegi.