* * *

Tym razem Gabriela:)
Kolejna witryna sieci „blog.deon.pl”
* * *

Tym razem Gabriela:)
Świat wokół coraz bardziej złocieje. Jakby co noc ktoś brał pędzel do ręki i malował złotą farbą liście, trawy, pejzaże. Dokładnie, z pietyzmem starych mistrzów.
Nieopisane piękno odsłania kotara każdego poranka, słońce ślizga się potokami i ścieka strumyczkami jak po miedzianych dachach kościołów. Wiatr czochra włosy brzozom i za każdym razem wytrzepuje nową falę złotych liści. Złoty brzozowy deszcz zacina w szyby, wysypuje się z pełnych rynien, wiruje serpentynami zanim spocznie na ziemi.
Radość dojrzałości.

* * *
Ostatnie kulki winogronu znajduję w gęstwinie. Długo muszę przeczesywać palcami liście i błądzić wśród pędów, nim znajdę parę soczystych owoców.

Niemal wszystkie grona zerwaliśmy wraz ze znajomymi tydzień temu. Czas już był najwyższy, nabrzmiały sokiem pod ciemną skórką. Potem odarliśmy owoce z szypułek i śmiejąc się jak dzieci, zgnietliśmy rękami. Na koniec pachnącą miazgę władowaliśmy do gąsiora. Ręce mieliśmy na oślep skrwawione ich sokiem – jak pisał soczyście Leśmian w jednym z erotyków ( tam pisał o malinach:)
Teraz szklany gąsiorek wypełniony smakiem jesieni bulgocze i stęka zaaferowany produkcją gronowego wina.
Pierwszy raz robimy wino.
Radość dojrzałości.
* * *
Siedzę na niebieskim leżaku, a obok mnie siedzi biedronka. Wylądowała tu nagle jak mały samolot i kokosi się. Jest obłędnie czerwona na tle niemal chabrowej tkaniny.
Czytam „On i ja” Gabrieli. Po raz… nie wiem który. I podkreślam to, co najczulsze i najpiękniejsze obłędnie fluorescencyjnym zielonym markerem.
Siedzę „naubierana jak Haman” – jakby powiedziała moja mama. Na szyi kwiecista apaszka, za duża bluza męża, na nogach włochate skarpety w biało- czarne paski i kroksy, a na głowie czapka w kropki. To pewnie z racji tej czapki przysiadła się biedronka:)

Korzystam z ostatnich promieni jesieni, ale jestem chora, więc ubrań nigdy dość.
Chyba po raz drugi i to mimo zaszczepienia przechodzę covida. W każdym bądź razie mam klasyczne objawy. Nie jest tak ciężko jak rok temu, ale sił brakuje raz po raz.
Ale to nic.
Robię wszystko powolutku, odpoczywając co chwila. Zbiorę pranie – poleżę, obiorę ziemniaki – poleżę, przesadzę kwiatka i znów poleżę. Dziś posprzątałam jeden pokój, Z wieloma przystankami.
A na takich przystankach tyle atrakcji czeka: można odmówić różaniec, pomarzyć, poczytać coś, popisać z synem studentem na komunikatorze, porozmawiać z Aniołem Stróżem, wysłać komuś zdjęcie, zaplanować obiad, obejrzeć nowy przepis na Yt, albo pospać jak już zupełnie sił brak.
Można też pisać na blogu.
Właśnie piszę teraz z takiego przystanku:)
Przystanki są fajne. I potrzebne. Uczą zatrzymywać się. Uczą czekania i uważności. Uczą pokory. A rzadko o tym pamiętamy, gdy siły i zdrowie dopisują.
Wiele czasu musi minąć nim docenimy przystanki. Czasem nawet pół wieku:)

Radość dojrzałości.
* * *

Za rzadko przypominam sobie o moim Aniele Stróżu. Gdy sobie przypomnę raz na kilka dni, hurtem polecam mu wiele spraw.
Ale to zupełnie nie po przyjacielsku jest.
Więc postanowiłam zrobić sobie przypominajkę i namalować ikonę Anioła Stróża.
Łatwiej jest pamiętać o tym, co widzialne.
Dlatego potrzebujemy wizerunków.

Malowanie złotem w złocistym blasku złotej jesieni.
A przy okazji zrobiłam prezent mojemu niewidzialnemu przyjacielowi z okazji jego święta:)
* * *

* * *
Spotkanie klasy licealnej mojego męża. Kolejne z, lecz pierwsze, na które mogłam przyjechać po wielu latach wychowywania dzieci. Dzieci już nie są małe więc…
Siedzimy przy stole w restauracji, jemy coś, koledzy mojego męża, popijając kolejne piwko, najpierw wspominają bujne lata młodzieńcze, a potem zaczynają gorzkie żale, że z dziećmi nie ma o czym pogadać, z żoną konflikty, szef wredny się czepia, włosy wyszły, zdrowie już nie to, jeden się rozwiódł, jeden powiesił…
Piją zdrowie tego ostatniego.
– Gdziekolwiek jest – dodaje zaskakująco trzeźwo Zbyszek:)
Słucham, czasem wtrącę słówko, zaśmieję się z żartu, w końcu nieco zmęczona kładę głowę na ramieniu męża.
I wtedy dzieje się coś dziwnego.
Ich oczy!!!
Wzrok.
Jakby ktoś bez ostrzeżenia strzelił lampą flesha prosto w twarz.
Jak spłoszone stadko wróbli ich spojrzenia rozbiegają się po kątach. Jakbym zrobiła jakiś niestosowny gest lub wystrzeliła petardę.
Gdy wychodzę do ubikacji, któryś rzuca konspiracyjnie pytanie:
– I jak tam Michał?
Teraz się zacznie – myślą pewnie – przy żonie musiał udawać, ale teraz przyłączy się do naszych biadań. Albo chociaż powie smutno: ” Chłopaki, wiecie jak jest…” i zawiesi znacząco głos w próżni. A oni pokiwają smutno głowami i wychylą kolejny kufel piwa:) Życie jest ciężkie – każdy wie.
Ale on robi zupełnie coś innego – uśmiecha się i mówi:
– Jestem szczęśliwy.
Tak po prostu.
Konsternacja. Cisza jak w kościele.
Takiej odpowiedzi nikt się nie spodziewał.
( Skąd to wiem? Opowiadał mi później, gdy już leżeliśmy w łóżku:)
Gdy odjeżdżamy koło północy, tłumaczymy im, że już czas na nas, bo dzieci tęsknią.
Zaczynają się śmiać jak z dobrego żartu.
– Aleście naiwni – mówią – dzieci płaczą jak wy do domu wracacie.
– Moja córka przyjeżdża ze studiów raz na dwa miesiace i tyle ją widzę, gdy pożycza ode mnie kluczyki do auta – opowiada jeden z nich.
Uśmiechamy się, nie dementujemy, nie tłumaczymy, że w naszym domu jest zupełnie inaczej. Przecież i tak nie zrozumieją.
Żyjemy jakby w dwóch różnych równoległych w czasie światach.
Kiedyś, dawno temu każdy z nas zdecydował jaką drogą pójdzie. Do wyboru było tyle dróg. To był decydujący moment, potwierdzany potem każdego dnia wybór. I nic dziwnego, że po latach niektóre ścieżki rozbiegły się, a ich krańce są lata świetlne od siebie.
Lecz mimo to dobrze jest się czasem spotkać. Zobaczyć to. Przemyśleć.
Spotkania z ludźmi tak wiele nas uczą.
To ostatnie nauczyło mnie, że czasem aktem odwagi jest powiedzieć : ” jestem szczęśliwy” i że aktem miłosierdzia może być … przemilczenie szczegółów swego szczęścia.
* * *
Ujrzeć, przemyśleć…
I objąć kolejne osoby w ramiona modlitwy.
* * *

Wiatr.
Leżę i słucham jak nocny nagły wiatr szumi i gra. Śpiewa i gwiżdże w rurach wywietrzników.
Nuci pieśń o zmianie, o tym, że wszystko mija, że minie deszcz i niepogoda. Obiecuje rzewnie, że przyniesie słońce i ciepło i że zatańczy w blasku ze złotymi liśćmi, że przeczesze posiwiałe na rudo włosy brzóz.
Już dawno zauważyłam, że taki nagły nocny wiatr przynosi zmiany. Po deszczu – słońce, po upałach – chłód, po śniegu – odwilż, po roztopach – mróz.
Taki już jest. Zmiano- dajny.
Poruszam się w pościeli, nasłuchuję z nadzieją. I choć przy takim wietrze bolą wszystkie kości, przypominają o sobie stare kontuzje, a byłe złamania jakby przestały być „pieśnią przeszłości”, to i tak cieszy jego szum. Biały kojący śpiew jesiennego wichru w kominie.
Leżę i słucham.
I wiem, że nie chodzi tylko o pogodę.
Że już niedługo wszystko się przemieni, że mrok opadnie, świt jest blisko.
Czuję to w każdej komórce duszy.
Czekam.
Mimo bólu, wszystko drży z radości.
Jest blisko.
On szepcze: ” Moje ognie, jak pożar stepów, rozprzestrzenią się z szybkością strumienia, aby objąć wszystkie ziemie po kolei, aż do najdalszych.”
( Jezus do Gabrieli)
Wierzę Mu usypiana wiatrem.
* * *
