dom za-molony

 

– Zrobiłam nowy kącik do czytania – melduję córce najstarszej przez komunikator i jako dowód niezbity dodaję zdjęcie.



– To był już chyba ostatni wolny kącik od czytania:) – odpisuje mi.

Otóż nie!!!
Sprofanowałam jeszcze pokój syna, który – mimo moich poświęceń matczynych w zakresie wychowywania kolejnych moli książkowych – pozostaje niewruszony na powaby literatury.
I pod jego nieobecność ( studia:) i tam zrobiłam kącik czytelniczy.
To był ostatni bastion „nie czytania” pod naszym dachem:)

Padł.

*  *  *

Kąciki do czytania to rzecz niezbędna. Można w sumie nie jeść, nie pić i nie spać, ale czytać trzeba:)

– Mamuś kupiłam w przedsprzedaży nową książkę – zwierza się z niecnego występku Ala.

 

I oto jest…

 

🙂

 

Ps. Więc piszcie i wydawajcie. Riv, Kawusiu i kto żyw:) Czytelnictwo w narodzie nie ginie;) 

październikowe zachcianki

 

– Kiedy zagniatamy ciasto na pierniczki? – raz po raz ktoś z rodzinki rzuca pytanie.
– Po urodzinach Lalci – odpowiadam niezmiennie.
– A czy już można słuchać kolęd? – pyta wyżej wymieniona grzebiąc w skrzyneczce z płytami CD.
– Nie, jeszcze nawet nie ma adwentu – odpowiadam stanowczo.
– Ale mi się chce choinki – wzdycha, patrząc tęsknie w kąt salonu, gdzie zwykle staje drzewko.
Przezornie już z Alusią przestawiłyśmy meble, w tym ciężką jak wieloryb kanapę, by zrobić miejsce choince.

Choć dopiero październik:)

*  *  *
Na półce leżą już dwa Jezuski na sianku. Znalazłam je w szufladzie kancelarii Ksawerego. Są jeszcze przykładnie zapakowane w folijkę, bo przecież październik za oknem.


– To ja sobie powącham pudełeczko po pierniczkach. Może jeszcze pachnie – znów wraca do śpiewki Lalcia i mozoli się z uchyleniem wieczka różowego pudełka. To specjalne pudełko, które całymi tygodniami skrywa pierniczki zdjęte z choinki po świętach. Póki się nie zjedzą:)

Wielbłądy z wyłupiastymi oczami, koślawe baranki, srebrzyste księżyce i gwiazdki, serduszka, ptaszki kolorowe…
– Pachnie!!! – krzyczy wodząc nosem po dnie pudełka – i jest parę srebrnych kuleczek!!!
Wkłada palec, a lśniący maczek się do niego przykleja.

Och. Jeszcze trzy miesiące!!!

 

kosmos

 

Zdjęcie z ogrodu…



i gdy biorę pędzle i akwarelki…

Ten sam kwiat kosmosu i dwa portrety.

Jestem autorem obu wizerunków, ale nie jestem autorem kwiatu. 

Mogłabym go jeszcze opisać paroma barwnymi zdaniami, ale to nic nie zmieni.

Mogłabym go zasuszyć, ale prawda o nim wypłowieje i zwiędnie.

Widzę tylko kawałeczki, potem oddaję tylko część tego, co widzę. Na koniec zostaje kropla prawdy o rzeczy. Kropla z domieszkami mnie samej, więc nie czysta prawda.

Zbliżać się całe życie uparcie i pokornie do stwierdzenia, że nic nie widzę, nic nie słyszę i nic nie wiem.

Nie jestem miarą rzeczy. 

Mogę próbować schwytać jak się chwyta migotliwe cienie na ścianie.

I drobny kwiatek kosmosu drżący na łodyżce i wielki kosmos nade mną z równą łatwością wyślizgują się mojemu poznaniu.

Kosmos, który noszę w sobie jest dla mnie nieprzenikniony.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

śmiech to zdrowie

 

– Ja ci tu mamo ustawię równiutko kapcioszki żebyś od razu miała, jak wstaniesz rano – sapie Lalcia gdzieś zza burty wielkiego łóżka.
A na nim, w blasku lampki nocnej mama, pod wieczór zwiędnięta jak ten koperek na straganie u Brzechwy, leży:)
Wieczorami ataki wirusa wzmagają się. Rośnie temperatura, głowa pęka, słabnie ciało, kości strzelają przy każdym ruchu.
Ale rodzinka ma nieco inne geny i gwiżdże na to – leżą więc pokotem obok chorej, oddychają tym samym morowym powietrzem, piją z tego samego kubka i nadstawiają się do wieczornych całusków.
– Jak się miałam zarazić, to i tak się już zaraziłam – rzuca argumentem najstarsza córka, gdy słabnącym głosem apeluję do zdrowego rozsądku: ” Nie przytulaj się”.
Tak naprawdę są mega odporni na wdzięki covida. Albo wcale go nie łapią, albo krótko, szybko i po strachu:)
Tylko ja staczam boje o ostatnie barykady jak polscy powstańcy.
Taki los, takie geny.
I co tu pomoże szczepionka? Tyle co kosa kosynierowi;)

– Dobrze, że przyjechalaś w ten weekend – mówię do Ali – Bo za tydzień byłoby już za późno.
– Ale ja za tydzień też przyjeżdżam – wchodzi mi w słowo córka – Na urodziny kolegi.
Śmieje się.
Robię urażoną minę:
– Uważam, że pogrzeb matki będzie dla ciebie ważniejszy niż jakieś urodziny jakiegoś kolegi:)
Alutka wybucha śmiechem. I – o zgrozo – przytula się.
– Mamutku – mówi czule.
– Może jest jeszcze druga taka urna świnka* jak widziałam ostatnio na pogrzebie wujka – rozmarzam się.
– Ooo, widzisz!!! Byłoby ładnie – ekscytuje się rozmówczyni.
– Może byłaby różowa? – mówię z nadzieją.
– Jutro z tatusiem sprawdzimy na mieście – szybko i rzeczowo odpowiada córka.
– A może by ta nasza skarbonka się nadała? Może się zmieszczę – podsuwam inny pomysł – I byłoby taniej.
– Tak, tak, tylko dziurę zakleimy.
– Żeby mnie wiatr nie wywiał.

* * *

I tak sobie żartujemy na tematy śmiertelnie poważne:)
Śmiejemy się, bo śmiech to zdrowie. A jak to mówią zawsze i wszędzie wszystkim solenizantom i jubilatom: ” Zdrowie jest najważniejsze. Jak będzie zdrowie, będzie wszystko.”
Nieodmiennie śmieszy mnie ta sentencja.
A śmiech to zdrowie…
et cetera, et cetera…

Więc może w końcu się wykaraskam.
Kapcioszki czekają w pogotowiu.



* Naprawdę coś takiego ujrzałam i osłupiałam z wrażenia. Urna zanurzona w bujnym kwieciu różanym łudząco przypominała pękatą białą świnkę z zadartym ryjkiem. Pewnie zamysł autora był inny, bardziej stateczny i godny, ale wyszło jak wyszło:) Chyba, że ja już mam tak dużą wadę wzroku. To też być może.
Mam swoje lata;)

 

 

życiodajność ciszy

 

Potrzebuję dużo ciszy, by żyć i rozwijać się normalnie, dlatego nie przerażają mnie takie chwile, godziny, ćwiartki czy połówki dni, gdy zostaję sama.

Przyjmuję je z rozkoszą. Jak głębszy oddech.


Dwoje starszych dzieci wyjechało na studia, młodsze dziewczynki w szkole, mąż ciągle coś załatwia, jeździ, pracuje. Raz po raz wpada do domu, na obiad, na kawę, chwilę pobyć razem. I biegnie, bo znów dzwonią telefony, ma umówione spotkania, montaże.


A ja wciąż mam swój życiowy przystanek. Jeszcze parę miesięcy.
Błogosławiony dzień, gdy się nań zdecydowałam. Błogosławione niedomagania, które mnie doń zmusiły:)

Bywa, że nasza słabość uczy nas mądrości. Bardzo często bywa.

 


Nie jest to czas bezczynny ani bezowocny. Wręcz przeciwnie. Pełen sensu, harmonijny, nabrzmiały od zdarzeń.

*  *  *


Potrzebuję milczenia, by nauczyć się mówić. Ciszy, by nauczyć się słyszeć. I by wypuścić pędy myśli.
Dlatego unikam towarzystwa, o którym wiem, że będzie zgiełkliwie. Dlatego raz po raz odchodzę od rozmów ciągnących się długo w noc.
Nuży mnie nadmiar słów, zwłaszcza jeśli dotyczą tylko tego świata.
– To nie ma wielkiego znaczenia – słyszę raz po raz w głębi serca trzeźwiące jak woda źródlana słowa. Przebijają się przez hałas jak źródełko przebija najtwardszą skałę.


Najgłębsza prawda jest taka, że lubię być sama, gdyż wiem, że nigdy sama nie jestem:)
Wtedy, w ciszy rzeka modlitwy płynie najspokojniej połyskując w słońcu łuską słów powiedzianych i usłyszanych, lub – jeśli akurat czas twardy – cicho przemyka pod krą cierpienia liżąc rany.

Tylko w ciszy to możliwe.
Tylko sam na Sam.

Moje godziny, ćwiartki i połówki dni zanurzone jak kwiaty łodyżkami w potoku ciszy. Takie teraz są.


To nieprawda, że tak żyją tylko zakonnicy:)

 

zwykła herbatka

 

– Mamo, napiłam się tej twojej herbatki co resztka została w kubku i … jest pyszna!!! – przyznaje się Lalcia – Z czego ją zrobiłaś?
– Z herbaty – odpowiadam ze śmiechem.
– Ale której? – prosi o precyzję dziecko i słusznie, bo mamy całą szafkę herbat wszelakich: owocowych, ziołowych, sypanych, w saszetkach, perfumowanych i nie, czerwonych, a nawet zieloną dla gości.
– Ze zwykłej herbaty, najzwyklejszej, tej z drewnianego pudełeczka – tłumaczę.
– Ze zwykłej? – dziwi się dziecko.

Więc żeby jej udowodnić, robię cały kubek czarnej herbaty z cukrem i plasterkiem cytryny.
– Taka? – pytam podstawiając dziecku pod dziobek.

– Uhmmm – mruczy z rozkoszą popijając łyczek.
– Jutro biorę taką w termos do szkoły – oświadcza i szykuje niebieski termosik:)



Często niezwykłe powstaje z zupełnie zwykłego. Wystarczy odrobina pracy i serca.
A my latami szukamy na półkach życia niezwykłości.

Ze zwykłych dni powstają niezwykłe życia. Wystarczy popatrzeć na naszych braci – świętych.

 

* Kubeczek na zdjęciu dostałam niedawno od Łyżeczki. Jest z Giszowca.  Kubek. Bo Łyżeczka nie:)