* * *

Kolejna witryna sieci „blog.deon.pl”
* * *

Potrzebuję dużo ciszy, by żyć i rozwijać się normalnie, dlatego nie przerażają mnie takie chwile, godziny, ćwiartki czy połówki dni, gdy zostaję sama.
Przyjmuję je z rozkoszą. Jak głębszy oddech.

Dwoje starszych dzieci wyjechało na studia, młodsze dziewczynki w szkole, mąż ciągle coś załatwia, jeździ, pracuje. Raz po raz wpada do domu, na obiad, na kawę, chwilę pobyć razem. I biegnie, bo znów dzwonią telefony, ma umówione spotkania, montaże.
A ja wciąż mam swój życiowy przystanek. Jeszcze parę miesięcy.
Błogosławiony dzień, gdy się nań zdecydowałam. Błogosławione niedomagania, które mnie doń zmusiły:)
Bywa, że nasza słabość uczy nas mądrości. Bardzo często bywa.
Nie jest to czas bezczynny ani bezowocny. Wręcz przeciwnie. Pełen sensu, harmonijny, nabrzmiały od zdarzeń.
* * *
Potrzebuję milczenia, by nauczyć się mówić. Ciszy, by nauczyć się słyszeć. I by wypuścić pędy myśli.
Dlatego unikam towarzystwa, o którym wiem, że będzie zgiełkliwie. Dlatego raz po raz odchodzę od rozmów ciągnących się długo w noc.
Nuży mnie nadmiar słów, zwłaszcza jeśli dotyczą tylko tego świata.
– To nie ma wielkiego znaczenia – słyszę raz po raz w głębi serca trzeźwiące jak woda źródlana słowa. Przebijają się przez hałas jak źródełko przebija najtwardszą skałę.

Najgłębsza prawda jest taka, że lubię być sama, gdyż wiem, że nigdy sama nie jestem:)
Wtedy, w ciszy rzeka modlitwy płynie najspokojniej połyskując w słońcu łuską słów powiedzianych i usłyszanych, lub – jeśli akurat czas twardy – cicho przemyka pod krą cierpienia liżąc rany.
Tylko w ciszy to możliwe.
Tylko sam na Sam.
Moje godziny, ćwiartki i połówki dni zanurzone jak kwiaty łodyżkami w potoku ciszy. Takie teraz są.
To nieprawda, że tak żyją tylko zakonnicy:)
* * *

– Mamo, napiłam się tej twojej herbatki co resztka została w kubku i … jest pyszna!!! – przyznaje się Lalcia – Z czego ją zrobiłaś?
– Z herbaty – odpowiadam ze śmiechem.
– Ale której? – prosi o precyzję dziecko i słusznie, bo mamy całą szafkę herbat wszelakich: owocowych, ziołowych, sypanych, w saszetkach, perfumowanych i nie, czerwonych, a nawet zieloną dla gości.
– Ze zwykłej herbaty, najzwyklejszej, tej z drewnianego pudełeczka – tłumaczę.
– Ze zwykłej? – dziwi się dziecko.
Więc żeby jej udowodnić, robię cały kubek czarnej herbaty z cukrem i plasterkiem cytryny.
– Taka? – pytam podstawiając dziecku pod dziobek.
– Uhmmm – mruczy z rozkoszą popijając łyczek.
– Jutro biorę taką w termos do szkoły – oświadcza i szykuje niebieski termosik:)

Często niezwykłe powstaje z zupełnie zwykłego. Wystarczy odrobina pracy i serca.
A my latami szukamy na półkach życia niezwykłości.
Ze zwykłych dni powstają niezwykłe życia. Wystarczy popatrzeć na naszych braci – świętych.
* Kubeczek na zdjęciu dostałam niedawno od Łyżeczki. Jest z Giszowca. Kubek. Bo Łyżeczka nie:)
* * *

Tym razem Gabriela:)
Świat wokół coraz bardziej złocieje. Jakby co noc ktoś brał pędzel do ręki i malował złotą farbą liście, trawy, pejzaże. Dokładnie, z pietyzmem starych mistrzów.
Nieopisane piękno odsłania kotara każdego poranka, słońce ślizga się potokami i ścieka strumyczkami jak po miedzianych dachach kościołów. Wiatr czochra włosy brzozom i za każdym razem wytrzepuje nową falę złotych liści. Złoty brzozowy deszcz zacina w szyby, wysypuje się z pełnych rynien, wiruje serpentynami zanim spocznie na ziemi.
Radość dojrzałości.

* * *
Ostatnie kulki winogronu znajduję w gęstwinie. Długo muszę przeczesywać palcami liście i błądzić wśród pędów, nim znajdę parę soczystych owoców.

Niemal wszystkie grona zerwaliśmy wraz ze znajomymi tydzień temu. Czas już był najwyższy, nabrzmiały sokiem pod ciemną skórką. Potem odarliśmy owoce z szypułek i śmiejąc się jak dzieci, zgnietliśmy rękami. Na koniec pachnącą miazgę władowaliśmy do gąsiora. Ręce mieliśmy na oślep skrwawione ich sokiem – jak pisał soczyście Leśmian w jednym z erotyków ( tam pisał o malinach:)
Teraz szklany gąsiorek wypełniony smakiem jesieni bulgocze i stęka zaaferowany produkcją gronowego wina.
Pierwszy raz robimy wino.
Radość dojrzałości.
* * *
Siedzę na niebieskim leżaku, a obok mnie siedzi biedronka. Wylądowała tu nagle jak mały samolot i kokosi się. Jest obłędnie czerwona na tle niemal chabrowej tkaniny.
Czytam „On i ja” Gabrieli. Po raz… nie wiem który. I podkreślam to, co najczulsze i najpiękniejsze obłędnie fluorescencyjnym zielonym markerem.
Siedzę „naubierana jak Haman” – jakby powiedziała moja mama. Na szyi kwiecista apaszka, za duża bluza męża, na nogach włochate skarpety w biało- czarne paski i kroksy, a na głowie czapka w kropki. To pewnie z racji tej czapki przysiadła się biedronka:)

Korzystam z ostatnich promieni jesieni, ale jestem chora, więc ubrań nigdy dość.
Chyba po raz drugi i to mimo zaszczepienia przechodzę covida. W każdym bądź razie mam klasyczne objawy. Nie jest tak ciężko jak rok temu, ale sił brakuje raz po raz.
Ale to nic.
Robię wszystko powolutku, odpoczywając co chwila. Zbiorę pranie – poleżę, obiorę ziemniaki – poleżę, przesadzę kwiatka i znów poleżę. Dziś posprzątałam jeden pokój, Z wieloma przystankami.
A na takich przystankach tyle atrakcji czeka: można odmówić różaniec, pomarzyć, poczytać coś, popisać z synem studentem na komunikatorze, porozmawiać z Aniołem Stróżem, wysłać komuś zdjęcie, zaplanować obiad, obejrzeć nowy przepis na Yt, albo pospać jak już zupełnie sił brak.
Można też pisać na blogu.
Właśnie piszę teraz z takiego przystanku:)
Przystanki są fajne. I potrzebne. Uczą zatrzymywać się. Uczą czekania i uważności. Uczą pokory. A rzadko o tym pamiętamy, gdy siły i zdrowie dopisują.
Wiele czasu musi minąć nim docenimy przystanki. Czasem nawet pół wieku:)

Radość dojrzałości.
* * *

Za rzadko przypominam sobie o moim Aniele Stróżu. Gdy sobie przypomnę raz na kilka dni, hurtem polecam mu wiele spraw.
Ale to zupełnie nie po przyjacielsku jest.
Więc postanowiłam zrobić sobie przypominajkę i namalować ikonę Anioła Stróża.
Łatwiej jest pamiętać o tym, co widzialne.
Dlatego potrzebujemy wizerunków.

Malowanie złotem w złocistym blasku złotej jesieni.
A przy okazji zrobiłam prezent mojemu niewidzialnemu przyjacielowi z okazji jego święta:)
* * *

* * *