koronka Hioba

 

Wyniki mojego męża nie pozostawiają złudzeń: wycięty z płuca guzek to przerzut nowotworu nerki.
Rak powrócił.
Po 4 latach ciszy i spokoju znowu w łódź naszego życia uderzyły niespokojne fale.


Wraz z chorobą powróciły: strach, niepewność, smutek, ciemność.
Siedzę otulona ciemnym zamszowym pledem kolejnej nocy. Te noce ostatnich lat zdają się być nieprzerwane. Tak niedawno wyszłam z mroku po śmierci Ewy, a tu już znowu zmierzch osuwa się jak zasłona.
Próbuję w tej ciemności, po omacku i bez wielkiej nadziei poukładać rozrzucone puzzle planów, nadziei, marzeń o przyszłości, jakie mieliśmy.

Noc.

Gdyby powtórzyć to słowo tysiące razy, wciąż nie oddasz jego istoty, ani głębi, ani… tajemnicy.
Bo wśród tej ciemności gdzieś z dna serca wciąż podnosi się głos niczym nie zachwianej ufności:


Choćbyś mnie zabił, ufać Tobie będę.

Tak, to z Księgi Hioba. To jego wołanie.

I nieustannie to zdanie powtarza moje serce, bez udziału mojej woli, poza nurtem świadomości, na jawie i we śnie.
Tysiące razy w ciągu doby.



Ni to śpiew, ni szloch, a może i jedno i drugie.
Koronka ufności tych, którzy stoją pod murem.

Choćbyś mnie zabił, ufać Tobie będę!”

Amen.

Bądź uwielbiony także pośród nocy.

zamiast piania koguta

Budzi mnie dziwny terkot jakby coś jeździło po podłodze.
Jakby co?
Błysk przypomienia jak flesz strzela na odświeżonych snem synapsach .
– Jakby rolką do ubrań – uslużnie podpowiada.
Rolką do ubrań po podłodze? – nie dowierzam intuicji i zaczynam podejrzewać, że to jeden z tych moich snów, z których chichocze potem cała rodzina, gdy im opowiadam.
Ale odległy turlający grzechot z salonu znowu się rozlega.
Nie ma wyjścia: otwieram oczy i raz jeszcze przekonuję się „na-usznie” , że to rzeczywistość postanowiła obudzić mnie dziś rano w sposób wielce oryginalny. Jakby uznała, że pianie koguta jest już nazbyt oklepane;)
Rzeczywistość rozpoczęła dzieło, a ciekawość postanowiła je zwieńczyć. Wywlekła mnie więc spod cieplutkiej kołdry i poniosła w ślad za uporczywym turkotem.

I co zastałam w salonie?
Mego męża, który na kolanach, z czołem marsowym roluje mrówki.
– Zrobiły sobie tu ścieżkę i weszły do zmywarki – zameldował, gdy tylko mnie zobaczył.



Życie na wsi:) Pełne uroczych niespodzianek od świtu po zmierzch.

nieustannie


Zawsze zastanawiałam się co to znaczy ” modlić się nieustannie”, co to znaczy w zwykłym codziennym życiu osoby, która przecież poza modlitwą ma jeszcze mnóstwo obowiązków, prac i relacji do budowania. Nie można przecież klęczeć cały dzień ani odciąć się od rodziny, by adorować Najświętszy Sakrament. To niemożliwe w życiu świeckim.
Powoli tego uczę.
Rozmawiam więc z Nimi przy gotowaniu obiadu, wieszaniu prania, podkładaniu do pieca, zasypiam z modlitwą w głowie i budzę się z modlitwą na ustach. Rozmawiam z moimi ulubionymi z nieba nawet pod prysznicem, proszę, by dusze czyśćcowe odmawiały ze mną różaniec, a Aniołowie czuwali.
Pomaga też to, że w naszym domu nie ma ani jednego zakątka, gdzie nie byłoby obrazu lub krzyża. W łazienkach są anioły, w sypialni dwie półki z ikonami naszych świętych ulubieńców, nad łóżkiem Matka Bożej Opatrzności, po lewej – Jezus Miłosierny, na parapecie figurka Maryi, na antresoli mieszkają Anioł, Józef, Franciszek i Staś Kostka, w pokojach dzieci – obrazy i krzyżyki, w salonie olbrzymi obraz MB z Guadelupe, w kuchni – krzyż z Jerozolimy i Anioł z kredensu:) Nawet w kotłowni na ścianie obok pieca jest obrazek Maryi z Fatimy i zatknięte za niego inne obrazki ze świętymi. Za każdym razem, gdy tam zaglądam, przesyłam dłonią całusa Maryi i szepczę: „Matko, ocal mojego męża”, „pomóż temu lub tamtemu”. I tak 20 – 30 razy dziennie, bo miłość się nie nudzi, a wiara jest uporem serca.
W warsztacie męża – oczywiście św. Józef. To Jego oficjalnie mianowaliśmy kierownikiem budowy, gdy powstawał nasz dom.
Na podworku dwie kapliczki, a w sadzie na starej jabłoni mała figurka Maryi. Są jeszcze oznaczone na drzewach sadu stacje drogi krzyżowej.
Wszędzie też po całym domu, na tzw. „podorędziu” można znaleźć jakiś różaniec. Różańce mamy w kieszeniach kurtek i płaszczy i w każdym samochodzie.
I wciąż powstają przecież nowe wizerunki świętych, które maluję;)


* * *


Wiem, że być może wielu ludzi razi takie nagromadzenie „świętości”, że może ktoś uznać to za niegustowne czy przesadzone, ale tak naprawdę w ten naturalny sposób wyraża się nasza wiara i przekonanie, że w tym domu i na tym podwórku jesteśmy otoczeni Bogiem, Aniołami i świętymi. Po prostu nie czujemy się jedynymi mieszkańcami tego miejsca. Oni są z nami i chcemy o tym pamiętać oraz chcemy, by oczywiste to było dla wszystkich, którzy nas odwiedzają.
Pewnie, że figurka Maryi nie za bardzo pasuje do nowoczesnych wnętrz, a może obraz Jezusa psuje kompozycję na pięknej ścianie, lub – wg niektórych – krzyż na parapecie to brak minimalizmu i chaos. Lecz to nie forma w naszym życiu jest najważniejsza. To, co jest ważne jest dużo głębiej, pod powierzchnią naszych gustów, stylów, mód, zapatrywań.



Gdy chodzę po moim domu, sprzątam go, podlewam kwiaty, obieram ziemniaki do obiadu, ścieram kurze gdziekolwiek spojrzę, mój wzrok napotyka znak obecności nieba pod moim zwykłym ziemskim dachem z zielonej blachy. A nawet najmniejsze, przelotne spojrzenie z miłością w Ich oczy jest już modlitwą. Więc też uczę się modlić nieustannie, nie przerywać dialogu z Nimi , stale pamiętam, nabieram ufności w Ich miłującą opiekę, czuję, że jesteśmy jedną wielką rodziną.

O wiele większą niż by się to na pozór wydawało nieuważnemu obserwatorowi.

Ufam Tobie



Każdego ranka czujemy się zaskoczeni tegoroczną wiosną. Bywa, że budzi nas słońce przenikające białe lniane zasłony, bywa, że szum deszczu pukającego w dach i szyby, zdarza się, że wyglądając przez okno widzimy zimowy pejzaż – świat otulony w śnieg, oszroniony i mroźny. Rośliny radzą sobie z tym jak umieją, większość stulona ciasno w kokonach pączków i zawiązków liści nie kwapi się ze startem w nowy sezon.


Jest jednak jeden wyjątek.
Stokrotki.
Te, nie zważając na śniegi i mrozy, zgodnie z kalendarzem i wbrew wszystkiemu innemu wypuszczają pączki i rozkładają koronkowe bladoróżowe płatki tuż obok tych śniegowych, zimnych.
Dla nich nie istnieją trudne czasy i anomalie pogodowe, wszystko jest jak być powinno, więc nie ma powodu, by odkładać to, co się miało zrobić ani na chwilę:)
Kwitną więc sieczone zimnym deszczem, ważone przymrozkami, szarpane wiatrem, otulone piórkami śniegu.


Bo przecież słońce jest zawsze. Co z tego, że czasem go nie widać:)

* * *

16 grudnia 2007 roku nasza rodzinka poświęciła się Najświętszemu Sercu Jezusa. Przypomnieniem i pamiatką tego wydarzenia był obraz Jezusa miłosiernego podarowany nam przez moją mamę. Obraz towarzyszył nam od tamtej pory nieustannie. Niestety po latach tak wyblakł, że Jezus wyglądał na nim bardziej już jak zjawa niż postać człowieka. Chcieliśmy dokupić nowy nadruk, ale nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego do ramy. Myśleliśmy też o kupieniu zupełnie nowego obrazu, ale wtedy nie zachowałoby się już nic z tego pamiątkowego. I tak dotrwaliśmy do dnia, gdy nagle pomyślałam odważnie: „A może spróbuję Go sama namalować”

Mąż dociął mi odpowiedni format do ramy i zabrałam się do pracy. Na wzór wzięłam inny obraz, mniej znany wizerunek Miłosiernego. Mniej znany innym, ale dla mnie jedyny i bardzo bliski sercu. Bo taki właśnie stał od lat w mojej rodzinnej parafii. Przed Nim wyklęczałam setki godzin i w Jego oczy patrzyłam od czasu, gdy jako nastolatka zakochałam się w Nim po uszy. To Jego właśnie błagałam o ratunek, ocalenie od grzechów, szczęśliwe życie, dobrego męża, cudowną rodzinę, drogę, którą pójdę, o wszystko…
Wszystko mi dał, choć przeprowadził przez sztormy, wichry i nawałnice, czasem na granicy życia i śmierci, przez godziny ciemności i obłędu. Ale dał wszystko – całe snopy światła i potrzebnych łask.

Właśnie ten obraz stał się moim wzorem, a jego malowanie było jak rekolekcje.
Gdy jednak powstał wizerunek, okazało się, że rama jest na tyle szeroka, że nie zmieszczę już napisu na dole: Jezu ufam Tobie.
Odłożyłam więc pędzle i odeszłam od sztalugi. Poszłam na spacer po podwórku i swoim zwyczajem doglądałam moich roślin, sprawdzając jak sobie radzą.
Wtedy zrozumiałam co mogę umieścić na obrazie zamiast tradycyjnego wyznania.
Uśmiechnęłam się i wróciłam do farb i pędzli.

Chwilę później u stóp Jezusa, wychylając się z rozpadliny skalnej, wyrosła mała bladoróżowa stokrotka.



Z daleka wygląda jak mała plamka. Niepozorne „coś”, bez znaczenia dla reszty świata.

Ale jest.  Kwitnie.

Zupełnie bezpieczna przy Nim choćby waliła się i paliła ziemia pod nią.
Jezu ufam Tobie❤️❤️🌼

Mój mąż i syn pochylili się nad obrazem, gdy im oznajmiłam, że jest skończony.
– A to co? – zapytał młodszy.
– Stokrotka – odparłam.
– Cała mama:) – uśmiechnął się mój mąż i mrugnął do syna – Nawet nie musi się już podpisywać.

I tak oto znów wisi na naszej ścianie Miłosierny, patrzy na nas łagodnie, błogosławi, a stokrotka przytulona do Jego stóp przypomina szeptem:

„Nasze słońce jest zawsze. Nawet wtedy, gdy Go nie widać. Ufam Tobie.”

 

 

Jezus z perłą

Ten obraz chodził za mną długo. Chyba zrodził się parę lat temu w mojej głowie. Ale nigdy, w najśmielszych myślach, nie przypuszczałam, że mogłabym kiedyś sama go namalować.
Był tylko kliszą w wyobraźni, blaknącą z upływem czasu.
I ostatnio znów przyszedł do mnie wraz ze słowami:

„… a gdy ją odnalazł, oddał wszystko, co miał, by ją zdobyć”

i oto jest…

zapatrzony z miłością w tę, za którą oddał życie.

 

 

Słowo z zakładką od Agai

* * *

Oczywiście zakładka z brzozami:)

Niedawno minęło 10 lat od kiedy piszę „garniec pełen złota”, a WordPress uporczywie mi przypomina, że kończy się miejsce przewidziane na moje pisanie;) Coś się kończy, coś się zaczyna. Normalne życie.

Zastanawiałam się czy jest jeszcze ktoś z czytających, kto pamięta mój pierwszy blog, od którego wszystko się zaczęło. Miał tytuł ” W cieniu brzozy”.

Podziwiajcie zakładkę, którą wiele lat temu zrobiła dla mnie Agaja. I zamyślcie się nad Słowem. Wciąż mnie zadziwia jak On celnie wypuszcza strzały Słowa, jedną po drugiej. Co dzień – prosto w serce.

Mam taki swój własny rytuał, gdy kapłan zaczyna czytać na mszy Ewangelię. Mówię wtedy cichutko: 

– Przeorz moje serce.

Przeorz mnie swoim Słowem.

 

i On to robi🌹

 

 

 

obietnica

 

Mój mąż – w niedzielę przywieziony ze szpitala – już w poniedziałek rozbierał starą szopę na podwórku, we wtorek woził cegły, a dziś jak rączy jeleń poszedł w las i pole na cztery godziny. Mimo opadów śniegu z deszczem i pogody „pod psem”.

Nikt, kto nie jest wtajemniczony, nie domyśliłby się, że tydzień temu przeszedł poważną operację, a na boku ma 15cm szew.

 Ja więc jak obiecałam, tak zrobiłam.


Wenanty wespól zespół z innymi świętymi troszczy się o zdrowie mojego męża, więc siadłam do portretu świętego ( prawie:) zakonnika.

– Obiecałam ci Wenanty, to ci namaluję – powiedziałam mu i rozłożyłam pędzle – Tylko mi pomagaj, bo wyjdziesz brzydki – ostrzegłam lojalnie.

I zabrałam się do pracy…

cienie 

światło 

a w końcu…

santo subito:)

uprzedzając papieża Franciszka i wszystkie wolno mielące młyny kościelne … Wenantego nieoficjalnie kanonizowałam:)

 

 

 

 

 

poranek Marii


Siedzę przed olbrzymimi przeszkolnymi drzwiami tarasu, z kubkiem kawy, z odłożonym odmówionym już różańcem, siedzę i czekam: ubrana w piękną sukienkę, uczesana, z wytuszowanymi rzęsami, kolczykami z perełek, jasne kosmyki włosów błąkają się po policzkach.
Za szybą rześki zalany słońcem poranek, w donicy małe bratki odporne na chłody żarzą się barwami mimo nocnych przymrozków.


– Przejdziesz wszystko cokolwiek przed tobą położę, coraz piękniejsza … – powiedział mi kiedyś.


Wierzę Mu, choć własnym siłom nie ufam. Już nie.

*  *  *

Na drzewie migdałka obrzmiałe pączki kwiatów. Obrzmiewają gojące się rany mojego męża.
Znowu prawy bok przebity.
– Jeśli mogę z Nim tak współcierpieć, to dla mnie zaszczyt – wyznał, gdy odjeżdżał na operację.

Płakałam. 


Dziś, za chwilę jadę po niego. Z Nim.
Ubrałam się pięknie, uczesałam, umalowałam.
Dla obu moich Umiłowanych. Obaj zranieni, obaj piękni, obaj tęskniący.
Niedziela miłosierdzia.
Wszystko jest znakiem. Jego droga jest nimi usłana.
Biegnę po niej jak Maria Magdalena w tamten poranek.

Serce pała.