ogień

Czasem – zajęta różnymi sprawami – na długo zapomnę, by podkładać do pieca. I, gdy nagle przypomnę sobie o tym…
… ta chwila, ta sekunda tuż przed uchyleniem drzwiczek pieca, ta szalona nadzieja, że nie wygasło do końca, że nie jest jeszcze za późno, że tli się na dnie trochę żaru, z którego umiejętnie wykrzeszę nowy ogień.

Dla każdego z nas to będzie inna metafora. Jedni pomyślą teraz o swoim małżeństwie, o przyjaźniach, ludziach kiedyś bliskich, o swoim zdrowiu, firmie, niezrealizowanych marzeniach, pasjach gdzieś zgubionych…



Ja myślę o spowiedzi.
Gdy staję kratek konfesjonału cała wypalona, zwęglona, pusta… Ta chwila, gdy myślę panicznie : czy jeszcze jest szansa? czy nie wygasłam do końca? Gdy szukam w popiele ostatniej iskry.

Na wprost konfesjonału rozpostarte na krzyżu ciało, głowa opadła na prawe ramię jak we śnie, przebity bok…

On…
Zawsze rozdmuchuje ogień na nowo.
Dla Niego…
Nie ma słów: „za późno”.

Czyni wszystko nowe z jednej iskry żalu.
Z jednej mojej łzy zakrzepłej pod powieką wylewa strumień swych zmiłowań.

– Miej ufność – mówi cicho staruszek ksiądz.



Ta ulga, gdy zamykam ciężkie drzwiczki pieca,

gdy zamykam za sobą dębowe drzwi konfesjonału, a ogień huczy, tańczy, śpiewa.

 

 

szaliczek i kocyk

 

Życie sobie płynie i przynosi kolejne rzeczy, a odbiera te, które są już niepotrzebne lub zawadzają w drodze.
Ja – jak to ja – widzę ostro to wszystko, co dostaję, a nieco przymrużam oczy, gdy coś tracę. A z upływającym czasem zaczynam dostrzegać, że odebranie czegoś to też rodzaj daru.

Więc gdy kładę się na poduszkę po każdym bujnym dniu, w mojej głowie jak dzikie pnącza rosną modlitwy dziękczynienia i uwielbienia dla Tego, Który jest Dawcą wszystkiego we wszystkim. Oplatają moje myśli jak gałązki dzikiego wina i tak zasypiam cała opleciona. Nad ranem. Bo jestem nocnym markiem i zasypianie nie jest moją mocną stroną;)

Ale bezsenność też jest darem.



Ostatnio upatrzyłam w szmateksie ( w zasadzie głównie w tego typu sklepach ubieram i siebie i cała moją rodzinkę i nawet nasz dom; nie dlatego, że nas nie stać na drogie markowe sklepy, lecz dlatego, że szkoda naprawdę pieniędzy skoro piękne, oryginalne i solidne rzeczy można kupić za parę złotych) duży ciepły bladoróżowy szalik w kratkę. Spodobał mi się. Miał to coś, co od razu dostrzegam w przedmiotach, gdy na nie spojrzę. No ale tego właśnie dnia kosztował 8 zł. Trochę za drogo jak na szalik;)
Zostawiłam więc go i poszłam dalej. Ale oto wczoraj znów zajrzałam do sklepu, a w środy naprawdę warto, bo wszystko jest po 1zł 50 groszy. Wszystko: buty, torebki, płaszcze, kożuchy, pościel, koce, suknie…
I oto różowy szaliczek leżał i czekał na mnie w powabnej pozie.


„Skoro czekałeś, to cię wezmę” – pomyślałam i wrzuciłam do koszyka. Razem z małym słodkim kocykiem w babeczki.
„Kocyk dla przyszłej wnusi – postanowiłam – bo napewno kiedyś będę miała wnusię”.
A ksiądz właśnie na kazaniu mówił żeby myśleć perspektywicznie, z wyprzedzeniem parę lat do przodu:) Uśmiechnęłam się w duchu, bo różnie to jest z tym naszym planowaniem. No, ale ksiądz jeszcze młodziutki, ma prawo nie wiedzieć;)

I tak oto szaliczek uprany leży na łóżku, a kocyk pachnący świeżością powędrował do nowego pudełka w garderobie. Pudełko dziś właśnie zainaugurowało jako „Pudełko z rzeczami dla wnusiów”.
– Mamo, jesteś szalona – zaśmiała się Laurka, dotykając miękkiego kocyka na dnie tekturowego pudełka.
– No jestem, zawsze byłam, przecież wiesz – przyznałam się bez bicia.



I tak sobie myślę, patrząc na ten szalik i kocyk: są rzeczy, zdarzenia i miejsca, które po prostu na nas czekają cierpliwie, a my czekamy na nie. Zwykle jesteśmy mniej cierpliwi niż one, ale w końcu drogi się przecinają. I oto niespodziewanie mamy rodzinę, dom, dzieci, wnuki, talent do malowania obrazów, kocyk, filiżankę na kawę… I wszystko za darmo.

Trzeba tylko poczekać, a gdy przychodzi – przyjąć. Nie przegapić, nie wzbraniać się, nie unosić fałszywą skromnością.

Przyjąć.
I być wdzięcznym.
Otulać swoje życie wdzięcznością.



Bo nic nie musiało się zdarzyć, a zdarzyło się tak wiele, bo nic nie musiało przyjść, a oto jest, bo na nic nie zasłużyliśmy, a zostaliśmy obsypani złotem aż po czubek głowy.

 

fiołkowo

 

– I jak tam synu idzie ci socjologia? – pytam schodzącego z poddasza ciężkim krokiem starca po przejściach:)
Wiem, że przebywał tam w odosobnieniu ostatnie kilka godzin, ucząc się do poprawki swego ulubionego przedmiotu, jakże ściśle związanego z budownictwem:)
W odpowiedzi słyszę najpierw mało pochlebne uwagi w typowo męskim dialekcie:), a potem już bardziej zrozumiałe dla mych uszu:
– A weź, takie bzdety fiołkowym językiem pisane.
Przy frazie „fiołkowy język” mój potomek płci męskiej robi jakieś fikuśne gesty dłońmi, jakie zwykły czynić wróżki tuż przez rzuceniem zaklęcia.



Różnica niewielka w sumie między moim synem, a wróżką, bo zaklęcia też potrafi rzucać.
I to jakie;) Zaiste nie fiołkowe.
– I na co mi to? – deneruje się coraz bardziej – „preferencje żywieniowe Polaków”, „jedzą prosto acz różnorodnie”, „jak definiuje cię to, co jesz?”… – cytuje mi złote myśli z wykładu.

🙂
– Synu – wchodzę mu w słowo – na wszystkich kierunkach musi być taki „kwiatek”. – śmieję się – Na moich to była logika, metoda zero – jedynkowa, wrocławska i toruńska. A wykładowca przez półtora godziny z zamkniętymi oczami pisał szlaczki na tablicy. Ożywił się tylko raz w ciągu całego roku. – opowiadam – Gdy zobaczył ( nie wiem jakim cudem – bo wciąż miał zamknięte oczy) żywego szczura na ramieniu jednej ze studentek:)
Wtedy wpadł w furię.
Syn się śmieje.


Tak, studia są pełne kwiatków fiołkowym językiem pisanych;)
A Alusia właśnie przeszła obronną ręką starcie egzaminacyjne z postrachem jej wydziału, zwanym – nomen omen – „Kwiatkiem”.

„Sesję czas zacząć” – parafrazując Mickiewicza.
A my – rodzice obojga studentów – lewą ręką trzymamy kciuki, a w prawej obracamy koraliki różańca. O motywowaniu, podnoszeniu na duchu, gotowaniu jedzenia na wywóz – nie wspomnę;)





pierwszy płatek śniegu

Wszystko zaczyna się od jednego płatka śniegu. Frunie powoli w dół, waha się to w prawo, to w lewo. Jakby dopiero się decydował: czy spaść na ziemię czy wrócić spowrotem.
Potem długo, długo nic.
A niebo coraz bardziej gaśnie, do błękitu ktoś dodaje szarej farbki i miesza na palecie…
Chwilę potem pojawia się garść innych płatków. Wyglądają trochę jak stado małych muszek, które urządzają sobie gonitwy w przestworzach. Są maleńkie, ale dobrze je widzę na tle ciemnoszmaradowego tła sosen.
A potem czuję, że ktoś zaczyna
bełtać błękit także w mojej głowie, a mgła powoli osnuwa myśli.

I śnieg powoli zaczyna sypać.
Sennie osuwa się w dół coraz gęściej tkana biała firana. Czasem nagły podmuch podrywa jej brzeg  i ukazuje kawałek świata tuż za nią.
Siedzę na antresoli i patrzę na zimowy świat, w palcach obracam czerwone koraliki różańca. Obok mnie stary anioł, też z różańcem przewieszonym przez dłonie. Zapaliłam zieloną świeczkę.

Na dole moje córki oglądają drugą część Narnii. Nie, nie wyrosły z tego, co mnie bardzo cieszy. Choć prawie wszyscy ich rówieśnicy już dawno wyrośli. Mój syn zasnął na dywanie w salonie, potem ocknął się, przeszedł na nasze wielkie łoże, gdzie siostry urządziły swoje kino i teraz chrapaniem zagłusza im seans;)
Są oburzone.
Mąż gdzieś na podwórku i w warsztacie zanurzony w swych męskich zajęciach.
Koty próbują upolować słoninkę, którą zawiesiliśmy sikorkom, a sikorki jak ruchliwe szmaragdy siedzą na wszystkich gałązkach.

Co jest nadzwyczajnego w tym naszym zwyczajnym codziennym życiu, że o nim piszę?
Nic.
Jeśli ktoś tak pomyśli, nie pomyli się.
Zupełnie nic.
Jak w śniegu, który sypie zimą. Wszak to nic nowego.
Nic.
I jednocześnie wszystko jest w nim nadzwyczajne.
Jak w śniegu, który właśnie okrywa świat białą peleryną.

Wszystko zaczyna się od jednego płatka śniegu.
Wszystko zaczyna się od jednego uważnego spojrzenia. Potem drugie i trzecie, nieśmiała myśl kiełkująca w głowie, że „może to właśnie jest szczęście – takie zwyczajne nic”.

I – ani się obejrzysz – wszędzie jest biało i skrząco.

Wokół ciebie i w środku.

prezent

Ksawery wtacza się do domu, a w ręku dzierży wielgachną zlotą torbę prezentową.
– Mam coś dla was – krzyczy i pachnie wiatrem jednocześnie.
Tu znienacka odzywa się Laurka:
– Jak słodycze, to nie przyjmujemy ! – oświadcza stanowczo, podejrzliwie i z naganą patrząc na torbę.

O, błogi dniu, któregom nie oczekiwała w najśmielszych snach, gdy moje dziecię slodko – lubne wygłosiło takową sentencję mądrościową.
Aż dziw, że w Księdze Mądrości Syracha nie znalazły się te słowa;)

*  *  *

Na szczęście zlota torba nie była upchana słodyczami, lecz skrywała cud nad cudy i dziw na dziwy, jakie tylko w bajkach bywają.
To znaczy – fikuśny serwis kawowy, biały, zdobiony złotymi różami, z przykrywkami do czajniczków, jakich nie powstydziłyby się wieże katedry:)
Aż nam dech zaparlo i mowę odjęło. Oczywiście zanim wybuchnęliśmy śmiechem:)
– Dostałem to i do niczego mi nie pasuje – wyjąkał gość.
Nic dziwnego. Taki serwis to tylko do pałacu jaśnie cara w komplecie dodają. Razem z jajkiem faberge.

A – póki co – żadnego cara nie znamy.
Chyba że…

… tu pomysł zakiełkował mi w głowie.

– Wiem, wiem komu go damy!!! – wykrzyknęłam – Lena dostała podobne cudo na prezent ślubny od Babci Rubasznej, tylko tamte całe są złote i też z różami. Trzyma je w witrynce w salonie.
– No tak – przyznał Miś.
– A Lena ma niedługo urodziny – dodałam.
– O, to super – ucieszył się Ksawery i słychać było jak kamień spadł mu z serca i potoczył się pod naszą komodę;)
– Tylko nie zdziw się – mówię mu – jak za parę miesięcy ten prezent zrobi rundkę i wróci do ciebie. Nierozpakowany;)

*  *  *

W nocy.
– A ja chyba wiem od kogo on dostał ten serwis – nagle zagaduję mężulka – Pamiętasz? Jego bratanek niedawno się żenił. Mogę się założyć, że jakaś ciotka sprezentowała im to cudo w prezencie ślubnym. I pewnie – snuję dalej opowieść – włożyła do czajniczka na herbatę zwitek banknotów, a oni nie zajrzeli tam. Ksawery też nie zajrzał, bo nawet prezentu nie rozpakował…

Nie dokończyłam opowieści, bo oto mój mąż jak rączy jeleń wyskoczył spod kołdry i pobiegł do salonu. Podążyłam za nim krokiem osoby statecznej i z odpowiednią dozą ogłady, by nie biegać śród nocy w negliżu dla zwitka pieniędzy:)

I jak myślicie? Co znaleźliśmy w czajniku do herbaty lub cukiernicy ze złotą różą?

Białe dno i kupę śmiechu.

🙂

Życie jest przeurocze. Nie sądzicie?

Pewnie, że przydałby się nam plik pieniędzy, ale póki umiemy cieszyć się z pustego dna, wszystko z nami w porządku;) Przecież tak zaczęła się historia garnca pełnego złota, od pustego, dziurawego dna…

A Lena dostanie jeszcze słoneczny pejzażyk na ścianę;)

🙂

dzień dobry

 

– Kto zjadł oczko barankowi? – podnosi się oburzony głos z okolic choinki. Hania trzyma w ręce piernikowego zwierzaczka. Baranek ma pusty oczodół po wyłupionym oczku. A oczko było z jadalnej srebrnej perełki;)
– To nie ja! Ale to było miesiąc temu! – na jednym oddechu szybko wykrzykuje Lalcia:)
Cała rodzina, łacznie z przybyłą ciocią Ellą, wybucha śmiechem na tak urocze przyznanie się do winy.



I tak niepowetowane straty w pierniczkach oraz wciąż sypiące się na potęgę igły z choinki skłoniły nas ku decyzji o rozebraniu drzewka. Pachniało jak przy wyrębie lasu, bo drzewko widać postanowiło na odchodne wypełnić jeszcze całą przestrzeń domu atmosferą minionych świąt.
Zostały jeszcze tu i tam świąteczne ozdoby, żeby rozstanie z Bożym Narodzeniem nie było tak dotkliwe.
A słońce za oknem pręży muskuły już na poły wiosennie. I „wiosenny ptak” śpiewa coraz częściej:)
Na moich obrazach znów łąki, pola i zielone drzewa…


Jak mawiają mędrcy – „jedna jaskółka nie czyni wiosny”, ale tych jaskółek już całe stado.


* * *
Ucieszyć się tym, co jest i spodziewać się dobra.

Ucieszyć się nawet tym, że choinka odeszła, a jej żywiczne gałązki strzelają w piecu dając ciepło. Ucieszyć się i śniegiem i jego brakiem. I snem i bezsennością, bo przecież znów nie śpię od paru dni z powodu pełni.
– A skąd wiesz, że jest pełnia? – dopytuje przez telefon Kora, która cierpi na podobną przypadłość.
– Bo nie śpię – tłumaczę śmiejąc się.

Ucieszyć się…
Tym, że czas mija i tym, że tak wiele podarunków przynosi każdy dzień. Tylko je zauważyć trzeba.

Brzozowy listek zamarznięty w kałuży wygląda jak oprawiony w szkło. Przecieram rękawiczką powierzchnię jak się ściera kurz z luster. Lśni.
A przecież to nic takiego – powiedzą ludzie i pójdą dalej.



* * *
Oglądaliśmy w czasie świątecznych dni miły film pt. ” Czas na miłość” ( About time). Jego bohater ma dar powracania w przeszłość. Swoją przeszłość. Może więc wrócić i coś poprawić, zmienić, nadać przez to inny bieg życiu. Ale w końcu odkrywa największą tajemnicę – pod wieczór kończącego się dnia, wraca znów do poranka i … stara się jeszcze raz przeżyć dzień rozkoszując się wszystkim, wszystko zauważając, ciesząc się każdym szczegółem, by na końcu stwierdzić: ” to był dobry dzień”.
Nie wracał już, by zmieniać cokolwiek, lecz by żyć pełną piersią. I w każdym, najtrudniejszym nawet, szarym dniu odkrywał tę prawdę – że to był dobry dzień.

Lecz to nie koniec jego drogi i nie największe odkrycie. Co było dalej, obejrzyjcie sami;)

Tak sobie myślę, pochylona nad kolejnym urodzinowym tortem, zanurzona w rodzinny gwar, że też bym nic nie zmieniła. Bo to życie jest dobre.
Nie, nie szczędziło trudów i smutku, ale nawet to jest dobre. Jak dobra jest ta ostra nutka w moim torcie. Słodkie wiśnie, czekolada i gorycz alkoholu – tort węgierski jest jak metafora życia. I taki jest dobry. Słodko – ostry.


Nie chcę innego.

W naszym polskim powitaniu ” dzień dobry” tkwi ukryta prawda. Tkwi jak wisienka w torcie i uśmiecha się do nas wszystkich.

dom przyjaciela

 

” Czuj się dobrze we własnym wnętrzu.
Czy nie odwiedzałabyś często przyjaciółki, gdybyś wiedziała, że zawsze ją zastaniesz?…
A przecież wiesz, że Ja jestem stale w tobie. Nie potrzebujesz nawet mówić Mi: Czy jesteś tu?
Przychodź więc często pełna miłości, by rzucić się do mych stóp, a Ja cię wezmę w ramiona.
Musisz wierzyć, że jestem w tobie.”

Jezus do Gabrieli Bossis