czwarta róża

 

Udało się!!!
Dzięki łasce z nieba i opiece Maryi w ciągu zaledwie dwóch tygodni powstały 3 róże różańcowe żon modlących się za mężów.
Wczoraj wysłałyśmy na maile rozpiskę dla trzeciej róży. Okazało się, że niemal połowa składu tej róży to Anie. Uznałyśmy to za wyraźny sygnał z nieba, że święta Anna pragnie opiekować się trzecią różą. A skoro Anna, to i Joachim – oboje rodzice Maryi.

I tak oto mamy różę pierwszą: św. Józefa i Wenantego 🌹, różę drugą: św. Antoniego i św. Rity 🌹 oraz różę trzecią🌹.

Ogromnie się cieszymy, bo to znaczy, że 60 mężów i całych rodzin będzie obdarowanych wielkimi łaskami.

Teraz powstaje róża dla mężów modlących się za żony. Mamy już 5 panów.


Jeśli więc macie wśród swoich znajomych, kolegów z pracy, przyjaciół czy krewnych mężów, którzy chcieliby modlić się w ten sposób, napiszcie.
A może Wasi mężowie? Żeby łaska płynęła w obie strony❤️

To byłby chyba najlepszy prezent z okazji Dnia Kobiet.

Jest 15 wolnych miejsc.

 

 

 

# znaczek 73

 

„Jesteśmy w sytuacji małego dziecka wchodzącego do olbrzymiej biblioteki wypełnionej książkami w wielu językach. Dziecko wie, iż ktoś musiał napisać te książki. Ale nie wie jak. Nie rozumie ono języków, w których książki te zostały napisane. Dziecko niewyraźnie dostrzega tajemniczy porządek w układzie ksiąg, ale nie wie co to jest. Taki, wydaje mi się, jest stosunek nawet najbardziej inteligentnej istoty ludzkiej do Boga.”

                                                    Einstein

 

 

służyć Pięknemu

Oglądałam ostatnio piękny, inspirujący film, tak inkrustowany pięknymi pejzażami i mądrymi słowami, że można go uznać za duchową ucztę.
Spokojny, wyciszony, toczy się powoli i nie zmierza do żadnego ostatecznego celu ani kluczowej konkluzji. Wszystko dzieje się w trakcie, odsłania powoli, pobudza do myślenia o życiu, miłości, śmierci, o poczuciu winy, o pięknie.

A film ” Barwy wspomnień” jest tak naprawdę o malarstwie, o spotkaniu młodego chłopaka, który pragnie malować i starego rosyjskiego malarza Nikolai, który od życia nie oczekuje już nic poza śmiercią.
Nie opowiem wam całego, bo bogactwo tego obrazu jest tak wielkie, że trzeba by ogromnego płótna czasu, by wyrazić choć odrobinę.
Napiszę wam tylko o jednej scenie.

Stary Nikolai, gdy dowiaduje się o pasji chłopca i jego chęci malowania pyta:
– Wierzysz w Boga?
– Tak – odpowiada chlopak.
– A modlisz się codziennie do Niego?
– Tak.
– I wierzysz, że cię wysłuchuje?
– Tak, wierzę.
Wtedy Nikolai mówi:
– Prawdziwy malarz nie może być ateistą. Musi wierzyć i czuć, że jest nad nim siła wyższa.

Zatkało mnie.
Tak.
Prawda ma to do siebie, że zamurowuje cię, gdy ją usłyszysz. Bo nie ma już nic do dopowiedzenia. Jest tylko prawda. Jej powalający na ziemię splendor. Veritatis splendor.

*  *  *

Kiedy myślę o tym dlaczego zaczęłam malować, zaczynam dostrzegać, że to była długa droga sięgająca wielu, bardzo wielu lat wstecz zanim pierwszy raz wzięłam pędzel i zasiadłam przed płótnem.
A wszystko zaczęło się od zachwytu pięknem świata i od wiary w Tego, Który to piękno stworzył.

I od wdzięczności tak rozsadzającej serce, że szczelinami zaczęła sączyć się na zewnątrz. Najpierw w słowach pisanych, a potem – gdy to już było niewystarczające – w malowaniu.

Czy wdzięczność poprowadzi mnie jeszcze dalej? Nie wiem. Sama jestem ciekawa:)

Lecz – zarówno wtedy,  gdy używam słów i gdy korzystam z farb, by oddać piękno, które dostrzegam, dochodzę do pewnej granicy. Na poły z żalem, na poły z pokorą widzę, że to co opisuję czy maluję to tylko blady cień prawdziwego piękna. Że moje kwiaty to tylko odbicie rozmazane w tafli wody wobec uroku kwiatów prawdziwych. Że moje drzewa to tylko duchy drzew prawdziwych.  Moje maki nie mają płatków falujących na wietrze, a liście drzew nie igrają w słońcu jak srebrne blaszki.

Bo żadne słowa i żadne pociągnięcie pędzlem nie oddaje w pełni tego, co jest. Można się tylko zbliżać, zbliżać na paluszkach… lecz nigdy nie będziesz u celu. Twoje obrazy ani te malowane pędzlem, ani te rysowane słowem nigdy nie utożsamią się z Pięknem.

Bo jest Piękno w najczystszej postaci.

I wtedy wpadam w jeszcze większy zachwyt wobec tego, Który Jest i wszystko powołał do bytu. Ja – drobina, która próbuje uchwycić w dłonie promienie słońca.
Tak, miał rację Nikolai: malarstwo musi wyrastać z wiary i prowadzić do niej.

Malarstwo to rodzaj modlitwy, kontemplacji. Podobnie jak poezja, operowanie pięknym słowem.
A wszystko to rejony Boga.

Czytałam ostatnio o van Goghu.
Moja Hanusia poprosiła, bym namalowała dla niej obraz podobny do „Kwitnącego migdałowca” i zaintrygowało mnie, że Vincent namalował ten obraz dla swego nowonarodzonego bratanka, do jego pokoju dziecinnego, nad łóżeczko.

Zaczęłam szperać w internecie, bo jedyne co dotąd wiedziałam o malarzu to, że był wariatem, który obciął sobie ucho:) Ale przecież wariat nie maluje poruszony narodzeniem dziecka.
Jak niesprawiedliwy sąd.
Bo dla Vincenta wiara i rodzina były więcej warte niż talent i malowanie. Kiedy się wchodzi w głąb jego życia, wyłania się obraz bardzo wrażliwego człowieka, który kochał Boga, opowiadal o Nim innym, żył bardzo skromnie i cierpiał, bo czuł się samotny. Tak, był chory, ale umiał niesamowicie kochać ludzi i Boga. I malował, choć niewielu ceniło to, co robił.

Dopiero po śmierci Andego Warhola dowiedziano się, że codziennie rano uczestniczył we mszy, klęcząc przez cały czas jej trwania tuż przed ołtarzem, z oddaniem zajmował się bezdomnymi, a w swej sypialni miał na ścianach obrazy religijne i duży krucyfiks. Był tak blisko Boga, a jedyne co o nim mówiono to, że był szalonym ekscentrykiem.

„Prawdziwe dzieło sztuki nie jest niczym innym, jak cieniem Boskiej perfekcji”. – powiedział Michał Anioł.

„Kiedy oceniam sztukę, biorę mój obraz i kładę obok czegoś stworzonego przez Boga, drzewa lub kwiatu. Jeśli nie współgrają, to nie jest sztuka.” – wyznał Paul Cezanne.

Można by tak wymieniać bez końca tych, którzy pracowali z pięknem i dali się mu pociągnąć aż pod stopy Boga. Poetów, malarzy, rzeźbiarzy, pisarzy, kompozytorów…

A na koniec niespodzianka…

Wiersz o Vincencie Van Goghu, który kiedyś napisała Alicja ( nie, nie moja córka, lecz Alicja, która tu z nami rozmawia o Narnii i Tolkienie:).
Posłuchajcie jak pięknie opisuje tego wrażliwca i przyjaciela Boga.

Ogień

Jesteś dyskretny. Nic mi nie wyjawisz

o Twoim nieco szalonym przyjacielu Vincencie.

Zostają domysły. (Można je też nazwać

urojeniami wyobraźni).

Gdy w nocy malował

w okolonym świeczkami kapeluszu,

czuł, jak palący deszcz

skapuje mu na policzki.

Gwiazdy wirowały. Niebo drżało.

Szaleństwo było w człowieku czy w kosmosie – cóż to za różnica.

Czasem chwytał Twój oddech.

Czułość lub gniew

przelewał w rozżarzone barwy.

Uprzejmie udawałeś, że dajesz się złowić.

Ku radości jego i Twojej.

Może kiedyś pociągnie mnie Vincent

w złote pola, w ścierniska, w gaje migdałowe.

Poszukajmy mojego nieco szalonego przyjaciela Boga.

Ukrył się i marzy, abym Go odnalazł.

Pobiegniemy, znajdziemy

miłość przedniejsza od wina.

Ty i Vincent i ja

staniemy się jednym ogniem.

wysyp róż w lutym:)


To mi przypomina historię świętej Rity, która umierając zapragnęła ujrzeć kwitnącą różę. Poprosiła o taki kwiat współsiostrę, a ta biedaczka nie miała odwagi uświadomić umierającej, że jest środek zimy i róże w ogrodzie nie kwitną.
Poszła jednak strapiona do ogrodu i … ku wielkiemu swemu zdumieniu ujrzała na krzewie różanym kwiat.

Świat kipi od cudów, gdy się wierzy:)



Dziś więc powstała druga róża różańcowa i jedną z jej patronek jest właśnie św. Rita.

*  *  *

Lecz wciąż zgłaszają się kolejne żony, więc powstaje trzecia róża.
No i czwarta róża : dla mężów, którzy chcieliby modlić się za swoje żony.


Więc jeśli ktoś jeszcze chce dołączyć, zapraszamy do naszych róż kwitnących mimo śniegu i zawiei:)


Ps.
Ktoś zapytał: czy jeśli komuś umarła żona lub umarł mąż, to też może?
Tak, jak najbardziej. Żony i mężowie w czyśćcu też bardzo potrzebują naszej modlitwy.

 

róże kwitnące w lutym

 

Znowu będzie o różach, choć środek zimy:)


Ksawery, jako świeżo upieczony proboszcz jednego z kościołów naszego małego miasteczka dwoi się i troi żeby duch w narodzie nie upadł. I oto wpadł na kolejny już pomysł duszpasterski – by stworzyć różę różańcową żon modlących się za mężów.
Ale, gdy ogłosił swój zamysł, spotkała go niespodzianka, bo róża powstała bardzo szybko, a wciąż zgłaszały się kolejne osoby:) Oczywiście Maryja nie poprzestała na jednej róży i trzeba było zacząć zbierać drugą.
– Jest jeszcze sześć miejsc – zakomunikował, popijając kawę przy naszym kuchennym stole – Może chcesz się zapisać?


Trochę mnie przytkało, bo kółko różańcowe nieodmiennie kojarzy mi się z moimi śp. babciami i ich kumoszkami, które zbierały się co miesiąc u którejś sąsiadki na tzw. zmiankę. Wiem jak wyglądały zmianki, bo Babcia Niebieska zabierała mnie i Amelkę ze sobą, gdy tylko byłyśmy u niej na wakacjach. Było to połączenie długich nudnych pacierzy z występami wiejskiego chóru kościelnego, po czym następowala część bardziej rozrywkowa, czyli poczęstunek i ploteczki nie szczędzące żadnego mieszkańca wioski:)
Ksawery od razu wychwycił moją minę i uspokoił:
– Ale bez spotkań, każdy modli się w swoim domu.
Obiecałam Ksaweremu, że się zastanowię i zapytam koleżankę z innego miasta, czyli Panią Kureczkę.
Zastanawianie nasze potrwało tydzień i gdyśmy się w końcu namyśliły, nagle okazało się, że już i druga róża została zamknięta i teraz powstaje trzecia, ale dla mężów modlących się za żony:)
Z racji, że nie jesteśmy mężami, zapisać nas nie mogli:)
No i to był drugi podstęp Maryi, bo nagle okazało się, że Rut i Kureczka – jeśli chcą należeć do róży, muszą ją same założyć.


Zaczęłyśmy więc pytać nasze bliższe i dalsze znajome z różnych stron Polski czy by nie zechciały z nami się modlić.
I oto w ciągu paru godzin posypały się zgłoszenia – dokładnie 18 innych żon plus my dwie.

Alusia rozpisała nam tabelkę na cały rok: kto, w którym miesiącu i którą tajemnicę różańca odmawia. Kureczka wymyśliła dwóch patronów: Józefa i Wenantego, którzy nas będą wspierać od zaplecza i… zaczęłyśmy się modlić za naszych mężów.


Lecz myli się ten, kto – czytając tę opowieść – doszedł do wniosku, że Maryja powiedziała swoje ostatnie słowo.


Dwa dni po założeniu naszej róży zaczęły zgłaszać się kolejne osoby:)
– Nie ma wyjścia, trzeba założyć kolejną różę – zdecydowałyśmy z Kureczką.

I tak oto – mimo, że mamy środek lutego – rozkwita kolejna róża. Mamy już 9 żon, potrzebujemy jeszcze 11.

Jeśli chcecie dołączyć do nas i naszej modlitwy za własnych mężów, napiszcie w komentarzu lub na maila: hadda@op.pl

Czasem mawia się, że ktoś kogoś wpuścił w maliny. My przekonałyśmy się, że Maryja zawsze wpuszcza nas w róże🌹🌹 Nawet w środku zimy.



Ps.
Wiem, że nie wszyscy znają ideę i łaski związane z modlitwą w takiej róży, więc wytłumaczę najprościej jak potrafię.
Każda z nas odmawia jeden dziesiątek różańca dziennie, za swojego męża. Jest nas 20 w róży, więc modląc się w ten sposób, razem odmawiamy całe 4 części różańca. I każda z nas otrzymuje takie zasługi i łaski jakby odmówiła te cztery części. Tak się po prostu dzieje w Kościele jeśli modlimy się zgodnie o coś razem – łaski leją się strumieniami😇
Są też wśród nas żony, które zostały opuszczone przez swoich mężów, ale one i tak chcą się za nich modlić. Więc taka modlitwa jest dla każdej żony.


Pani z Lourdes

* * *

Dziś jest wyjątkowy dzień. 

I otrzymałam wyjątkowy wiersz.

Od Alicji.

Posłuchajcie.

Prostota i głębia jednocześnie, bo przecież Ta, o której mówi jest właśnie taka – pełna prostoty i błękitnej  jak ocean głębi.

 

Pani



Pobłażliwy uśmiech Bernadetty,

przeczący ruch głowy.

„Nie tak, całkiem nie tak”.

Nie tak wygląda Pani.

Subtelny smak artysty

i kararyjski marmur

nie mają tu nic do rzeczy.



Lepiej zajrzeć w oczy Bernadetty.

W nich bardziej widać Panią niż w tej rzeźbie.



To nie wina Fabicha.

Wykonał pracę najlepiej jak mógł.

Zresztą, żaden rzeźbiarz

nie znalazłby uznania

u tej, która widziała.



Bo przecież widziała:

piękno i czystość istnieją.

Teraz już nie widzi,

teraz tylko czeka.

Nieważne jak długo.



Żegna się, odchodzi.

Odwraca się plecami

od rzeźby, od Fabicha.

Bo piękno i czystość istnieją

naprawdę. „Całkiem nie tak”.





8 grudnia 2021

 

 

różany zapach

 

Cały pokój wypełniony jest różanym aromatem. Aż po brzegi. Zapach wylewa się na korytarz i wędruje z sypialni w głąb domu.
To różowa świeca, którą zawsze podczas modlitwy zapalam przed figurką Maryi. Tą samą figurą, którą trzy lata temu moja mama przywiozła nam z Jasnej Góry. Jest na tyle duża, że w autokarze w drodze powrotnej jechała przypięta pasami na fotelu żeby się nie rozbiła przy nagłym hamowaniu 🙂 Moja mama miewa niesamowite pomysły;)
Teraz Maryja stoi na białym parapecie okna, zwrócona tak, że zawsze gdy czytam, modlę się, zasypiam jesteśmy twarzą w twarz.



* * *
I oto ona patrzy, a ja klepię w czarne klawisze laptopa, przepisując własne koślawe notatki z notesu o złoconych brzegach kartek.
Piszę od nowa „Traktat o prawdziwym nabożeństwie do NMP”. Ta myśl przyszła nagle w listopadzie zeszłego roku. Jeszcze się broniłam, bo…
– Nie znam francuskiego, a chyba nie jest praktykowane liftingowanie przekładów jak się uwspółcześnia rysy samochodów.
– To nie ma znaczenia – szepnęło coś w głowie – Poproś św. Ludwika o pomoc i pisz.

Więc otworzyłam traktat, który tak mnie urzekł w 2014 roku. Od tamtego czasu zaczęła się jakby nowa epoka w moim życiu.
Wtedy też był listopad. Pamiętam. Wyszłam z księgarni i stałam na środku chodnika wypełnionego ulicznym gwarem, spijając każde słowo z łapczywością człowieka umierającego na pustyni, który odnalazł zdrój wody. Jeśli w moim życiu zdarzały się objawienia, to było jedno z nich.



Pewnego dnia, zanim umarła, Ewa powiedziała:
– Rut, to trzeba napisać od nowa, to jest piękne, ale ludzi odstrasza ten język. Powinnaś to napisać od nowa.
– Ja? – zdumiałam się.

Potem o tym zapomniałam. O tych jej słowach.
Ale nasze zapomnienia są równie zawodne jak nasza pamięć. Słowa i obrazy wracają jak flesze z przeszłości w ułamku sekundy, we śnie, na jawie. Niezapraszane.
Słowa Ewy wróciły.

Więc piszę.
Czy podołam? Nie wiem.
I po co? Też nie wiem.
Wiem, że muszę to napisać.
Są wezwania, o których wiesz tylko, że jesteś wybrany, by je podjąć. I nic więcej. Na żadne twoje pytanie nie uzyskasz odpowiedzi.
Bo nie jesteś na nią gotowy?
Bo jest ci niepotrzebna?
Bo i tak nie zrozumiesz?
Bo glina nie pyta o nic garncarza?


Różany zapach wplątuje się w myśli, opada lekko jak płatki kwiatów na moje palce stukające w klawiaturę.
Piszę.


Nie ma znaczenia, że trafi to potem do szuflady. Dzieło Ludwika tęchło w skrzyni na strychu cały wiek. Wiedział, że tak będzie. A jednak pisał.

Jeśli robisz coś z miłości, nie zaszkodzi temu ani czas, ani ludzie, mól i rdza nie zeżre, ogień i woda będą bezradne.
Nasze zadanie to podejmować wszystko z miłości i nie martwić się co potem.
Jak róże wydają swój słodki zapach, nie pytając gdzie dotrze unoszony na falach wiatru.

 

niekochana Miłość

 

Naciskam ciężką klamkę. Poddaje się dopiero, gdy przyłożę do niej cały ciężar mego ciała. Szczęka zamek i wchodzimy.
Półmrok kościoła.
Za drzwiami otacza nas cisza i zupełny brak ludzi.
– Nikogo jeszcze nie ma – szepczę do Laurki i klękamy pod ścianą.
Córeczka patrzy urzeczona na olbrzymią przestrzeń tak zwykle wypełnioną ciżbą ludzką, a teraz – bez ludzi – wyolbrzymiałą w majestacie i ciszy.
Postanawia przejść się i popatrzeć na to wnętrze jakby nowymi oczyma. Zadziera głowę do góry, przesuwa wzrokiem po złotych ornamentach, idzie arkadą kolumn… W kierunku małych złotych drzwiczek w głębi prezbiterium.

*  *  *

– Już teraz wiem – mówi, gdy wychodzimy już po mszy i nabożeństwie w zimową noc świecącą lodem pod stopami – jak czuje się Jezus, gdy jest tam zupełnie sam, bez nikogo.
– A On przez większość dnia jest tam sam – dopowiadam.
– Tak – mówi smutno.




Z takich, właśnie z takich drgnień serca rodzi się miłość do Niego. A miłość jest już czymś więcej niż wiara.
Bo wierzyć w Niego to za mało.
Nawet szatani wierzą w Niego, lecz Go nie kochają.
A Jego trzeba kochać.