służyć Pięknemu

Oglądałam ostatnio piękny, inspirujący film, tak inkrustowany pięknymi pejzażami i mądrymi słowami, że można go uznać za duchową ucztę.
Spokojny, wyciszony, toczy się powoli i nie zmierza do żadnego ostatecznego celu ani kluczowej konkluzji. Wszystko dzieje się w trakcie, odsłania powoli, pobudza do myślenia o życiu, miłości, śmierci, o poczuciu winy, o pięknie.

A film ” Barwy wspomnień” jest tak naprawdę o malarstwie, o spotkaniu młodego chłopaka, który pragnie malować i starego rosyjskiego malarza Nikolai, który od życia nie oczekuje już nic poza śmiercią.
Nie opowiem wam całego, bo bogactwo tego obrazu jest tak wielkie, że trzeba by ogromnego płótna czasu, by wyrazić choć odrobinę.
Napiszę wam tylko o jednej scenie.

Stary Nikolai, gdy dowiaduje się o pasji chłopca i jego chęci malowania pyta:
– Wierzysz w Boga?
– Tak – odpowiada chlopak.
– A modlisz się codziennie do Niego?
– Tak.
– I wierzysz, że cię wysłuchuje?
– Tak, wierzę.
Wtedy Nikolai mówi:
– Prawdziwy malarz nie może być ateistą. Musi wierzyć i czuć, że jest nad nim siła wyższa.

Zatkało mnie.
Tak.
Prawda ma to do siebie, że zamurowuje cię, gdy ją usłyszysz. Bo nie ma już nic do dopowiedzenia. Jest tylko prawda. Jej powalający na ziemię splendor. Veritatis splendor.

*  *  *

Kiedy myślę o tym dlaczego zaczęłam malować, zaczynam dostrzegać, że to była długa droga sięgająca wielu, bardzo wielu lat wstecz zanim pierwszy raz wzięłam pędzel i zasiadłam przed płótnem.
A wszystko zaczęło się od zachwytu pięknem świata i od wiary w Tego, Który to piękno stworzył.

I od wdzięczności tak rozsadzającej serce, że szczelinami zaczęła sączyć się na zewnątrz. Najpierw w słowach pisanych, a potem – gdy to już było niewystarczające – w malowaniu.

Czy wdzięczność poprowadzi mnie jeszcze dalej? Nie wiem. Sama jestem ciekawa:)

Lecz – zarówno wtedy,  gdy używam słów i gdy korzystam z farb, by oddać piękno, które dostrzegam, dochodzę do pewnej granicy. Na poły z żalem, na poły z pokorą widzę, że to co opisuję czy maluję to tylko blady cień prawdziwego piękna. Że moje kwiaty to tylko odbicie rozmazane w tafli wody wobec uroku kwiatów prawdziwych. Że moje drzewa to tylko duchy drzew prawdziwych.  Moje maki nie mają płatków falujących na wietrze, a liście drzew nie igrają w słońcu jak srebrne blaszki.

Bo żadne słowa i żadne pociągnięcie pędzlem nie oddaje w pełni tego, co jest. Można się tylko zbliżać, zbliżać na paluszkach… lecz nigdy nie będziesz u celu. Twoje obrazy ani te malowane pędzlem, ani te rysowane słowem nigdy nie utożsamią się z Pięknem.

Bo jest Piękno w najczystszej postaci.

I wtedy wpadam w jeszcze większy zachwyt wobec tego, Który Jest i wszystko powołał do bytu. Ja – drobina, która próbuje uchwycić w dłonie promienie słońca.
Tak, miał rację Nikolai: malarstwo musi wyrastać z wiary i prowadzić do niej.

Malarstwo to rodzaj modlitwy, kontemplacji. Podobnie jak poezja, operowanie pięknym słowem.
A wszystko to rejony Boga.

Czytałam ostatnio o van Goghu.
Moja Hanusia poprosiła, bym namalowała dla niej obraz podobny do „Kwitnącego migdałowca” i zaintrygowało mnie, że Vincent namalował ten obraz dla swego nowonarodzonego bratanka, do jego pokoju dziecinnego, nad łóżeczko.

Zaczęłam szperać w internecie, bo jedyne co dotąd wiedziałam o malarzu to, że był wariatem, który obciął sobie ucho:) Ale przecież wariat nie maluje poruszony narodzeniem dziecka.
Jak niesprawiedliwy sąd.
Bo dla Vincenta wiara i rodzina były więcej warte niż talent i malowanie. Kiedy się wchodzi w głąb jego życia, wyłania się obraz bardzo wrażliwego człowieka, który kochał Boga, opowiadal o Nim innym, żył bardzo skromnie i cierpiał, bo czuł się samotny. Tak, był chory, ale umiał niesamowicie kochać ludzi i Boga. I malował, choć niewielu ceniło to, co robił.

Dopiero po śmierci Andego Warhola dowiedziano się, że codziennie rano uczestniczył we mszy, klęcząc przez cały czas jej trwania tuż przed ołtarzem, z oddaniem zajmował się bezdomnymi, a w swej sypialni miał na ścianach obrazy religijne i duży krucyfiks. Był tak blisko Boga, a jedyne co o nim mówiono to, że był szalonym ekscentrykiem.

„Prawdziwe dzieło sztuki nie jest niczym innym, jak cieniem Boskiej perfekcji”. – powiedział Michał Anioł.

„Kiedy oceniam sztukę, biorę mój obraz i kładę obok czegoś stworzonego przez Boga, drzewa lub kwiatu. Jeśli nie współgrają, to nie jest sztuka.” – wyznał Paul Cezanne.

Można by tak wymieniać bez końca tych, którzy pracowali z pięknem i dali się mu pociągnąć aż pod stopy Boga. Poetów, malarzy, rzeźbiarzy, pisarzy, kompozytorów…

A na koniec niespodzianka…

Wiersz o Vincencie Van Goghu, który kiedyś napisała Alicja ( nie, nie moja córka, lecz Alicja, która tu z nami rozmawia o Narnii i Tolkienie:).
Posłuchajcie jak pięknie opisuje tego wrażliwca i przyjaciela Boga.

Ogień

Jesteś dyskretny. Nic mi nie wyjawisz

o Twoim nieco szalonym przyjacielu Vincencie.

Zostają domysły. (Można je też nazwać

urojeniami wyobraźni).

Gdy w nocy malował

w okolonym świeczkami kapeluszu,

czuł, jak palący deszcz

skapuje mu na policzki.

Gwiazdy wirowały. Niebo drżało.

Szaleństwo było w człowieku czy w kosmosie – cóż to za różnica.

Czasem chwytał Twój oddech.

Czułość lub gniew

przelewał w rozżarzone barwy.

Uprzejmie udawałeś, że dajesz się złowić.

Ku radości jego i Twojej.

Może kiedyś pociągnie mnie Vincent

w złote pola, w ścierniska, w gaje migdałowe.

Poszukajmy mojego nieco szalonego przyjaciela Boga.

Ukrył się i marzy, abym Go odnalazł.

Pobiegniemy, znajdziemy

miłość przedniejsza od wina.

Ty i Vincent i ja

staniemy się jednym ogniem.

O ruttka

Szczęśliwa żona od 24 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny, malowanie i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na służyć Pięknemu

  1. Alicja M.M. pisze:

    Na swoim poletku (literatury) zdarzało mi się spotkać z poglądem (nie to, że częstym, ale popartym ogromną pewnością siebie), że prawdziwie dobrej literaturę nie może tworzyć człowiek wierzący! Trudno z tym polemizować (i przyznam, nie próbowałam), bo mam poczucie, że podsuwanie nazwisk, dzieł, nie byłoby tu argumentem. To wstępne założenie jest rodzajem bariery poznawczej, muru… Człowiek, który je głosi, sam musi uchylić choćby furtkę w tym murze.

    • Rivulet pisze:

      U nas na polonistyce gdy studiowałam też taki trend był… I kpienie z tablicy upamiętniającej JPII, który tam przez chwilę studiował. Pamiętam jednego wykładowce frustrata, który szydził z poezji Wojtyły (którą bardzo cenię) i z tego że powinniśmy klękać przed tą tablicą i robić znak krzyża. Brr. Inny wykładowca był zafascynowany genderyzmem i opowiadał podczas wykładu ze szczegółami jak wygląda akt pary homoseksualnej 😛 No w końcu na zajęciach z literatury współczesnej trzeba wiedzieć takie rzeczy…
      Źle wspominam czas studiów, choć kilka osób się postarało, by nie był to czas całkiem stracony.
      A wiersz cudowny…
      Tak, wiem mam maila do odpisania tylko problemy zdrowotne Rafałka mi trochę zaburzyły rytm dni. Weszłam do Rut by odetchnąć na chwilę…
      Pozdrawiam Was obie 🙂
      Rut – maluj, Alicjo – więcej poezji 😉
      A ja w wolnych (hahaha!) chwilach książki dla dzieci… o Bogu i pięknie świata i życia w dużej rodzinie 😉 Też z wdzięczności.

      • ruttka pisze:

        Tak Riv, róbmy wszystko z wdzięczności. Z braku wdzięczności rosną tacy frustraci niszczący dobro i piękno wokół. Jak rozjuszone nosorożce.
        U nas na uczelni na dziedzińcu stał pomnik Jana Pawła II i nie raz z jakiejś nabożnej czci zdarzyło się nam przyklęknąć:) Zupełnie podświadomie. A on jeszcze wtedy żył i nie był ogłoszony świętym:)

  2. ruttka pisze:

    czyli sam spróbować jak jest.
    Moje doświadczenie ( bardzo skromne, ale moje własne:) w pisaniu, malowaniu i wszystkim, czemu oddaję się z pasją prowadzi mnie do coraz głębszej wiary.
    Czy jestem ewenementem, czy typowym przykładem? Życiorysy innych podpowiadają mi tę drugą odpowiedź. Nie jestem wyjątkiem.

  3. Agaja pisze:

    „Głębia przyzywa głębię hukiem wodospadów….”

    Czytałam kiedyś, że bycie twórczym, kreatywnym to jeden z elementów naszego podobieństwa do Pana Boga. To podobieństwo jest nawet jeśli ktoś Go nie chce znać. Ale budując z Nim relację pewnie jakoś inaczej to podobieństwo realizujemy.
    Tak pięknie twórcze jesteście, Rut, Alicji! Riv 😘

    • Alicja M.M. pisze:

      Też spotkałam się z taką myślą, m.in. u siostry Kingi Strzeleckiej, dla której ukochanymi dziedzinami sztuki były muzyka i fotografia. Pisała też o tym, że w niebie nadal będziemy tworzyć, jeszcze piękniejsze dzieła.

      • Rivulet pisze:

        Czyli teraz się wprawiamy 😉
        To coś w stylu „naucz się tańczyć, bo aniołowie w niebie nie będą wiedzieli, co z tobą zrobić”.

        Ooo ten werset o huku wodospadów…
        I jeszcze kocham: „Gdy patrzę na twe niebo, dzieło palców twoich, na księżyc i gwiazdy, któreś ty utwierdził… czymże jest człowiek, że o nim pamiętasz”. Patrzenie w gwiazdy u mnie zawsze kończy się modlitwą 🙂

        Dobrej nocy… Pościć o chlebie i wodzie jeszcze nie mogę, ale postaram się inaczej…

  4. ruttka pisze:

    Agajo!!! Ten werset z psalmu jest refrenem mojego serca. Nie wiem skąd to wiedziałaś.
    „Głębia przyzywa głębię hukiem swych wodospadów”. Mogę to powtarzać bez końca. Jak modlitwę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *