koszyk patyków

 

Z wakacyjnych wspomnień…

 

– Wciąż mnie to facynuje – mówi Marzanka – jeden koszyk wiórków i jest gorąca woda dla całej rodziny.

Niesiemy obie ten koszyk, a właściwie mój stary pojemnik na pranie, który tego lata nieopatrznie przejechałam autem i teraz już się nadaje tylko do drewna:)
Niesiemy. Marzanka za jedno ucho, ja – za drugie.
Tak, u nas nie ma lekko: naszych gości też zaprzęgamy do roboty;)
Potem, już w kotłowni przepasuję wielki czarny fartuch i zaczynam ładować drobne ścinki drewna do pieca. Aż pod sam wierzch jego pękatego brzuszyska. Marzanka mi asystuje z progu i patrzy jak podkładam na wierzch ogień, odpowiednio ustawiam szczeliny, wsłuchuję się w trzaski i mruczenie pieca.

Z czasem zna się już każdy dźwięk i wie co oznacza, bo piece też mają swój język i swoje humory.
– Pachnie jak z ogniska – mówi Marzanka.
– I już – mówię odpasując fartuch – za pół godziny będzie gorąca woda.
– Fascynujące. Z koszyka wiórków. – powtarza znowu.

*  *  *

Tak, życie może być tak proste.


Mleko od krowy, jajka od kury, gałązki z lasu i sadu, ciepło z nich. Miłość z rozmów, dobroć z serca, życie powstaje w łonie matki. Jagody są z lasu, śliwki z sadu, dzieci – z dwojga ludzi. Zboże jest z pola, chleb – z mąki, pokój z szumu liści, radość z trzepotu motylich skrzydeł, ukojenie w piosence świerszcza. Słodycz jest z jabłek, gorycz z piołunu, kwaśne są listki dzikiego szczawiu.

 

Życie może być proste. Nie łatwe, lecz proste.
Jeden koszyk patyków daje ciepło,  jeden człowiek może przemienić cały świat. Na lepszy lub gorszy, cieplejszy lub bardziej skuty lodem – to już nasz wybór.


 

galaretkowo

– Lalciu, pomożesz tacie w warsztacie, bo Adaś się uczy?

– No – zwięźle odpowiada dziecię i wyłania się u szczytu schodów, po czym kulejąc schodzi w dół.

– Czekaj – wzdycha – Bo sobie nogę odsiedziałam – tlumaczy.

– Acha – wykrzykuję – Skutki uboczne siedzenia „na komórce”.

Uśmiecha się znacząco.

– Nogę mam teraz jak taki ŻELEK – ujawnia, śmiejąc się.

Grunt to trafne metafory. Jakże osładzają ludzki los:)

 

 

pojemność dni

 

Obiektywnie dni skracają się, słońce zapada w sen coraz rychlej, zmrok zakrada się coraz wcześniej.

Ale tak jest tylko obiektywnie, bo naprawdę nasze dni stają się coraz większe, obszerniejsze, pełniejsze, wyładowane pokaźnymi wydarzeniami i drobnymi wydarzonkami jak wagoniki węglem.

Dni jak tygodnie, godziny jak lata, sekundy nabrzmiale jak dojrzałe owoce…

Gdy wieczorami patrzę za siebie z kołyszącej się łodzi snu, trudno mi nawet wyliczyć wszystko, co zdarzyło się minionej doby. I nie wiem: czy to my za duże tempo sobie narzuciliśmy, czy też życie samo nas wkręciło?

A wolniej nie będzie. Bo oto rok szkolny przebudza się i poziewuje rozgłośnie.

*  *  *

Oto dopiero godzina 7 rano, a mój mąż już odbył daleką podróż na wizytę kontrolną i badania( drugi miesiąc już bierze chemię i czuje się bardzo dobrze), a ja siedzę i czekam na murarza, który dziś po tygodniowej przerwie wraca na naszą budowę.

Za chwilę wszystko się rozkręci, świat zawiruje… Tyle zaplanowane, a pomiędzy tym przewidzianym pojawi się jeszcze tyle niespodzianek i zdumiewających wolt akcji.

Gołębie modlą się monotonnie nad naszym zielonym dachem, spadają jabłka z drzewa, z łopotem lecą w dół olbrzymie jak skrzydła liście paulowni, kawa stygnie na dnie kubeczka…

Muszę łapać takie drobne krople rosy, ułamki czasu, ćwierć- oddechy, by dojść, gdzie dojść powinnam.

*  *  *

Gdzie to się wszystko mieści? W jednym malutkim dniu, który jest jak mrugnięcie Bożego oka?

Gdzie to się wszystko mieści? W jednym ludzkim życiu, tak krótkim jak istnienie kwiatu na polu i trawy na łące?

 

 

 

zatańczyć nocą

 

Tańczymy z mężem na patio, jedenasta w nocy. Ktoś daleko, za lasem puszcza głośno muzykę, „Dziewczyny z Albatrosa”,  jakiś festyn chyba, raz po raz strzelają sztuczne ognie.

Nad nami ognie prawdziwe – gwiazdy jasnymi oczami patrzą w nieodgadnioną noc. Przytulamy się i tańczymy parę chwil, kilka taktów, potem patrzymy w górę. Ćmy jak małe duchy latają nad nami, powietrze pachnie deszczem i floksami. Dzieci śpią lub nie- śpią na poddaszu.

Pokochać życie, przyjąć.

Nie tylko jasne dni, niepojęte noce też.

Oswoić ciemności, które nieodmiennie nas nawiedzają, jak noce nieodmiennie zapadają nad światem. Zatańczyć w mroku. Być wdzięcznym za wszystko.

 

 

krwawnik

 

Zapach ziela krwawnika jest gorzkawy. Wtulić weń twarz, słuchać pomruków nadchodzącej burzy inkrustowanych jak drobnymi cyrkoniami cyknięciami świerszczy. Rwać krwawnik na bukiety, zielenić sobie dłonie, niczego się już nie bać, nie przejmować, nie smucić. Wyrzucić z serca troski. Spać po nocach normalnie.

Ale…

ziele krwawnika pachnie gorzkawo. Skóra dłoni przesiąkła tym zapachem.

Zbiera się na deszcz, niebo ciemnieje, wyostrzają się barwy ziemi. Zieleń tak przejmująco zielona, biel pulsuje błękitem, żółć płonie jak pochodnia.

Pachnie ziele krwawnika…

Znaleźć upodobanie w tej goryczy, wyczuć w tej woni prawdę, że co leczy, musi zaboleć i że to normalne na ziemskich łąkach.