siwy włos

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

 

Laucia nauczyła się wymawiać oficjalne imię swej najstarszej
siostry.

Brzmi ono : Alencja  🙂

i rozśmiesza nas nim do łez.

No i wytropiłam na głowie niedoszłego jeszcze dwulatka pierwszy siwy włos.

Nie za dobrze to świadczy o nas, czyli rodzince
prawie-dwulatka:) Ciężkie ma z nami życie.

Chciałam nawet włos uciąć i zachować na pamiątkę, ale Miś
wyrwał ten cud natury i wyrzucił.

Typowo po męsku
jak rzekłaby pani Kornelia ( zrozumieją tylko czytelniczki LMM)

 

Ale już teraz nikt nie ma prawa Lauci zaśpiewać szklącym się
czułością tenorem:

 

Spostrzegłem dzisiaj
miła pierwszy siwy włos na twojej skroni,

 

bo ja już jej to zaśpiewałam szklącym się czułością nieco-altem:)


A tymczasem zapraszamy Pana Fogga i liryczny pasujący do
jesieni song o tym, że czas nie ostudzi ludzkich serc.

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Siwy włos – Mieczysław Fogg

nowa dziedzina sztuki

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

– Mamo, pokonałam strach przed dziurami – obwieszcza swój
kolejny wyczyn Nusia.

Trwa chwilę nim synapsy w moim mózgu przekażą sobie sygnał,
że słowo „dziura” nie jest użyte w w/w zdaniu w sensie dosłownym.

Drugą chwilę trwa wyszukanie w zasobach pamięci odpowiedzi
na pytanie: A w jakim sensie?

Operacja zostaje zakończona tradycyjnym od czasów
starożytności sloganem „Eureka!!!”

 

Dziury = ażurowe schody w budynku na działce

 

– Acha. – potwierdzam, że informacja do mnie dotarła.

– Po prostu o nich zapomniałam. – przechodzi do tłumaczenia
metody rozmówczyni.

 

No tak.

Czasami sztuką jest przypominanie sobie, a czasami –
zapominanie:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

spełnienie 4

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Powoli i z mozołem budynek na naszej działce przeobraża się
w kierunku uroczego letniska, gdzie będzie można przenocować, śniadanie zjeść o
świcie przetykanym ptasią melodią, zasypiać kołysanym szumem brzóz i sosen,
brodzić w cieniach wieczoru aż po zmierzch, niespiesznym krokiem zejść z tarasu
do jasnego pokoju. Pobyć tam bez przerw kilka dni, tydzień, dwa. Rozpakować się
na dobre. Zadomowić. Nacieszyć się ciszą i odgłosami, zapachem, kolorem,
światłem i mrokiem.

Patrzeć na dzieci baraszkujące na trawie, nie pilnować
godziny, na zegarek nie spoglądać, czas wyznaczać cieniem sosny na środku
podwórza. Wypełnić to miejsce sobą. Zapach zupy gotowanej rozsiać, prania
muskanego wiatrem. Z książką i kawą usiąść, zamyślić się bez jednej myśli w
ludzkim języku pomyślanej. Gości tam ugościć, zauroczyć, omotać magią
sielskości.

Żadne nam Karaiby nie chodzą po głowach, żadne Hawaje nie
błądzą w podcieniach snów.

Maleńkie marzenia malutkich ludzi o rzeczach zwyczajnie nadzwyczajnych.

Z westchnień stu wykuwane, tysiącem szkiców zaplanowane,
nocną porą przerozmawiane, z dziećmi jak chleb podzielone.

Nie stać nas by marzenia szybko przekuwać w rzeczywistość,
więc powoli się stawają.

 

W tym roku balkon powstał.


Z drewnianymi poręczami, z solidnymi podporami, z
aksamitkami w doniczkach, cały zielony. Poręcz akurat taka, że kubek z kawą
można na niej stawiać – tak jak marzyłam.

– Kiedy tu będzie letnisko? – pyta Ala malując drewno – Bo
my z Duśkiem marzymy o tym, by wstać rano i na tym balkonie zjeść śniadanie.-
dodaje cicho.

„To jeszcze tak długo trzeba czekać” – zaczyna mi się myśl
smutna wplatać we włosy.

„Wszystko da się urządzić” – przerwa jej nagle myśl inna i jej się poddaję.

– Naprawdę chcecie zjeść tu śniadanie? – pytam dzieci

– Tak. – odpowiadają.

– Dobrze. To jutro wstajemy rano, pakujemy się i
przyjeżdżamy tu na śniadanie. – zarządzam.

Patrzą niedowierzająco.

 

I tak robimy.

Spełniamy swoje marzenie dwiema tacami kanapek, ciepłym kompotem
jabłkowym piernikiem i kubkiem kawy odstawianym na zieloną poręcz. Tak jak
marzyłam. W blaskach porannego słońca, wśród śpiewu ptaków i szumu lasu.

„Wszystko jest możliwe dla tego, kto wierzy.” – powiedział
kiedyś Ten, Który marzyć się nie bał.

Sny się spełniają.

Czasem dzieje się to zupełnie niespodziewanie.

Ale zwykle wtedy, gdy obudzimy się i zakaszemy rękawy.

Gdy
pozwolimy szeptać innej myśli niż ta, która smutkiem wplata się we włosy.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

ob-żarty

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Sprawdzałeś zupę? – pytam mężulka.

– Jeszcze się gotuje. – nieco nielogicznie- nawet jak na mój
kobiecy gust- odpowiada on.

– Zdradzę ci pewną tajemnicę – mówię doń szeptem.

– No. – zaaferowany wytrzeszcza oczy.

– I będzie się gotowała, póki jej nie wyłączysz. – szept muskam cwanym uśmiechem.

– Ach Ty!!! – śmieje się.

 

Życie nie bywa nudne, gdy masz z kim je obżartować.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

bez endu

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Laurcia uczy się języka polskiego w sposób który można określić
jako systematyczno-chaotyczny.

Przyswaja sobie owszem zwroty z NKP, czyli: Niezbędnika Każdego Polaka.  I są to  zdania nader ważne  typu:

Niunia cie.

Niunia nie cie.

Niunia boi

Niunia si

Oć, mamo, oć!!! – z charakterystycznym gestem przywoławczym.

 Moja mama

Cie pić

Cie am.

Niunia cie pać.

Niunia cie cici.

Mamo, potamy. – Mamo, poczytamy ( zdecydowanie jedna z
bardziej ulubionych przyśpiewek dwulatka)

 Mojeeee!!! – ze szczególnym uwzględnieniem wszystkiego:)


Z drugiej jednak strony maluszek z lubością skanuje i wkleja w swoją
pamięć operacyjną zwroty przypadkowe.

Bo czyż  stwierdzeniem
pierwszej potrzeby jest zdanie:

Nie ma końcia!?

 

Choć – jeśli wziąć po uwagę  kontekst, w którym zdanie się owo wykluło,
czyli dłuuugą chwilę, gdy tato hałaśliwie miksował ciasto na naleśniki – to
może i pierwszej. Dziecię po prostu nie zdzierżyło i celnie skwitowało .

 

Zwrot jest również pokrzepiający w kontekście spodziewanego
Armagedonu w grudniu tego roku:)

Spokojnie więc…

NIE MA KOŃCIA! – rzecze Laurcia.

Bez endu, bez endu – jakeśmy to słyszeli onegdaj w jednej z reklam.



/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

coś na ząb

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

– Dziuby cie!!! Dziuby cie!!! – skanduje maluszek przy
stole.

– Bułeczkę? – strzelam w ciemno, bo akurat stoi na stole
półmisek z jedną sztuką specjału babci.

– Nie! Dziuby!!!

– Ciasta? – strzelam raz drugi, bo obok stoi talerzyk z
równymi sześcianikami pierniczka-zawsze-wychodzącego.

– Nie cie! Dziuby cie!!! – jeszcze głośniej nieco już
sfrustrowana pociecha.

– Może kompociku? – usiłuję panicznie odgadnąć wobec
przeważających decybeli wroga.

– Nie!!!! – niecierpliwi się Laucia tupiąc nogami. Jak
Laucia głodna, to zła. Ma to po mamie:) – Dziu-by!!! – rozbija wyraz na sylaby.
Chyba dla ułatwienia:)

„Dziuby, Dziuby??? – analizuję – znam to słowo. Tak ma na
nazwisko jeden z sąsiadów moich teściów. Ale to nie może chodzić o niego. A
może???” – zaczynam się wahać.

W końcu Laurka postanawia przejść od słów do czynów.
Podbiega do kuchenki i barwną gestykulacją wskazuje w kierunku srebrnego
garnuszka.

– Zupy?!!! – wykrzykuję tryumfalistycznie.

– Dziuby. – potwierdza z uśmiechem głodomór.

 

No to jesteśmy w domu:)


Achillesowa broda

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Nusia – jak już wielokrotnie wspominałam – znana jest ze
swego oślego uporu vel wytrwałości w dążeniu do celu.

Swego czasu pisałam jak pokonała nawet prawa genetyki i
nauczyła się zwijać język w rurkę.

Teraz namierzyła kolejny świetlisty cel – pływanie.

Przez cały ubiegły rok miała możliwość zdobycia tej
umiejętności, lecz- choć byliśmy nastawieni bardzo optymistycznie, bo Nusia nie
dość, że uparta to i bardzo sprawna- skończyło się na trzech wyjściach na
basen.

Nusia za nic nie chciała nawet zamoczyć pięt w wodzie. Nie
pomogły żadne znane metody ani z kategorii kija, ani z kategorii marchewki.
Uparła się, zalewała łzami i pięt wodą nie skalała.

– Ale dlaczego nie chcesz wejść? – wszczęliśmy dochodzenie –
Przecież na jeziorku wchodzisz aż po szyję.

– Bo tam nie widać dna, a tu widać. – padła zaskakująca
odpowiedź.

Niestety przez resztę roku szkolnego nie znaleźliśmy sposobu
na zakrycie dna w publicznym basenie.

Wakacje były okazją do odświeżenia znajomości z jeziorkiem.
I znowu Nusia śmigała w kółeczku, albo z samymi rękawkami. Pięty pływały i
brzuch pływał i szyja pływała, choć wyciągała się jak u łabędzia w obawie przed
zamoczeniem brody.

– Broda musi być pod wodą – tłumaczymy spokojnie technikę.

Ale broda do końca sezonu pozostała oporna na wszelkie
sugestie.

 

Tymczasem ochłodziło się i znowu jedyny kontakt z większą
wodą to brodzik podczas kąpieli.

Nusia i Laucia taplają się w nim co wieczór puszczając po
powierzchni plastikowe naczynka i ciurkając wodą.

Pewnego dnia wchodzę, by panny rusałki wyjąć z prywatnego
stawu i zastaję Nusię z żółtą miseczką przy brodzie. Miseczka jest pełna
wody,  broda pięknie się w niej maceruje.

– Co robisz? – pytam zdezorientowana.

– Przyzwyczajam brodę do wody żeby nauczyć się pływać.

 

Cała Nusia:) Ma patent na radzenie sobie ze słabościami. Achilles powinien przyjść do niej na wykłady.


czarująco

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Kucharzenie ma wiele wspólnego z czarowaniem, albo
komponowaniem.

Rut tak uważa.

Bo oto gotuje wczesno-jesienny kompot z kilku jabłek, które
spadły nim osiągnęły pełnię.

„Nie, nie będzie kwaśny” – myśli kucharka i zagląda do
lodówki. Znajduje w niej małe słoneczko cytryny. I już po chwili pół owocu wraz
ze skórką ląduje w gorącym wywarze. Natychmiast powietrze wypełnia woń cytrusu,
przywodzi na myśl ciepłe brzegi egzotycznych wysp.

„ Ale kolor. Nie będzie koloru” – medytuje nadal Rut nad garnkiem.

Wtem jej wzrok pada na szklany pojemnik wypełniony ciemnymi
płatkami. Hibiskus, który Iza-bella przywiozła jej z Egiptu. Po chwili dwa
suszone kwiaty wirują na środku pachnącego oceanu, a czerwień wąską smużką
rozpływa się w wodzie. Jak krew.

„Jeszcze nuta goryczy” – przypomina sobie Rut i dorzuca dwie
gałązki świeżej mięty.

Gasi ogień. Goryczy się nie gotuje.

Gotowe.


 

– Jaki pyszny, orzeźwiający kompot – zachwala mężulek
zmęczony po pracy.

 

Czy nie uważacie, że gotowanie ma wiele wspólnego z czarami?

I pewnie, gdyby Rut żyła  dwieście lat temu, za sporządzanie takiego kompotu spłonęłaby na stosie:)

I nie tylko za kompot:)



pierwsze i ostatnie

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}



Goście odjechali, a wraz z nim jakby odeszło lato.

 

Jesień zakradła się niespodziewanie. Jakąś tajną furtką przemknęła. Zaroiło się od rzeczy pierwszych.



Pierwsza od dawna herbata z cytryną

Pierwszy raz parasol w ręku

Sweter ciepły w niedbałej pozie wisi na fotelu – tak na
wszelki wypadek i na ręki wyciągnięcie, gdy chłodniej

Pierwsze ptasie wesele przeleciało nad głową

Pierwsza kronselka ugryziona sokiem wypełniła dno dłoni

Pierwszy słonecznik dojrzał

Pierwsze chłodne noce przy zamkniętym oknie przespane

Pierwsze nitki babiego lata rozpostarte miedzy źdźbłami

Pierwszy katar Laurki i chrypka u Nusi – znów chusteczki do
nosa, apaszki do łask przywrócone.

Pierwszy grzyb znaleziony

Pierwsze ogniska na polach po wykopkach

Pierwsze ciepłe rajstopki na małych stópkach

 

I jeszcze słońce grzeje, ale już nie na ostro. Człowiek lgnie
do niego jak mucha do miodu, bo cień cienistszy niż zwykle, głęboki, przejmujący do szpiku kości.

 

Pierwsze myśli jesienne, że czas przemija stale, że nagle i
nie wiadomo kiedyś starość przyjdzie i każe walizki pakować.

Pierwszy raz Laurka o sobie JA powiedziała – pierwszy krok
milowy do samoświadomości i bycia kimś odrębnym. Ona dopiero rozgaszcza się w
tym świecie. Czyni to z pasją godną dwulatka.

 

Zaraz potem pierwszy raz poskarżyła na brata: Abam bam Ani!

 

Rzeczy pierwsze są nie do przegapienia. Ostatnie prawie
zawsze nam umykają.

Trochę szkoda.

Są wszak piękne jak ostatnie zdmuchiwane przez Laurcię dmuchawce.


typy i typki

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Czekamy teraz na gości. Będą lada moment. Z własnymi
kubeczkami na wspomnienia.

Sprzątamy. Uwijamy się. Kołdry szykujemy. Ręczniki. Kwiaty w
wazoniki upychamy. O pogodę się modlimy.

– A Tymek też przyjedzie? – pyta Nusia skacząc na piłce.

– Tak.

– A on już nie mówi brzydko?

– Jak to brzydko?

– Bo on ma przecież to dojrzewanie
– wyjaśnia skacząca sześciolatka, która już bunt pięciolatka ma na ukończeniu.

No tak, Tymek podobnie jak Ala jest w TYM wieku. I
przechodzi go przykładnie tzn. wojowniczo, negująco i z humorami. Też tak
miałam i uważam, że lepiej to przejść mając lat naście niż nie przejść i dostać
rykoszetem w wieku lat czterdziestu.

 

– A Ala ma ten typ? – pada kolejne pytanie spomiędzy rogów
skaczącej piłki.

– Jaki typ? – znów tracę wątek.  Jest dżdżysty ranek i kawa jeszcze nie
zaczęła działać:)

-Ten typ dojrzewania.

– Nie, Ala ma taki typ, że leży całymi dniami i czyta
ksiązki. Po trzy na raz. Każdy przechodzi to na swój sposób.

 

Oczywiście te typy dojrzewania trzeba nieco korygować. I tak
my zabroniliśmy Ali na drugi  wakacyjny wyjazd
zabierać książki, bo podczas pierwszego nie było z nią prawie kontaktu.

– Wiesz mamo, co sobie czytałam? – dzieli się pociecha
dojrzewająca po powrocie.

– Miałam nadzieję, że nic.

– Nie, znalazłam sobie u dziadków „Wesele” Wyspiańskiego.

 

I pomyśleć, że są też dzieci takie…

– Nie po to przyjechałam na wakacje żeby czytać książki –
słyszę przez balkon bloku, w którym mieszkaliśmy. Wyraźnie zdenerwowana
nastolatka ustala swoje priorytety z kimś dorosłym.

Uśmiechnęłam się na wspomnienie swojej córki.

 

Różne typy dojrzewania serów szwajcarskich:)

Wszyscy dojrzewamy. Każdy po swojemu.

A ja zmykam, bo piernik mi się piecze. Piernik – Zawsze – Wychodzący.