wspólna droga

 

Zostaliśmy z jednym autem i jest to naprawdę spore utrudnienie jeśli mieszka się poza miastem. Najgorsze jest to, że zepsuł się także samochód transportowy męża, więc jego praca została wstrzymana. I – jak to przy zamówieniach i drożdżach – pączkuje i wyłazi poza brzegi misy czasu. A tej misy jeszcze nikt z ludzi nie potrafił rozciągnąć na dowolną wielkość:)

” Czy mimo całej swej zapobiegliwości, możecie dodać choć sekundę do swego dnia?” – zapytałby tu Jezus, jak to On:)

No, nie możemy.

– A myślałam, że to tylko ja w tym Wielkim Poście mam pod górkę – śmieje się Bożenka, gdy jej o tym opowiadam.

– Nie, nie jesteś sama, zapewniam cię – też się śmieję – Od Środy Popielcowej ani dnia nie byłam zdrowa. U nas co roku w Wielkim Poście przychodzi dużo trudu. Od wielu lat.

– O, widzisz. A ja się martwiłam, że to tylko ja tak mam – mówi ona.

Może nie powinno nam przynosić ulgi, że inni też cierpią i idą pod wiatr, ale jednak przynosi. Jest bowiem jakaś solidarność krzyża.

Gdy dostrzegamy, że inni też go niosą, przed nami, za nami, obok nas, lżej nam znosić nasz los. A jeśli ci inni powiedzą jeszcze:

– To nic. Tak po prostu jest. Nie wiem dlaczego. Przyjmuję.

Pomagamy więc sobie nawzajem nawet wtedy, gdy niesiemy wiernie nasze własne ciężary. Dodajemy innym otuchy, gdy upadając pod jarzmem, powstajemy. Wszyscy bowiem idziemy w pielgrzymce z naszymi krzyżami.

I ma znaczenie w jaki sposób je niesiemy.

 

 

siano

 

Ala MM. pisze książkę o św. Tereni. Podsyła mi skraweczki.

I oto obrazek o świętej, która – chora już i bardzo słaba – siedzi na fotelu i patrzy jak siostry pracują na łące. Pachnie siano.

Czytam, a w mojej głowie otwiera się nagle inna książka – mojego własnego życia. Otwiera się na stronie z innymi sianokosami, innym latem, gdzie indziej niż we Francji, w krainie nad Bugiem.

Przywołane wspomnienie odsłania inną łąkę przyklasztorną i ten sierpień, gdy z bratem Janem kapucynem grabiłyśmy razem siano. Ja i moje koleżanki. Pojechałyśmy tam na 2 tygodnie pomagać, za darmo. Nie tylko przy sianokosach. W kuchni, przy sprzątaniu klasztoru, zamiataniu kościółka, ustawianiu kwiatów w wazonach, plewieniu drogi krzyżowej…

 

I pomyślałam, że każde słowo, dźwięk, obraz, twarz, książka będzie zupełnie czymś innym dla każdego z nas, bo jak slajd nakłada się na to, co już przeżyliśmy. Czym innym będzie siano dla mnie, czym innym dla mojego męża, dla Ali, Hani… Czym innym dla każdego z Was.

Bo każdy z nas jest zupełnie inną planetą.

 

blond wariatki

 

Siedzimy w pokoju nauczycielskim i z przejęciem o czymś rozmawiamy. Ja, Bella, Inka, Gosia. Cztery blondynki. Oczy nam płoną, gestykulujemy żywo, uśmiechnięte od ucha do ucha.

Wbiega do pokoju Ewa i od progu woła:

– Rut, słyszałam!!!  Jestem z wami!

– Wiedziałam, że ty na pewno do nas dołączysz – śmieję się.

– Jejku, jak się cieszę, że mnie przyjęłyście – ekscytuje się Ewa, prawie tańcząc na środku pokoju . Też blondynka:)

 

Nasza rozmowa i radosne piski musiały zainteresować resztę towarzystwa. Cóż to za przedsięwzięcie, które wywołuje taką radość?

– A o co chodzi? Co planujecie? – pyta zafrapowana koleżanka.

– Krąg kapliczki szensztackiej – odpowiadam z uśmiechem.

– Aaa, kapliczka – koleżanka jest nieco rozczarowana.

 

A ktoś mogłyby pomyślaleć, że zbieramy ekipę na wyjazd na Bali albo organizujemy huczną imprezkę 🙂

A tu zwykła kapliczka maryjna, którą będziemy sobie przekazywały z domu do domu.

Pięć blond wariatek:)

Wiecie, ale nie dziwię się takim reakcjom. Widać nie nie nadszedł czas w życiu danego człowieka. Doskonale to rozumiem.

Ja też dziesięć lat temu zachowałabym się podobnie. Może nawet popukała w czoło. A teraz nie wyobrażam sobie życia bez Maryi i różańca.

Ona jest bardzo cierpliwą Matką i umie poczekać na każde, nawet najbardziej uparte dziecko.

A ja byłam kiedyś pod tym względem wyjątkowo upartym osiołkiem:)

Skoro znalazła drogę do mnie, znajdzie drogę do każdego. O to jestem spokojna 🌸

 

jeśli chcesz…

 

Choroba nie odpuszcza. Jestem już bardzo zmęczona.

Znowu spróbuję wrócić do pracy w poniedziałek, ale nie wiem jak to się skończy.

Modlę się, proszę dusze czyśćcowe o pomoc, wzięłam kropelkę wody z Lourdes, zastanawiam się czy nie wezwać Ksawerego żeby mnie namaścił, próbuję eksperymentalnych metod leczenia, a jednocześnie … ofiarowuję ten cały trudny czas za coraz słabszego Roberta, za dusze, za moją ukochaną ojczyznę, jako ofiarę przebłagalną za pokój na świecie i opamiętanie ludzkości.

Nic nie jest bez sensu, każdy trud i ból ma swoją cenę i wartość.

– Czy byłabyś gotowa na śmierć? – pyta mnie pewnego ranka mąż.

– Tak – odpowiadam bez namysłu – Co wieczór, zanim zasnę, mówię Jezusowi: ” jeśli chcesz, możesz mnie zabrać”.

– I zostawiłabyś mnie? – pyta strapiony.

– Ale dodaję też ” jeśli jednak jestem potrzebna Michałowi i dzieciom, daj mi życie”.

Uśmiecha się.

Tak, właśnie tak rozmawiamy. Jak dobrze mieć obok siebie towarzysza, z którym możesz porozmawiać o życiu i śmierci, o Bogu, o lęku i nadziei…

* * *

Ta niemoc, jak każda inna przedtem, stawia mnie wobec innych przestrzeni myślenia, sprowadza coraz głębiej. To naprawdę rekolekcje.

Gdzieś głęboko w sercu raz po raz odzywa się naglący głos:

” Przestań żyć byle jak. TO jest już blisko”

Wezwanie dla mnie, wezwanie dla całego świata.

Nie wiem czym jest TO. I nie pytam.

Zapalam świecę paschalną podarowaną nam przez Ksawerego. Jest sprzed dwóch lat i leżała kurząc się na strychu kościoła. Teraz płonie jasnym, tańczącym płomieniem na komodzie w naszym salonie. Czasem wiele godzin.

Przed nią odmawiam różaniec, czytam Pismo święte, rozmawiam z Nim. Jego słowa są jak lampa, która rozświetla ciemności. Wszystko się we mnie uspokaja, usypiają burze kołysane Jego głosem.

Jeśli zechcesz, możesz…

* * *

Przyjeżdża Bella, przywozi mi sześć bratków do posadzenia w donicach. Jest smutna, trzy godziny wcześniej w sądzie zakończono oficjalnie jej 20- letnie małżeństwo. Kolejna taka osoba w moim życiu.

– Bóg się tym zajmie – mówię jej – Jeszcze się wszystko wyprostuje w twoim życiu.

– Wiem – mówi cicho.

Wspomina, że zbierają krąg do kapliczki szensztackiej. Potrzeba 10 rodzin, na razie mają pięć.

– Miałam go założyć u nas w szkole, ale jakoś nie miałam siły – mówię – Dobrze, że ktoś inny się tym zajął.

Gdy Bella odjeżdża, nagle wraca jak bumerang ta rozmowa i myśl jest tak nagląca, że…

– Jeśli macie jeszcze miejsca, dołączymy do was – piszę sms.

Przecież wyraźnie byłam prowadzona w tym kierunku. To nie przypadek, że wezwanie się powtórzyło. Maryja, gdy kogoś prowadzi, robi to z wielką cierpliwością i konsekwencją. Tyle razy już tego doświadczyłam. Woła i woła, szepcze delikatnie aż powiesz „tak”.

Ona jest nie tylko Nieustającą Pomocą, ale też Nieustającym Przyciąganiem.

– Jesteś w naszym kręgu:) – Bella wysyła po chwili wiadomość.

 

Dzieją się wokół mnie takie dobre, piękne rzeczy. Ta moja niemoc też do nich należy. Jest trudna, ale tyle w niej darów ukrytych.

Jeśli się nieuważnie spojrzy, widać tylko straszną ulewę i grzmoty, ale wystarczy poczekać i… ziemia nasiąka wodą, śmieją się wypełnione strumienie, powietrze robi się przejrzyste jak kryształ i wszystko zielenieje i rośnie.

Przemierzam drogę od krzyża do Wielkiej Nocy.

Jeszcze raz i jeszcze. Aż nauczę się ufać.

 

 

 

syn

 

– Ostatnio tak się nudziłem… – opowiada syn po skończonej sesji zimowej.

– Ale przecież się stresowałeś. Nie można się jednocześnie stresować i nudzić – przerywam.

– Można:) – bez cergieli rzecze on.

 

No popatrzcie, a ja mam zgoła inne doświadczenia;)

 

* * *

Niedługo kończy 22 lata. Chcę mu zrobić niespodziankę, więc wertuję setki albumów fotograficznych na dysku, wybieram zdjęcia, na których jest: mały, śmieszny, figlarny, zadumany, z długimi włosami i zgolony na zero, śpiący, zdenerwowany, zajęty, jedzący kiełbaskę, w peruce, na rowerze, na gałęzi drzewa, z piłką, latarką, kijem, w wodzie, na łące, w aucie, niesie kota, tuli psa, ściska siostry, mniejszy od taty, a zaraz potem jak dąb górujący nad nim, dumny na motorze, na traktorze…

Zrobię mu album z tych ścineczków czasu, jak kolorowy patchwork.

Patrzę i patrzę na te zdjęcia, a serce jakby było z wosku i postawione blisko ognia popłynęło ciepłą strużką.

Ach, co za zaszczyt być matką takiego kogoś, takich wszystkich czterech ktosiów podarowanych mi nie wiedzieć za jakie zasługi.

– Wiesz – mówię do męża, gdy przysiada na chwilę w biegu, by ze mną pooglądać choć parę zdjęć – czasem żałuję, że nie mamy więcej dzieci.

Uśmiecha się.

Tak, przecież wiem. Obiektywnie: moje wszystkie poplątane ciąże, a potem jego choroba nowotworowa. Ale może trzeba było jednak skoczyć na główkę z tej wysokości i zaufać, że jednak pośle aniołów:)

Jestem taka szczęśliwa, że jestem matką. Jestem taka szczęśliwa, że mam dzieci. I to „aż tyle” – jak mówią niektórzy.

Kiedyś jedna z moich młodszych koleżanek powiedziała, że nie chce mieć dzieci, bo każde dziecko postarza kobietę o dziesięć lat. Popatrzylam na nią mrużąc oczy i spytałam:

– Wyglądam na 80 lat?

– No nie – zdumiała się.

– Bo mam czworo dzieci i 40 lat – zaśmiałam. się.

– No, ale ty to ty. – padł koronny argument😁

Uwielbiam tego typu dowodzenie. Dlaczego jestem szczupła chociaż jem? Bo ja to ja. Dlaczego nie narzekam na swoje dzieci? Bo ja to ja. Dlaczego jestem szczęśliwa, choć nie jestem bogata? Bo ja to ja. Dlaczego się uśmiecham, choć przeszłam tyle trudnych chwil? Bo ja to ja. Dlaczego nie kłócę się z mężem? Bo ja to ja. Dlaczego nie straciłam wiary, choć spotkałam różnych ludzi w Kościele? Bo ja to ja.

Wychodzi na to, że miałam olbrzymie szczęście rodząc się jako ja:)

Ale – zapewniam Was – jeszcze większe rodząc moje dzieci.

 

 

* * *

– Jaki mu zrobić tort? Musicie wymyśleć – zlecam Nusi.

– Malinowa chmurka – od razu wykrzykuje ona – Przecież wiesz, że on ją uwielbia.

No tak.

To jego ulubione ciasto. Trzeba kupić mrożone maliny.

I album na zdjęcia.

Wysyłam szybko sms ze zleceniem do najstarszej córki.

– Tylko jakiś chłopski album, nie w kwiatki – dodaję – Najlepiej z kątownikami i rdzą:)

– Pociągnie się smarem i będzie ok:) – odpisuje ona.

Czasem podziwiam jak on wytrzymuje z tyloma kobietami, wśród tych firaneczek, kwiatków, różu i sukienek:) Ale radzi sobie nieźle. Radzą sobie obaj:)

Czasem tylko przechodząc obok mojej draceny, ćwiczy na niej karate albo azaliom obtłucze kwiaty przy pomocy kija:)

– One od tego lepiej rosną – tłumaczy swoje wyczyny zdumionej żeńskiej publiczce;)

A ja?

Nawet nie wiesz synku jak ja urosłam dzięki temu, że jesteś🌸