Zostaliśmy z jednym autem i jest to naprawdę spore utrudnienie jeśli mieszka się poza miastem. Najgorsze jest to, że zepsuł się także samochód transportowy męża, więc jego praca została wstrzymana. I – jak to przy zamówieniach i drożdżach – pączkuje i wyłazi poza brzegi misy czasu. A tej misy jeszcze nikt z ludzi nie potrafił rozciągnąć na dowolną wielkość:)
” Czy mimo całej swej zapobiegliwości, możecie dodać choć sekundę do swego dnia?” – zapytałby tu Jezus, jak to On:)
No, nie możemy.
– A myślałam, że to tylko ja w tym Wielkim Poście mam pod górkę – śmieje się Bożenka, gdy jej o tym opowiadam.
– Nie, nie jesteś sama, zapewniam cię – też się śmieję – Od Środy Popielcowej ani dnia nie byłam zdrowa. U nas co roku w Wielkim Poście przychodzi dużo trudu. Od wielu lat.
– O, widzisz. A ja się martwiłam, że to tylko ja tak mam – mówi ona.

Może nie powinno nam przynosić ulgi, że inni też cierpią i idą pod wiatr, ale jednak przynosi. Jest bowiem jakaś solidarność krzyża.
Gdy dostrzegamy, że inni też go niosą, przed nami, za nami, obok nas, lżej nam znosić nasz los. A jeśli ci inni powiedzą jeszcze:
– To nic. Tak po prostu jest. Nie wiem dlaczego. Przyjmuję.
Pomagamy więc sobie nawzajem nawet wtedy, gdy niesiemy wiernie nasze własne ciężary. Dodajemy innym otuchy, gdy upadając pod jarzmem, powstajemy. Wszyscy bowiem idziemy w pielgrzymce z naszymi krzyżami.
I ma znaczenie w jaki sposób je niesiemy.

Ma znaczenie, tak. Cierpienie samo w sobie nie „uszlachetnia”, jak się czasem zbyt lekko mówi. Może też rodzić zło, agresję, zamknięcie na innych. „Cierpię dużo, ale czy cierpię dobrze? Oto, co jest ważne” – mówiła św. Teresa z Lisieux. Gdy cierpiała już naprawdę… bardzo.
Tak, można też zmarnować cierpienie. Bardzo wielu świętych mnie nauczyło jak tego nie robić.
O Rut, łączę się w bólu – u nas po dwie, trzy wizyty lekarskie w tygodniu i ciągle coś… Ale dziś byłam u lekarki, bez numerka, przyjęła mnie choć miała 36 zapisanych pacjentek. I to jak przyjęła… Wywiad, USG, wytłumaczenie co i jak, zaplanowanie kolejnych badań, numer telefonu i zaproszenie na kontrolną wizytę. I to wszystko w przyszpitalnej, zwykłej poradni… A przez stare, tekturowe drzwi słyszałam chwilę wcześniej jak szczegółowo, kilkukrotnie instruuje starszą panią co i jak ma robić, krok po kroku…
Aniu, mam nadzieję, że szybko wyjdziecie z tych chorób. i cieszę się, że tak dobrze trafiłaś do tej lekarki. Dobrze, że jeszcze są tacy ludzie. I że pomagają, gdy krzyż nas przytłoczy.
Dacie radę tej chorobie, może to być taki czas odpoczynku dla męża. Staraj się też nie myśleć o tych szkolnych problemach, o których wcześniej pisałaś. Zobacz, tyle już za Tobą. To po prostu kolejna sytuacja. Choć wiem, jak potrafi zatruć, ale wiem też, że to minie i znowu będziesz na prostej.
Dziękuję Ci za esemesowe wsparcie tej zimy. Ja już po zabiegu i wiedzę, że bardzo się go bałam. Chyba niepotrzebnie. Kolejne doświadczenie i to – póki co – budujące. Wdzięczność, że komuś chciało się uczyć i mógł mi dzięki temu pomóc (powtarzam to dzieciom – warto, warto się uczyć!) Czy Wasza córka nie uczy się czasem na pielęgniarkę? Jaki to może być cudowny zawód!
Kochana Rut, za wszystko Ci dziękuję. Tak się cieszę, że Ciebie poznałam. Wspieram w trudnym czasie postu i przesyłam serdeczne życzenia zdrowia! Niech choroby już się od Was wyprowadzają. Kto jak kto, ale Wy zasługujecie na cudne, słoneczne, zdrowe i pełne uśmiechów święta. I tak będzie!
Auto już kupiliśmy, właśnie przywieźli. Choroba powoli się wynosi, a o przykrościach w pracy już zapomniałam. Tyle dobrych ludzi tam mnie otacza i tyle dobrych rozmów co dzień mi się przydarza.
Najważniejsze, że u ciebie już dobrze. Że znowu się uśmiechasz i patrzysz z nadzieją w przyszłość🌸
Nasza córka już za parę miesięcy obroni magisterkę i będzie fizjoterapeutką. Uczy się też na podologa. Też praca z pacjentem. Lubi to.