Czy jest jakiś kres piękna? Jakaś forma nasycenia nim tak, że powiesz: już dość? Jakaś granica, poza którą nie będziesz zdolny wchłonąć go więcej? Moment, gdy twoje serce pęknie od nadmiaru?
Można patrzeć i patrzeć, milczeć, zatapiać się w nim, chłonąć bez pamięci, nigdy nie mieć dosyć.
Piękno jest jak miłość. Wciąga coraz mocniej, przetapia, przemienia. Zaczynasz żyć jakimś innym życiem. Są chwile jakbyś znikał, jakby po tobie pozostał już tylko mały obłoczek z zachwytu i upojenia.
Nie ma już ciebie i tego, co wokół.
Jesteś ty zatopiony w pięknie, podobny do motyla otulonego grudką żywicy. Zastygły. Oniemiały. W pół drgnienia powiek, w pół taktu serca.
I dlaczego piękno boli? Podobnie słodko jak miłość. Dziwny rodzaj bólu, który nie zabija, lecz przywraca życie. Który budzi z jakiegoś snu, odkrywa tajemnice, wzywa dalej…
Odsłaniają się na chwilę zasłony, ukazując prawdę, że…
nie jestem stąd, i że tęsknię, i że czeka na mnie coś więcej, dużo więcej.
Już za chwilę.

Ani ucho nie słyszało, ani oko nie widziało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć…









