Taką pracę lubię.
Gąszcz nieprzebrany, pot, przedzieranie się, podnoszenie z ruin, mocne uderzenia, a potem… odwracasz się za siebie i widzisz ścieżkę tam, gdzie ścieżki nie było, porządek tam, gdzie dotąd królował chaos, jasne polany zamiast nieprzebytych chaszczy.
Taką pracę lubię, bo choć ciężka i nadwyrężająca, ale od razu widzisz jej sens i efekt masz jak na tacy.
– Aaa – wykrzyknęła Ewa, gdy w pracy opowiadałam o tym, jak spędziliśmy długi weekend – Uprawialiście trzebież późną.
– O, widzisz – śmieję się – dobrze, że mi powiedziałaś. Mądrego to aż miło posłuchać.
Ewa jest wieloletnią żoną leśniczego, więc zna fachowe słówka.
Tak więc niemal cały długi weekend poświęciliśmy na trzebież późną:)

Jedno z naszych pól las usiłował zagarnąć w swoje granice, a my mamy zupełnie inne plany, bo może kiedyś któreś z naszych dzieci będzie chciało tam dom postawić. Trzeba więc było wyjaśnić krzakom, jeżynom i młodym drzewkom, że niestety nie mogą tu zostać. Ale po drodze zostawiliśmy te najpiękniejsze brzozy i sosny.

Taką pracę lubię.
Podnosić z ruiny, przywracać do życia, zaprowadzać ład, kłaść podwaliny przyszłości i widzieć jak rzeczywistość poddaje się od razu mojemu wysiłkowi.
Nie lubię głaskać po powierzchni, sprzątać tam, gdzie wysprzątane, pracy, której efektów nigdy nie zobaczę.
Tak myślę smarując zadrapania, odnajdując kolejne sińce na rękach i nogach, wyplątując gałązki z włosów i wytrzepując piach i kolce jeżyn z wysokich butów. Staram się nie myśleć co na to mój kręgosłup, bo radość dobrze wypełnionego zadania rozsadza mnie od środka.
A na koniec jeszcze niespodzianka nas spotkała, bo wśród największej plątaniny jeżyniaka zabłyszczały w słońcu złote kwiaty. Gdy tylko spojrzałam na liście, od razu ją poznałam. Machonia! Skąd ona się tu wzięła? Potężny rozłożysty krzew, który długimi pędami uciekał z plątaniny ku słońcu.
Taki prezent na koniec pracy.
Więc jeszcze trochę wysiłku, zadrapań, szarpania i … wyzwoliliśmy machonię z uścisku bezwzględnych dzikich krzaków. I oto teraz rośnie wolna na naszym podwórku:)
– Aleś się opaliła – dziwią się koleżanki i podejrzewają, że to jakiś Cypr lub Grecja.
– To trzebież późna – tłumaczę, śmiejąc się – Drzewa wycinałam.

Co ja bym robiła na Cyprze? Nie dla mnie smażenie się na plaży. W moim rankingu czynności bezsensownych leżenie na plaży zajmuje sam szczyt podium;)
* * *
A moje serce przez przyspieszony oddech i drżenie zmęczonych mięśni przedziera się z pieśnią zadziwiającą:
O, Panie późnych trzebieży, dla którego nigdy nie jest zbyt późno, by nas oczyścić, odgruzować i powołać do nowego życia.
O, Ty, który torujesz drogę przez nieprzebyte gęstwiny i chaos naszych żyć,
dla Którego nie ma miejsc niedostępnych i zbyt ciemnych byś mógł w nich zagościć,
Który poorałeś sobie dłonie i umęczyłeś ciało, by nas uwolnić
bądź uwielbiony!





















